czwartek, 5 czerwca 2008

71. Zaległości


na fotkach: instytut balneologiczny (na pierwszym planie fragment secesyjnego w formie daszku nad źródełkiem wody leczniczej) i latarnia morska w Sopocie

Nie wiem od czego zacząć :-) Dłuuuższa przerwa była...
Może Trójmiasto na początek. Ostatnie niestety, piąte spotkanie z cyklu T jak Typografia miało miejsce w czwartek 29 maja - w moje imieninki :-) - w Nadbałtyckim Centrum Kultury w Gdańsku. Tym razem było niewiele osób (dziwne, przecież tutejsza ASP ma katedrę grafiki użytkowej... czyżby jednak zbyt mała była reklama zajęć?), co mnie na początku zaniepokoiło, a niepotrzebnie. Okazało się, że w tak niewielkim gronie łatwiej jest dyskutować i komentować na bieżąco prowadzony wykład. Ciekawie, inspirująco. Od jednego z wykładowców, Roberta Chwałowskiego, dowiedzieliśmy się co nieco o Akademickim Kursie Typografii przy Uniwersytecie Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie. Warto pomyśleć o uczestnictwie - dla początkujących dla wiedzy, a dla znawców chociażby dla przyjemności, czy usystematyzowania tego, co już potrafią. A wykłady miały podobny plan, jak w innych miastach - o papierze mówił przedstawiciel Arctic Paper, potem Robert Oleś wprowadził nas w tajniki projektowania książek, a na koniec Robert Chwałowski opowiedział o tym, dlaczego polskie książki wyglądają tak jak wyglądają, czyli paskudnie ;-) krótko mówiąc, ale w żadnym razie nie generalizując! Przykładem była książka, która rzeczywiście łamała wszelkie zasady :-) Będę łaskawa i nie powiem, jaka to książka, bo to, qrcze, hit był i wciąż jest! ;-D I jeszcze drobna dygresja - spotkanie odbyło się w pięknej sali: drewniane kasetony, obrazy, antresola, rzeźbione schody... Cudo! Warto podjechać i obejrzeć. Miło było też usłyszeć, że pierwsze wydanie Elementarza stylu w typografii Bringhursta się sprzedało do zera! Czekamy na dodruk :-) Na koniec najważniejsze => ogromne podziękowania za wykłady!

Dzień później klasycznie byczyłam się w Sopocie :-) Mocno zaskoczyło mnie to, że molo i jego okolice to jeden wielki plac budowy. Kto na to pozwolił, co? Rzeczywistość, niestety ;-) Nad miastem górują obecnie wielkie dźwigi, a wdzierającymi się boleśnie w uszy dźwiękami są stukanie i pukanie. Pod nazwą Domu Zdrojowego powstaje kolejna galeria handlowa, i na pewno nikogo nie przekona ciekawa skądinąd wystawa starych fotografii Sopotu tuż przed paskudnym opłotkiem budowy. Poza tym akurat trwał Festiwal Radia i Telewizji, można było spotkać kilka sław. Ja miałam przyjemność przywitać się z radiowym Państwem Sułków ;-) czyli Panem Krzysztofem Kowalewskim i jego cudną żoną Panią Martą Lipińską. A miasto poza tym piękne jak zawsze, spacer wzdłuż plaży, smaczna rybka w zacisznej restauracyjce z widokiem na morze, piasek, wiaterek... Piękna sprawa! Po powrocie do Gdańska przeszliśmy się spacerkiem po starym mieście, koniecznie trzeba było pozdrowić Neptuna, potem nocne gadanie do świtu i... powrót do rzeczywistości - Poznania i sterty kolejnych maszynopisów :-/

Dziś za to powstał w moim wydawnictwie nowy hurra-projekt, który póki co chyba mnie przerasta, a przynajmniej nie wiem, jak go ugryźć :-) Taki temat-kopalnia bez dna. Na razie cicho sza! Coby nam go nikt nie podkradł ;-)

Brak komentarzy: