czwartek, 31 stycznia 2008

19. Trinity House


Grypa w natarciu ;-) niestety... Tak chora to ja od lat nie byłam. Nawet lekarka rodzinna stwierdziła, że może to i nie epidemia, ale prawdziwy "nalot" na przychodnię temu przeczy. Z jednej strony to choróbsko dało mi się we znaki - spałam za dwóch, kwiczałam z bólu głowy, nosa i gardła itp. za trzech - a z drugiej dała mi nieco czasu na nieskrępowane pobuszowanie po Internecie. Niestety, mój angielski okazuje się niewystarczający, by swobodnie podczytywać niektóre opracowania fachowe, ale nie poddaję się. Strona Trinity House, brytyjskiej organizacji zajmującej się bezpieczeństwem na morzu i na wybrzeżach (latarnie morskie, patrole, nawigacja na morzu itp.) jest przebogata! Znajdują się na niej przepiękne ilustracje wielu latarń, fotografie, bardzo ciekawe opracowania historyczne (konstruktorzy, budowniczowie, keeperzy), architektoniczne... Zresztą, samemu warto zajrzeć i poczytać. Polecam!

na fotce: Lowestoft (pierwsza latarnia na wschodnim wybrzeżu w okolicy kanału Stamford, a właściwie dwie wieże, zbudowane z inicjatywy Trinity House w 1609 roku; te pierwotne już nie istnieją, obecny stan to rok 1874, zautomatyzowana w 1975, zmodernizowana w 1994)

niedziela, 27 stycznia 2008

18. Eddystone raz jeszcze


W necie znalazłam piękne stare ilustracje wieży latarnianej na skałach wyspy Eddystone Rock. Przedstawiają pierwotną konstrukcję drewnianą z roku 1698 oraz po modernizacji przeprowadzonej przez Henry'ego Winstanleya rok później.

sobota, 26 stycznia 2008

17. Eddystone


Pierwsza na świecie latarnia morska wybudowana na skałach ledwie widocznych pod powierzchnią morza na wyspie Eddystone Rock, niedaleko portu w Plymouth w Wielkiej Brytanii (baza morska brytyjskiej marynarki wojennej w tamtym czasie), została zainicjowana przez armatora Henry'ego Winstanleya. Budowę drewnianej konstrukcji rozpoczęto 14 lipca 1696 roku; dwa lata później, 14 listopada, po raz pierwszy zabłysło na jej szczycie światło mające chronić żeglarzy przed śmiercionośnymi skałami tego regionu (lampy łojowe obsługiwane przez trzech latarników). Przetrwała ciężką zimę, lecz wiele jej elementów wymagało naprawy i modernizacji (1699, ilustracja). Latarnia została całkowicie zniszczona w nocy z 25 na 26 listopada 1703 roku podczas tzw. Wielkiego Sztormu; w tym czasie na jej szczycie pracował sam twórca latarni, Winstanley.

Kolejni konstruktorzy / fundatorzy prowadzący budowę, przebudowę i modernizację latarni na wyspie:
* 1706-1708 - John Rudyerd (latarnia z kamienia i drewna dębu; w 1755 latarnia spłonęła)
* 1756-1759 - John Smeaton (bloki kamienne łączone za pomocą cynku, belki z marmuru i twardego drewna)
* 1882 - James N. Douglass (wybudował obok starej, kruszącej się latarni nową, a starą kamień po kamieniu rozebrano i przeniesiono do Plymouth, gdzie stoi do dziś)

Latarnię wspomina Herman Melville w powieści Moby Dick.

piątek, 25 stycznia 2008

16. Zimowe przesilenie


Jak się okazuje, to nie globus, a solidne zaziębienie mnie chwyciło w środę (w pracy nie grzali - awaria, za oknem wiało mroźnym wiatrem, padało na przemian ze śniegiem, no i temperatura poniżej zera - tak to się musiało skończyć). Od tego czasu mam dzień w dzień gorączkę, smarkam, psikam i kaszlę. Najgorzej z tym gardłem... To pewnie angina - czas do lekarza, niestety... Jeśli się w ogóle uda do niego dostać... :-/ złe doświadczenia.

