poniedziałek, 8 grudnia 2008

158. Redaktor

© fot. Jacek Jędrzejczak z cyklu „Książka” --> dziękuję! :-)

Jeśli w tym tekście znajdziesz błędy merytoryczne, bądź się z nim nie zgadzasz – pisz! komentuj! Chętnie wysłucham, jak to bywa gdzie indziej :-)

Pisane przy kawie zapytała, jak wygląda moja praca w wydawnictwie jako redaktora. Nie jestem pewna, czy powinnam zdradzać, jak to naprawdę wygląda :-) głównie dlatego, że może to Was przerazić [na ogół panuje chaos totalny, a ja tu będę wypisywać zasady… eh!] – to po pierwsze, a po drugie, mogę się wydać zarozumiała w swoich wywodach odnośnie tego, kto może zostać dobrym redaktorem, no i po trzecie – w każdym wydawnictwie są odrębne, wypracowane zasady czy też reguły.
W dziale redakcji [zarówno technicznej, jak i literackiej] pracuję już ponad 10 lat [wcześniej moją miłością były księgarnie, gdzie też spędziłam szmat czasu… a jeszcze przedtem - 5-letnie Technikum Księgarskie… ;-D No stara baba już jestem…]. Pracowałam przez osiem lat w jednym z większych polskich wydawnictw. Na początku przydzielono mnie do działu technicznego, gdzie łyknęłam całą wiedzę o „produkcji” książki: komputerowy skład i łamanie, projekty – tekstu i okładek, typografia, potem dobór papieru, przygotowanie makiety, plików, obsługa drukarni… Z czasem dodatkowo trafiłam pod skrzydła wspaniałej poznańskiej redaktorki H., która podzieliła się ze mną swoją przeogromną wiedzą i doświadczeniem. Dziękuję każdego dnia!!! Moim zdaniem, to jeden z najważniejszych punktów „kariery” pretendującego do miana redaktora – trzeba znaleźć Mistrza, który zgodzi się zdradzić kilka tajników i który cierpliwie przejrzy to, co się samemu zrobiło i wskaże nasze pomyłki. No i zdecyduje, i szczerze o tym powie, czy się nadajesz czy nie. Ja miałam to szczęście – w dziale technicznym był Pan J. z firmy Perfekt, a w dziale redakcji Pani H. Była jeszcze Pani Z. z działu naukowego. Jej też jestem wdzięczna :-)
Kilka lat, oprócz redakcji i korekty, które pod okiem H. szykowałam, nanosiłam poprawki redakcyjne. To była świetna szkoła: wbiłam sobie wtedy do głowy wszystkie podstawowe błędy, jakie popełniają tłumacze; dowiedziałam się, co to za koszmar pracować z kiepsko przygotowanym tekstem [zdarzało mi się już przepisywać książkę, a nie tylko nanosić poprawki, tyle było błędów!], na co zwracać uwagę i jak nie zaginąć w gąszczu notatek i znaków od tłumaczy, redaktorów i korektorów. Pewnego dnia zaczęłam sama przygotowywać teksty – zarówno redakcyjnie, jak i korektorsko; no a potem zdarzało mi się projektować książkę i szykować ją na każdym kolejnym etapie :-) Kiedyś muszę policzyć, ile książek uszykowałam, bo na pewno idą już w setki…
Po tych latach doświadczeń, kiedy jestem samodzielną redaktorką [choć wciąż się tak nie czuję ;-) ] wiem, że niekoniecznie trzeba być polonistą, by stać się dobrym redaktorem. Najważniejszą cechą jest szalona wręcz dokładność, spostrzegawczość, bystrość, konsekwencja, analityczny i „otwarty” umysł, który obejmuje całą książkę, a nie tylko poszczególne, czytane właśnie zdanie… Możecie mi wierzyć, że nie jest miarą redaktora liczba książek, które przeczytał. Zdecydowanie nie! Moim zdaniem jest wręcz przeciwnie – osoby, które „łykają” książki jedna za drugą nie mogą być dobrymi redaktorami, bo one „podążają” za treścią, za akcją książki, a nie zwracają uwagi na błędy, na opuszczenia w tłumaczeniu, na literówki itp. nawet nie zaglądają do oryginału, z którego tekst był tłumaczony, a to podstawowy błąd! Takie osoby po prostu „nie wyodrębniają” braku poprawności językowej z tekstu. Nie wiem, czy to jest zrozumiałe, to, co piszę, ale za czasów, gdy pracowałam w księgarni, najważniejsza dla mnie była treść powieści, bohaterowie, wartka i płynna akcja, a nie poprawny język; ja nawet błędnej ortografii nie zauważałam, bo i po co ;-) Dopiero potem nauczyłam się „widzieć” błędy. Jeden wielki minus tej pracy jest taki, że gdy teraz zabieram się za czytanie książki dla przyjemności, jednocześnie chwytam ołówek… To taki bezsensowny odruch… No i widzę literówki :-/ nawet u najlepszych wydawców… Co w sumie nie jest złe :-D – nie przejmuję się aż tak bardzo, każdy w końcu popełnia błędy…

Generalnie proces redakcyjny wygląda tak [może to się różnić w poszczególnych wydawnictwach – niektórzy czytają tekst na ekranie komputera, inni na papierze z ołówkiem w ręce; ja należę do tych drugich – nie uznaję czytania na ekranie]:
== gdy książka wraca od tłumacza, trzeba przejrzeć ogólnie wydruk i zatwierdzić go do dalszych prac [bądź odesłać do poprawek do tłumacza, lub wręcz odrzucić – tak! koniecznie! – gdy widać, że tłumacz sobie nie poradził z tekstem oryginalnym; warto wiedzieć, że nie ma co oszczędzać na tłumaczu – koszty, a przede wszystkim czas, jaki zajmuje „ratowanie” takiego tłumaczenia są przeogromne];
== tekst trafia w ręce doświadczonego redaktora, który czyta tłumaczenie wraz z oryginałem np. angielskim czy niemieckim – zależy z jakiego był języka tłumaczony tekst :-) ; to pierwsze czytanie jest bardzo męczące, ponieważ trzeba sprawdzić, czy wszystko jest przetłumaczone zdanie po zdaniu, czy poprawnie czasowo, czy nie ma błędów w imionach, nazwiskach, nazwach własnych, datach itd., a jednocześnie kontrolować treść i jej logikę, przy okazji wyłapując lapsusy językowe i inne „kwiatki”, również ortograficzne, stylistyczne, gramatyczne i interpunkcyjne; zdarza się, że sam autor popełnił błąd, np. merytoryczny, i wtedy redaktor [czasem wraz z tłumaczem, który ma oczywiście, jeśli chce, wgląd w prace redakcyjne] podejmuje decyzję, co z tym zrobić [przypis czy od razu poprawka];
== po czytaniu redakcyjnym książka trafia do działu technicznego, gdzie te wszystkie poprawki są nanoszone w wersji elektronicznej; i tu: jeśli tekst był łatwy, bez wielu błędów, to od razu jest łamany na format książki, szykowany jest projekt typograficzny itd.;
== wydruk trafia do pierwszej korekty [to zawsze ktoś inny niż redaktor; ta praca jest potem przeglądana przez redaktora prowadzącego całą pracę nad książką], czyli sprawdzenia, że wszystko zostało naniesione; na tym etapie też jeszcze się znajdują błędy, np. w dzieleniu słów, gdyż niewiele słowników komputerowych sobie z tym radzi;
== książka znów trafia do działu technicznego;
== wydruk wędruje do drugiej korekty – dokładne czytanie [kolejna osoba];
== znów dział techniczny;
== rewizja, czyli ostatnie poprawki;
== znów dział techniczny, skąd plik trafia odpowiednio przygotowany do druku.
Na każdym etapie redaktor prowadzący sprawdza pracę przynajmniej dwóch korektorów oraz współpracuje z redaktorem technicznym i grafikiem, bo czasem trzeba coś wyciąć z tekstu, żeby pasowało na stronie, czasem trzeba coś dodać. Potrzebna jest też pomoc sekretarza, który uzupełnia dane na stronę redakcyjną [copyright, dane osób współpracujących, adres wydawcy, ISBN itd.]. Prawdą jest niestety, że najczęściej goni redaktora… czas :-/ Nie zawsze jest go tyle, by uszykować książkę ze spokojem, dopieszczając tekst… Niestety…

PS. są szkoły wspomagające naukę redaktorów; warto zaglądać na stronę Wirtualnego Wydawcy – tu znajdziesz informacje na temat szkoleń, seminariów, studiów itd.

21 komentarzy:

joanna pisze...

Jak dobrze, że uświadomiłaś mi TO, z jakim trudem i mozołem powstaje książka. Ogrom pracy ...
Ale co jest najcudowniejsze u Ciebie? Że jesteś pasjonatką, że cała oddajesz się temu, co robisz...
Znalazłaś swoje miejsce?
Wydaje się, że odczytałam to gdzieś między wierszami...

aeljot pisze...

Ciekawe i to bardzo. A wymądrzania w tym nie ma :)

ivon777 pisze...

Jak ja Ci zazdroszczę Twojej pracy!!! Jest mi b. miło dowiadywać się o Twojej pracy - takich tajników od kuchni . Jestem pod wielkim wrażeniem Twojej osoby.
W Liceum Medycznym, do którego chodziłam - miałam wspaniała polonistkę. Zawód pielegniarki - cała ta szkoła - to była fatalna pomyłka, zamknięty - przejściowy rozdział . Wielokrotnie jednak byłam namawiana przez polonistkę - na wejście na szlaki , które Ty
przeszłaś. Pisałam amatorsko - rzecz jasna - kilka recenzji - ponoć były dobre. I w jakimś niespotykanym natchnieniu napisałam własny Tren - pod wpływem J. Kochanowskiego.
Usłyszałam: Iwona - jesli faktycznie niec chcesz być pielęgniarką - zacznij przygotowywać się do filologii polskiej. Nie zaczęłam... myślałam o tym sporo i wiem,że to było TO - co mogło mi się zdarzyć najlepszego w dziedzinie edukacji. Otworzyłoby mi drzwi, przez które chciałam przechodzić... Myślenie moje niestety chyba - było ograniczone mocno, a brak wiary - zatrzymał w miejscu.

Pozdr.

ivon777 pisze...

P. S.
naturalnie - w tamtych czasach - piałam wiele własnych wierszy i opowiadań, rzadziej niż kiedyś - ale jeszcze czasem piszę...

Anna pisze...

Wspaniała praca - podejrzewam, że to by było TO dla mnie:) Też mam odruch korekty wszystkiego, co czytam. Czasem to denerwujące, bo mi błędy żyć nie dają:) Ciekawa jestem czy redaktorzy muszą koniecznie znać język, z którego książka jest tłumaczona? Co z językami egzotycznymi?

Zacisze wyśnione... pisze...

Uff! A bałam się, że za bardzo się "mądrzę" :-) Dziękuję za miłe słowa, i tak, kocham swoją pracę bardzo bardzo, choć są dni, że klnę na czym świat stoi :-/ np. gdy muszę napisać książkę za "tłumacza", bo jakoś-takoś dziwnym trafem rozminął się tekst "stworzony" przez tłumacza z tekstem oryginalnym, albo zdania są ledwie sklecone, toporne, niezrozumiałe...

Tęsknię za projektowaniem, za pracą techniczną [obecnie zajmuję się wyłącznie redakcją literacką]...

