poniedziałek, 31 grudnia 2007

Sylwester 2007


…otwartej przestrzeni, pięknych widoków,
wskazującego drogę światła latarni,
łagodnych fal u brzegu, wiatru we włosach,
uśmiechu na ustach, serca jak dzwon, sprawnych rąk i umysłu,
pełnej monet kieszeni, aromatycznej kawy z rumem,
słodkości pod dostatkiem, życzliwych ludzi wokół…

…na Nowy Rok 2008 życzy M.


ilustracja: Edward Hopper Lighthouse at Two Lights

niedziela, 30 grudnia 2007

5. Sprawne ręce, zdolny umysł


W Internecie z przyjemnością poszukuję stron poświęconych pracom ręcznym. Uwielbiam przeglądać i podziwiać owoce czyjegoś talentu, umiejętności, wysiłku, wytrwałości... Fotografia, projekty katalogów i okładek, liternictwo, "kartkomania", scrapbooking, ATC, rysunek, malowanie, rzeźba, biżuteria, projekty ogrodów, hodowla roślin... itp. itd. Skąd, dziewczyny, macie na to czas i - przede wszystkim - cierpliwość? :-) Strasznie wam zazdroszczę tych wszystkich talentów... Ja jestem pracoholikiem, od 12 do 18 godzin dziennie zajmują mi książki - czytanie, redagowanie, korekta, redakcja techniczna, makiety, projekty, telefony do technologów, ustalanie cen, papieru, formatu, koloru, licencji, terminu, do tego farby i chemikalia... Nawet sny mam związane z pracą... ;-) Od dawna nie mam już czasu czytać książek dla przyjemności (czego bardzo żałuję), tylko zawodowo.

Idzie Nowy Rok. Powinnam zrobić listę "rzeczy do załatwienia". Tylko czy to się uda? Pesymistka ze mnie...

Na fotce (jest późne zimowe popołudnie, więc mało światła, ale jest chyba czytelna) karteczki w formacie ATC, czyli 64x89 mm, trzy razy - z papierków z firmy ATD z serii Welcome Baby Pastel oraz kartoniki firmy DCWV + nity + pisaczki + wstążeczki + na odwrocie oczywiście obowiązkowo stempelek śnieżynki (mam ich kilka; zima i wszystko co z nią związane - taki mój mały "fioł"). Nauczę się :-)

sobota, 29 grudnia 2007

4. Pechowy dzień :-/


Co za pech! Zepsuł mi się dziś aparat fotograficzny... Nastrzelałam mnóstwo fotek na Starym Rynku - piękne słoneczko było, autofokus łapał ostrość migiem, no po prostu bajka :-), więc duża szansa na udane fotki - potem jeszcze w knajpce z dodatkową lampką, również portrety mojej przyjaciółce E. i... po powrocie do domu nie chciał się zwinąć film! OK, mówię sobie, pewnie perforacja kliszy poszła (bo ja wciąż z analogiem wędruję...), ale nie, cały naciąg szlag trafił! Mój Pentax!!! Tak go lubię, a tu taki numer! Będzie trzeba wysłać do Trójmiasta, gdzie jest najlepsza "klinika" dla sprzętu Pentaxa, u Pana Rendaszki. Eh, znowu wydatki!

Z drugiej strony czas najwyższy przejść na cyfrę, prawda? Tylko że mnie przeraża sam wybór... tyle tego sprzętu jest na rynku, że nie umiem się zdecydować... Niby oczywiste: Pentax K100D lub jego starszy brat Pentax K10D, ale... na forum Pentaxa tyle marudzenia, że przypadłość FF/BF, że autofocus to porażka, że... No nieważne. Trzeba będzie się jednak rozejrzeć.

Na osłodę, przeglądając starsze zdjęcia, przypomniałam sobie zapach ciasta robionego przez moją mamę :-) Fotka zrobiona jakiś czas temu aparatem szwagra - Konica Minolta D5D.

piątek, 28 grudnia 2007

3. Jedwabne sny


Dobrze mi tak w domku na urlopie :-) Gdybym tylko nie musiała chodzić do pracy... Eh, życie :-/