Nowe zakładki do książek robione w trakcie grypowej „maligny” ;-)

papier do scrapbooking KFD + TO-DO SCRAPS + znaczek + stempelek + wycinanki ze starego czeskiego kalendarza (większość zakupiona w sklepie KAJ)

środa, 23 stycznia 2008

Cios w samo serce


Heath Ledger nie żyje! Miał 28 lat! Aż mi się zimno i gorąco na przemian zrobiło... Cios w samo serce... Uwielbiam tego aktora, czekałam na więcej i więcej, bo on jeszcze nie pokazał wszystkiego, co potrafi... Jaka szkoda! Aż trudno w to uwierzyć...

kadr z filmy I'm not there (reż. Todd Haynes, 2007),
gdzie wcielił się w postać Boba Dylana

Kilka dni temu była podobna informacja - Brad Renfro, pyskaty dzieciak z filmu Klient (reż. Joel Schumacher, 1994) też zmarł, miał 25 lat! Świat oszalał!

wtorek, 22 stycznia 2008

15. Globus...


Dzisiaj nie mam w wydawnictwie nic do roboty, dosłownie :-/ I czemu to tak jest, co? Tydzień szaleństw bez jednej spokojnie przespanej godziny, fura książek do zrobienia na już-teraz-natychmiast!, a teraz pustka, nawet kilku kolegów i szefa dziś nie ma... Cisza i spokój! Może to i dobrze? Pobuszuję po Internecie, uporządkuję papierki na biurku, poczytam zaległe notki na blogach, poszukam ciekawych recenzji, nacieszę oczy cudnymi fotkami, prześpię się ;-) itp. itd. Ale nie lubię tak siedzieć bezczynnie...

Za oknem od rana deszcz, a właściwie ulewa, a potem lekko sypał śnieżek, który z racji dodatniej temperatury od razu nikł. Wiało, przez nieszczelne okna czuło się to bardzo, zmarzłam, siedząc przed komputerem :-/ . Teraz trochę ustało i na niebie zaczynają się zbierać granatowo-grafitowe ciężkie chmury. Czuję też, że ciśnienie spada bardzo szybko, ból głowy i zatkane uszy już są, a za moment pewnie będzie krwotok z nosa - tak właśnie "odczuwam" szybkie zmiany pogody. Meteopata. Przypomina mi się takie "wiekowe" określenie: "Mam globusa", czyli migrenę. Jak na szczycie latarni w czasie sztormu. Eh!
(Ilustracja znaleziona w necie, stara litografia albo drzeworyt - jak sądzę)

Wieczorami szykuję kolejną książkę dla zaprzyjaźnionego wydawcy. Chciałabym ją skończyć w tygodniu, żeby weekend mieć wolny i popróbować znów decoupage z serwetkami. Uparłam się, ale się nauczę. Na necie są takie piękne pudełka, deseczki, skrzyneczki zdobione właśnie tą techniką, że marzy mi się, że też będę kiedyś potrafiła :-) Wynalazłam też kurs dla początkujących pasjonatów. Hmmm... warte zastanowienia - niedrogo, fachowo... Tu można zapoznać się z ofertą :-)

poniedziałek, 21 stycznia 2008

14. papierowe zakupy :-)


Przeczytałam dziś rano na TVN24, że przedostatni poniedziałek stycznia jest najbardziej przygnębiającym, dołującym, depresyjnym dniem roku. Hmmm... Od rana w Poznaniu pada deszcz. Smętnie jest i zimno, mokro i jakoś tak szaro-buro, ciśnienie wręcz przygniata. Tramwaj dziś nie przyjechał o czasie, tłok niemożebny, hałas okrutny... :-/ Chyba się z tym doktorem Cliffem Arnallem zgodzę, rzeczywiście jest ciężko, a pogoda jeszcze podkreśla ten nastrój. No i zaczęłam myśleć o noworocznych postanowieniach, które rzeczywiście jakoś tak się rozpłynęły w codzienności... Jednym z postanowień było: zmienić pracę. Desperacko wręcz szukam bezpiecznego i "normalnego" miejsca pracy - bez "wyścigu szczurów", bez wymogu "kreatywności" (bo co to w ogóle oznacza, do choinki?! mam tworzyć nowe słówka i nowe zasady ortografii, gramatyki itd.? wtedy będę kreatywna?), bez szefa marketingowca, co to po wszystkich "rzuca mięsem" i wymaga 200% normy, nawet jak już padasz pyskiem w klawiaturę, bez konieczności pracy 18 godzin na dobę, albo i więcej... No i weekendy przydałyby się wolne... Pewnie za dużo wymagam, co?