Anna: jeśli redaktor jest osobą odpowiedzialną, to nie podejmie się sprawdzania tekstu tłumaczonego z języka, którego zupełnie nie zna; wiadomo jednak, że niektóre języki są do siebie podobne :-) i na zasadzie skojarzeń można adjustować tekst [zdarzyło mi się redagować tekst z hiszpańskiego, którego teoretycznie nie znam - ale miałam zaufanie do tłumacza, poza tym posiłkowałam się wtedy wydaniem tej samej książki w języku, który znam; w moim przypadku jest to angielski, niemiecki, rosyjski bądź szwedzki i ciut-ciut francuski].

Ita pisze...

Masz niesamowitą pracę i z pasją ją wykonujesz .Jestem pod ogromnym wrażeniem .
Nie miałam pojęcia ile pracy trzeba włożyć w wydanie książki .Czytając post na pewno nikt nie posądzi Cię o zarozumiałość ,widać że w tym co robisz ,jesteś bardzo dobra!

Zacisze wyśnione... pisze...

Czy jestem dobrym redaktorem, to nie wiem :-) Ktoś "z zewnątrz" powinien to ocenić :-D Na pewno zawsze czuję się pewniej, gdy jeszcze ktoś po mnie czyta tekst i mam możliwość zajrzeć, jakie "kwiatki" przeoczyłam :-)

PS. proszę pamiętać, że opisywałam prace nad literaturą; dział naukowy to całkiem inna "bajka" - tam, po drodze, musi być jeszcze redakcja merytoryczna, czyli czytanie przez osobę znającą doskonale temat, dziedzinę nauki, której książka dotyczy [np. żadna encyklopedia zdrowia nie obędzie się bez czytania przez kilku lekarzy różnych specjalności].

ewarub pisze...

Opisalas idealnego redaktora w idealnym wydawnictwie :-) Chcialabym tak pracowac! A ostatnio czytalam niby fajne ksiazki, ale tak fatalnie przetlumaczone i chyba nietkniete przez redaktora, ze prawie nie dalo sie czytac. Niestety, dzis oszczedza sie na wszystkim, a traci na tym ksiazka i czytelnik. Pozdrawiam!

pasiakowa pisze...

Przeczytałam z zapartym tchem. Bycie redaktorem musi być arcyciekawe - mimo tego goniącego czasu i ogromu pracy, a Tobie widać, że sprawia jeszcze niesamowitą przyjemność :)

Hihi.. ja jestem z tych, co książki łykają, więc praca nad korektą nie byłaby na pewno dla mnie ;)
Wydaje mi się, że z kolei sprawy techniczne - skład, łamanie, tworzenie graficznej oprawy książki - mogłoby pochłonąć bez reszty :)

Pozdrawiam!

Anna pisze...

Temat mnie bardzo ciekawi, więc pozwolę sobie odpowiedzieć. Nie miałam pojęcia, że redaktorzy tak szczegółowo porównują tłumaczenie z oryginałem. Czy tłumacz dostaje potem jeszcze tłumaczenie do wglądu? Co do korzystania z oryginału, który opisujesz, to potrafię sobie to tak wyobrazić:)

Zacisze wyśnione... pisze...

Anna: jedni tłumacze chcą kontrolować proces redakcyjno-korektorski od początku do końca, innych nie interesuje, co się dzieje z tekstem, gdy już go oddadzą do wydawnictwa :-) Na ogół jednak redaktorowi również zależy na współpracy z tłumaczem - trzeba przecież utrzymać styl charakterystyczny dla danego tłumacza, a niejednokrotnie i zawiłości języka obcego potrafią redaktora - i tłumacza - bardzo zaskoczyć ;-)

globalistka pisze...

Wyrażam głęboki podziw i uznanie dla Twojej pracy M. Niby wiem jak wygląda droga książki od pisarza do czytelnika, ale tak szczegółowo pracy redaktora nie znałam. Ile osób wkłada swój wysiłek i zaangażowanie w proces tworzenia książki zanim trafi ona do naszych rąk. Z drugiej strony, chyba ucieka Ci cała magia czytania po takiej szczegółowej analizie tekstu. No, ale szare komórki nieźle ćwiczysz :) Ciekawa jestem czy masz jakiegoś ulubionego pisarza, tłumacza, do którego tekstów oczy się śmieją? Ale to pewnie tajemnica zawodowa :) Pozdrawiam.