Podjechałam dziś do centrum zobaczyć, jak się ma moje miasto poświątecznie. Oczywiście skończyło się na odwiedzeniu kilku księgarń, antykwariatu i sklepu papierniczo-plastycznego (uwielbiam ten zapach farb, papieru i innych tajemniczych rzeczy w takim sklepiku ;-) ). W księgarni przyuważyłam kolejną książkę Alessandro Baricco, włoskiego pisarza, którego "kariera" u nas w Polsce jest dość dziwna, moim zdaniem. Pamiętam pierwsze wydanie niewielkiej książki pt. Jedwab, które trafiło do... księgarń z tanią książką. Tak, tak! Pierwsze jej wydanie się nie sprzedawało, dopiero potem nagle coś "zaskoczyło" i nakłady poszybowały w górę, zaczęło się szybkie tłumaczenie innych książek Baricco (zresztą doskonałe tłumaczenie, bo samej p. Hanny Kralowej, której talent językowy, literacki, jest po prostu bezdyskusyjny!). I dobrze :-) bo naprawdę warto. To najprawdziwsza perełka krótkiej formy literackiej! Kilka już lat temu Jedwab podarował mi kolega W. z księgarni, mówiąc, że "osłoneczni" moje bardzo smutne i zapracowane wtenczas życie (dziękuję! dziękuję! dziękuję!). Książeczka jest niewielka, na jakąś godzinkę czytania, ale przepiękna, czarodziejska... Warto się nią delektować przy aromatycznej kawie, w fotelu, będąc owiniętym ciepłym kocem, z mruczącym kotem na kolanach... Nigdy nie przepadałam za włoską literaturą, a tu taka niespodzianka. Teraz kupuję wszystkie jego książki. Bardzo lubię Ocean, morze z cudnej serii wydawnictwa Czytelnik - "Nike", która jest też dodatkowo ciekawie łamana - sposób wierszowania imituje przypływy, odpływy morza, zatem nasze emocje związane z podążaniem za akcją opowieści (sanatorium nad morzem z arcyciekawymi pensjonariuszami), też przypominają te rytmiczne uderzanie fal. Powieść odbiera się zatem na kilku poziomach wrażliwości. Bardzo piękne, odświeżające doświadczenie. Potem było City, jakże inna historia, a jednak tak jak i wcześniejsze książki Baricco wciągająca. A potem Bez krwi, Zamki z piasku, Homer, Iliada, a teraz Ta historia. Koniecznie muszę ją kupić i przeczytać :-) I tylko jednego szkoda. Dlaczego wydawca tak podbija cenę? 300 stron za prawie 40 zł??? Książeczka w miękkiej oprawie na najzwyklejszym offsecie (a nawet paskudnym, bo poniżej 80g, zatem duże przebicie druku)... Pokrętna logika - bo to jeden z niewielu autorów, którzy się sprzedają, więc i tak kupią? Jak pisałam wcześniej: eh, życie :-/

czwartek, 27 grudnia 2007

2. Smilla w białym labiryncie


Bardzo lubię książki i filmy, które opowiadają historie dziejące się zimą. Uwielbiam tę porę roku, szczypiący policzki mroźny wiatr, śnieg i odbijające się od niego, oślepiające słońce :-) Na mojej liście ulubionych powieści, a jednocześnie i filmów, jest m.in. Smilla w labiryntach śniegu Petera Hoega. W książce są tak cudowne opisy lodu, śniegu, kry na morzu, kultury Grenlandczyków, że rekompensują wcale nie tak zajmującą już opowieść. A jednak czytałam tę książkę już ze trzy razy (co najmniej ;-) ), z takim samym zainteresowaniem. Może dlatego, że jest nieźle przetłumaczona, ma interesujący dobór słów, bogate opisy, ciekawe zdania... Cała historia zaczyna się od śmierci małego eskimoskiego chłopca, Esajasa. Jego sąsiadka, Smilla, postanawia wyjaśnić śmierć dziecka, którą policja uznała za nieszczęśliwy wypadek - Esajas spadł z dachu, na którym ponoć się bawił. Ale Smilla wie, że to niemożliwe; mówią jej o tym ślady na śniegu, a przede wszystkim świadomość, że przecież mały chłopiec bał się wysokości i za żadne skarby sam by się nie wspiął na dach. Dalej akcja nabiera prawdziwego tempa. Smilli pomaga jąkający się mechanik, Peter, z którym powoli się zaprzyjaźnia, chociaż sama o sobie mówi, że jest osobą o zimnym sercu. Ostatecznie Smilla trafia na statek-lodołamacz, który przemierza skute lodem Morze Północne w drodze na Grenlandię do tajemniczej jaskini, w której wiele wiele lat temu rozbiły się resztki asteroidu, budząc do życia prehistoryczne jednokomórkowce.

Książka miała już w Polsce przynajmniej dwa wydania. Ja osobiście mam to z Novus Orbis z okładką z kostkami lodu i fotką Bjork (zastanawia mnie dlaczego właśnie jej zdjęcie? Bjork jest Islandką...) na białym tle. Potem licencję na wydanie przejął Świat Książki. Dostępna za przysłowiowe grosze na Allegro, bo nakład w wydawnictwie wyczerpany. Ja zabieram się teraz za wersję anglojęzyczną, zobaczymy jak mi pójdzie...