Ale z milszych rzeczy...
Dotarło do mnie zamówienie ze sklepiku Urokliwisko_Gohy - adres sklepu znaleziony na forum miłośników wszelkich prac ręcznych. Zamówiłam dwie serwetki + jeden papier ryżowy + trzy pędzle ścięte szerokie płaskie, nylonowe + dwa pudełka na piękne metalowe zapięcia, przygotowane do pracy techniką decoupage :-) Wielka radość! Szybko przesłane, pięknie zapakowane, teraz tylko proszę o wolny weekend!!!
Przez ten miniony weekend, tak z doskoku, bo miałam pracę redakcyjną do zrobienia, dłubałam drewniany piórniczek, taki całkiem prosty, w babcinym stylu, ale ładny, prawda? Chwalę się :-) Wykorzystałam ostatecznie papier Calambour, kupiony w Manufaktura_Dobrych_Klimatów (super miejsce, przemiła obsługa), bo z serwetkami to sobie raczej nie radzę. Są takie cieniutkie, rozciągają się, marszczą, drą, i ostatecznie trzeba je szybko zdjąć, zanim zaschnie klej :-/ Muszę obmyślić jakąś inną taktykę.
Powoli moim ulubionym sklepikiem, gdzie wydaję, niewielkie wprawdzie, ale zawsze, „nadwyżki” finansowe ;-) jest KAJ. Mają cudowne piecząteczki i mnóstwo ciekawych pomocy dla pasjonatów decoupage, scrapbookingu, kartkomaniaków itp. różnych innych prac manualnych. Eh! Cudnie!
Inne sklepiki to: Memorabilia (ależ tam jest wybór piecząteczek!), CUDAniewidy - hmmm, trzy dni mi zajęło samo przeglądanie wszystkich wzorów serwetek ;-D, i Drewlandia - zawsze, gdy przeglądam ich ofertę, w nosie mam ten świdrujący, odurzający, piękny zapach świeżo oheblowanego drewna. Bajka!

niedziela, 20 stycznia 2008

13. Znaczki - latarnie morskie



Poczta Polska wydaje piękne serie znaczków. Nie jestem zbieraczem, pasjonatem filatelistą, ale od czasu do czasu daję się namówić na zakup znaczków, bloczków, arkusików czy też kart lub kopert okolicznościowych. Tym razem, wrzucając w wyszukiwarkę na allegro swoje ulubione "latarnie morskie", oprócz mnóstwa znaczków zagranicznych, znalazłam arkusik z polskimi latarniami morskimi projektu Okrassy. Na ilustracjach są latarnie morskie w Helu, Rozewiu, Gdańsku i Kołobrzegu. Moja mama, będąc w mieście, sprawiła mi ogromną radość i, pamiętając o mojej pasji, kupiła z myślą o mnie jeden taki arkusik. Teraz muszę poszukać kopert - na poczcie już nie było i ponoć nie będzie :-/, bo są naprawdę ciekawe. Przedstawiona na nich jest żarówka 1000 W, które - takie i mocniejsze - wykorzystuje się m.in. w nieczynnej już latarni w Gdańsku. Bardzo mi się podobają :-) A znalazłam informację, że to druga seria... Hmmm, trzeba zacząć obserwować allegro, no i częściej zaglądać na strony PP, coby nie przegapić następnych serii!

sobota, 19 stycznia 2008

12. Płatki śniegu



Takie cuda znalazłam na rosyjskiej stronie pasjonata fotografii makro :-) Piękne, prawda? Niestety nie mogę teraz tej strony drugi raz odnaleźć... A szkoda, bo widać, że facet potrafi!