Zacisze wyśnione... pisze...

Globalistka: nie wyobrażam sobie życia, czy też pracy, bez książek, które kocham miłością absolutną... ale... hmmm... rzeczywiście czytanie tzw. "dla przyjemności" od pewnego czasu już takie nie jest, chociaż bardzo się staram cieszyć historią, bohaterami, akcją, a nie wyszukiwać literówki ;-D To takie "zboczenie" zawodowe :-))) Wciąż są autorzy, którzy potrafią pisać w sposób porywający, magiczny :-) i wtedy nic nie przeszkadza w czytaniu ich opowieści!

Jak każdy redaktor mam ulubionych tłumaczy, z którymi mi się doskonale współpracuje, ale pozwólcie, że to już zachowam dla siebie :-)

aeljot pisze...

aaa i zapomniałam wczoraj dopisać, że Ci takiej pracy straszelnie zazdroszczę :)))

latarnia pisze...

Och, pięknie to opisałaś! :-) Emanujesz pasją i to pasją radosną! Ja jestem z tych, co lubią czytać właśnie takie dopieszczone książki, bo lubię się delektować tym co czytam a różne "kwiatki" potrafią mnie brutalnie wyciągnąć z książkowej krainy, w którą się wpuszczam ;-) Tak więc chwała Ci za to serce w pracę włożone! (książki z podrobami, hihi)

pisane przy kawie pisze...

Dziękuję Ci bardzo za odpowiedź.Oj ucieszyłam się bardzo.Praca porywająca,jak dla mnie oczywiście.Ciekawie to wszystko opisałaś.Cieszę się,że takie zainteresowanie wzbudził ten wątek na Twoim blogu. Serdecznie pozdrawiam.

Asia pisze...

Z wielkim zaciekawieniem czytałam Twojego posta: nie zdawałam sobie sprawy ile pracy kosztuje przygotowanie ksiązki do wydania! To bardzo żmudny proces!Cieszę sie, że to opisałaś i miałam okazję dowiedzieć się jak to wygląda. Masz bardzo ciekawą prace wymagającą na pewno umiejętności współpracy z wieloma osobami, fantastyczna sprawa!
Pozdrawiam

Lilithin pisze...

Bardzo ciekawa notka i ciekawa praca. Nie miałam pojęcia, że istnieje gdzieś Technikum Księgarskie! Proces powstawania książki wręcz mnie zafascynował. Nie dziwię się też, że wolisz czytać tekst na kartce, a nie ekranie komputera :)

Sara pisze...

Tak niedzisiejszo zabrzmiała uwaga o nieoszczędzaniu na tłumaczu!!! Tak, apeluję też, kochani, nie oszczędzajcie na mnie!;)))

Kilka razy ratowałam teksty niby przetłumaczone, było to straszne. Jeszcze częściej oczekuje się ode mnie pracy na najwyższym poziomie za stawkę wziętą z sufitu, z księżyca, ze sklepu "Wszystko po 2,5 zł". Często klient poprawia mnie, bo wie lepiej. Jest bardzo ważnym dyrektorem i już. Koledzy donoszą mi o katastrofach finansowych po zatrudnieniu tłumacza - niefachowca (np. wycofanie produktu z rynku, wymiana wszystkich instrukcji obsługi, hehe). Nie są to teksty literackie, niemniej literaturę można spokojnie w oparciu o te przygody pisać.

Nie wyobrażam też sobie, jak można nie interesować się, co mój tekścik wychuchany cudniutki teraz robi:))))

Cieszę się, że temat tłumacza pojawił się u Ciebie przy okazji, i to tak życzliwie naświetlony:)

Zacisze wyśnione... pisze...

Sara: zatem znamy/mamy ten sam problem, ale z różnych stron :-)