W filmie według tej powieści (o zmienionym w Polsce :-/ tytule - Biały labirynt) z 1997 roku w reżyserii Billy’ego Augusta rolę Smilli dostała Julia Ormond. Moim zdaniem świetny wybór. Jest bardzo dobra jako zdystansowana, zimna i pyskata Grenlandka, która nigdy nie zadomowiła się w Danii. Warto zwrócić uwagę na piękną biżuterię i bardzo ciekawe stroje (ten płaszcz z pierwszych scen filmu!), jakie nosi bohaterka filmu. Inni znani aktorzy to Gabriel Byrne w roli mechanika, Richard Harris w roli lekarza, którego Smilla podejrzewa o zabicie Esajasa, Vanessa Redgrave jako Elsa Lubig, emerytowana pracownica firmy wydobywczej, w której pracował tato Esajasa. Chociażby ze względu na obsadę chyba nie trzeba polecać, prawda? I tylko szkoda, że film nie jest ogólnie dostępny. Od czasu do czasu TVP1 nadaje ten film, ale oczywiście o jakiejś niemożliwej godzinie, typu pierwsza w nocy... Pozostaje czekać, aż Vision, dystrybutor, „puści” film jako wrzutkę do jakiejś gazetki... Pomarzyć można ;-D

środa, 26 grudnia 2007

1. To, co zostaje


To, co zostaje (Love remains) Glena Duncana... Powieść przeczytałam jednym tchem. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie, historia zasmuciła, przygnębiła wręcz, może nawet lekko przeraziła. Opowieść dotyczy pewnego tragicznego wydarzenia - gwałtu i okaleczenia młodziutkiej Chloe - i jego wpływu na obie strony kochającego się małżeństwa. Nie zdradzę zakończenia, ale sądzę, że warto polecić tę powieść. Świetna atmosfera, ciekawie opisane uczucia, głębokie emocje, a wszystko to na tle zimnej, okrytej mgłą Anglii. To, co zostaje zostało wydane w tym roku przez poznańskie wydawnictwo Vesper (nietuzinkowa, przyciągająca wzrok okładka - podwójna, a w pierwszej małe okienko, przez które wyziera ilustracja z drugiej, wewnętrznej okładki; świetny pomysł!). Książka jest jedną z serii "Z trąbką" (9 tytułów). Poniżej mały fragmencik, który idealnie oddaje moje, i pewnie nie tylko moje, tęsknoty za barwnymi postaciami z książek, których trudno by spotkać w życiu codziennym :-)

Cytat: "Nicholas uważał, że w literaturę wpisana jest zdrada: postacie książkowe są dużo ciekawsze niż ludzie, których spotyka się w realu. Nicholas nigdy nie spotkał nikogo tak barwnego jak Ursula Brangwen ani tak zatraconego jak Heathcliff. Żaden prawdziwy nastolatek nie jest tak sympatyczny jak Holden Caulfield, żaden łajdak tak pociągający jak Jago. Pod wpływem dobrej książki, w której napotykał ciekawe, złożone postacie, Nicholas na nowo otwierał się na ludzi - i za każdym razem rozczarowywał się. To jest klątwa, z którą zmuszeni są żyć czytelnicy: sztuka szepcze im na ucho, jakie mogłoby być życie - podsuwa wyobrażenie świadomości jako wciągającej narracji, ludzi jako brutalnych epickich sił - ale życie to tylko życie. W porównaniu z literaturą jest nudne. Literatura stanowi szokujące objawienie: życie to mierna proza. Wyjątki zdarzają się niezwykle rzadko".

wtorek, 25 grudnia 2007

wpis na próbę

Zobaczymy co z tego wyniknie :-) To mój pierwszy wpis, próba tego, czy w ogólę potrafię przelewać swoje myśli na przysłowiowy papier i czy będę wytrwała w tym postanowieniu. Bardzo bym chciała, aby ten mój blog miał jakiś charakter, tzn. był spójny, koncentrował się wokół kilku najwyżej tematów, żeby nie było tu bałaganu. Mam nadzieję, że okiełznam ten mój ciekawski rozumek i dam radę.

Jest pierwszy dzień świąt, mam mnóstwo czasu do zagospodarowania, muzyczka gra (Entheogenic - lekki ambient), w domku jest ciepło i przytulnie... żeby zawsze tak było, ale oczywiście to tylko marzenie. Życie przecież nie jest ani miłe, ani przytulne, ani radosne - na ogół. Ale o tym później, następnym razem...

Zabawiłam się w decoupage :-) W Poznaniu były niedawno targi przedmiotów artystycznych, bardzo interesująca impreza. Zanabyłam niewielkie pudełko z drewna sosnowego, do tego papierek z motywem morskim, bejcę, odpowiedni klej, lakier satynowy, pędzle itp. Nie wyszło dokładnie tak jak powinno (no powiedzmy otwarcie - w ogóle nie wyszło ;-) ), ale miałam przyjemny czas, zajmując się tym pudełeczkiem. Polecam!


Słowo na dziś: iluminacja (sł. języka polskiego - rzęsiste oświetlenie sztucznym światłem) - znalazłam je w pewnym opowiadaniu z lat 70-tych, które akurat czytam i robię korektę do nowego wydania, w kontekście "iluminowany jacht na jeziorze". Piękne!