piątek, 18 stycznia 2008

11. Islandia


Nie mam pojęcia, jakich używacie "dopalaczy", żeby funkcjonować dłużej i sprawniej, ale ja już nie wyrabiam :-/ Od tygodnia pracuję non stop, snu jakieś 3-4 godziny dziennie, kawa - niezliczona ilość... Głowa mi pęka, żołądek boli - to od kawy, oczy szczypią... Tak naprawdę to, robiąc redakcję czy korektę tekstu, łapię się na tym, że czasem nawet nie wiem, co czytam... muszę cofać się o kilka stron i raz jeszcze czytać, czytać, czytać. Zgroza! Obawiam się, że nic dobrego z tego nie będzie, ale czytelnicy zweryfikują :-) Ciekawa jestem, jak to jest w wydawnictwach - ta dbałość o jak najdoskonalsze przygotowanie tekstu, czy w ogóle jeszcze coś takiego jest? Czy ktoś o to jeszcze dba? Czy tylko pieniądz i czas decyduje o tym, jak dobrze - bądź słabo - przygotowana książka trafia do księgarń? Niestety, z moich kilkuletnich już doświadczeń wynika, że to drugie... (nie chcę generalizować, ale spory procent to jednak słabo - bo zbyt szybko! - przygotowane książki, i to nie tylko "czytadła", "pockety", które z założenia są "do przeczytania i wyrzucenia" - choć niby dlaczego miałyby być gorzej redagowane?, ale i te piękniej wydane). Szkoda! Ale... jak mawiają niektórzy wydawcy - nieważne co piszą, ważne że w ogóle piszą.
:-/

W zapowiedziach znalazłam drugą powieść Yrsy Sigurdardottir pt. Weź moją duszę. Premiera 30 stycznia. Cieszę się, że wydawnictwo Muza zdecydowało się na kontynuowanie tej serii (może skuszą się też na przetłumaczenie bajek dla dzieci tejże autorki?), bo pierwszą książkę tej autorki z Islandii - Trzeci znak, bardzo dobrze się czytało. O książce: "Niemiecki student historii, Harald Guntlieb zostaje zamordowany na terenie Uniwersytetu Islandzkiego. Zwłoki potwornie zbezczeszczono. Majętni rodzice nie są zadowoleni z wyników dochodzenia prowadzonego przez policję. Sami zlecają więc śledztwo młodej prawniczce Thorze, matce samotnie wychowującej dwójkę dzieci. Zamordowany Harald prowadził badania porównawcze dotyczące prześladowań za uprawianie czarów na kontynencie i w Islandii. Jednocześnie wiódł dość ekscentryczne życie, często ocierając się o śmierć, czy to z racji niezupełnie tradycyjnych zachowań seksualnych, czy z powodu częstego używania narkotyków. Thorę stopniowo wciąga świat, o którego istnieniu nie miała pojęcia. Trzeci znak to niezwykła powieść sensacyjna. Autorka czerpie garściami z najbardziej wstydliwych epizodów w dziejach Europy. Świetnie naszkicowane postaci stanowią znakomity kontrapunkt dla okrutnych obrazów, a samotna matka w roli detektywa czyni z powieści pozycję wyjątkową". Dodatkowo książka jest naprawdę ładnie wydana - twarda oprawa, lakierowana, w środku papier offsetowy, prosta "grafika" dodająca uroku stronom rozdziałowym, "oddech" na stronach (czcionka, interlinia, marginesy). Po prostu polecam! A Trzeci znak kupiłam, bo... jest o Islandii (no wiecie, zima, śnieg, krystalicznie czyste powietrze, Bjork i Sigur Ros, gejzery, wiatr...). Znów irracjonalny powód, ale i tym razem się sprawdziło ;-)

wtorek, 15 stycznia 2008

10. Weranda


Pęka mi dziś głowa i jakoś tak mi źle... :-/ Chyba w ogóle ciężko mają ostatnio sercowcy, bo karetki na sygnale krążą po Poznaniu nieustannie. Noc i ranek bywa zimny ze skrzącą się cudownie ziemią i lodowymi ślizgawkami, a dzień jest niemal wiosenny - ze słoneczkiem, lekkim ciepłym wiaterkiem itp., itd. Nie wiadomo, jak się ubierać ;-D A z nosa cieknie, gardziołko boli, skronie pulsują bólem...

Planowałam w zeszły weekend zabrać się za pudełko decoupage, ale niestety z wydawnictw zlecono mi aż sześć tytułów jednocześnie. Walentynki, niestety. Czasem wydawcy „zapominają”, że niektóre święta nie są ruchome i można by książki z tych okazji uszykować znacznie wcześniej. Ale to chyba forma tortur ;-) ze strony wydawcy na redaktorce czy też korektorce... Do tego książki całkiem nieciekawe, nie ma co polecać... A w formie odskoczni od nużących zdań i błędów językowych...

...zaproponuję pismo dostępne w każdym kiosku - „Weranda”. Obserwuję i kupuję ten magazyn od drugiego numeru, to już kilka lat. Niestety nie udało mi się nigdzie kupić pierwszego numeru (próbowałam nawet w redakcji, ale nic z tego, nie miałam szczęścia), więc jeśli ktoś ma i chciałby się pozbyć, to zapraszam na maila :-) To wyjątkowo ciekawe, bardzo bogate ilustracyjnie pismo o polskich (choć nie tylko, czasem są odstępstwa) domach, dworkach, pałacykach, ciekawych mieszkaniach. Jest też dział sztuki, aukcji - tych prawdziwych, nie internetowych, nowości na rynku designerskim, coś o winach, coś o kuchni, czasem o ogrodach... Naprawdę warto choć obejrzeć, by nacieszyć oczy cudownymi zestawami kolorów, pięknymi wysmakowanymi fotografiami, ciekawymi historiami domów i ich właścicieli oraz samymi wnętrzami - wyszukanymi, prostymi, awangardowymi, ludowymi... Do wyboru do koloru :-)

czwartek, 10 stycznia 2008

9. Uwielbiam...


...Wallsonowe spojrzenie na Żyrardów i jego zerkacze!
:-)

A na fotce Bazylia z Bolesławowa koło Stronia Śląskiego (Pensjonat Monte Neve), zeszłej zimy, pod koniec listopada. Oj, tęsknię, tęsnię... do wędrówek po górach, do lasów, do tego krystalicznego zimowego powietrza, do znajomych i ich uśmiechów, do radosnych pogaduszek przy winku, do słodkiego lenistwa...

środa, 9 stycznia 2008

8. Wypadek i jego skutki

Praca znów mnie „wciągnęła za uszy” :-/ Jak to jest, że nie potrafię się zdystansować, wciąż jestem wymęczona i brakuje mi czasu, a wracając do domu, jestem tak wykończona, że po prostu zasypiam? Budzę się koło 20.00 i dopiero wtedy zaczynam jako tako funkcjonować. Za bardzo się angażuję, jak mówią mi znajomi, ale ja inaczej nie potrafię - jeśli jestem w pracy, to pracuję. Nie cierpię obiboków, leni obrzydliwych, którzy pół dnia spędzają na lekturze gazetki, pogaduszkach, a robotę za nich wykonują inni. Pasożyty i tyle! Bu!

Dziś pewnie i tak wrócę wcześniej, bo rano, około 06.45, tramwaj, którym jechałam do pracy (nota bene numer 13) uczestniczył w wypadku. Wyjeżdżaliśmy akurat z ronda Rataje, gdy na pełnej prędkości na czerwonym świetle wjechał na rondo autobus. Wstrząsnęło, ludzie poupadali, szyby się rozprysły... Gorzej było w autobusie - tam kilka osób doznało obrażeń, była krew, a w tramwaju tylko jedna pani dość nieszczęśliwie upadła na podłogę i się potłukła. Ręce mi się trzęsą jeszcze teraz, kilka godzin po wypadku. No i dopiero teraz zaczynam czuć ból szyi, prawego barku i całej ręki; dziwne, że po takim czasie. Ale naszła mnie taka refleksja: jacy wszyscy jesteśmy nerwowi, obojętnie co się wydarzy. Jeden na drugiego zaczął wrzeszczeć, jakiś napakowany dresiarz prawie pobił tramwajarkę, która nic nie zawiniła, a sama była poszkodowana. To dotyczy też zwykłego codziennego życia - kolejek przy kasach, korków na ulicach, dużych imprez na świeżym powietrzu... Wszędzie się „wkurzamy”, denerwujemy jeden na drugiego, popychamy, rzucamy „mięsem”, spieszymy i gonimy. Czasem marzę o odludziu, gdzie mogłabym odpocząć od tego chaosu i hałasu...

Z innej beczki: zamówiłam na allegro ciekawe lakiery do drewna (satynowy i specjalny irydujący), a zatem zabieram się za nowe pudełko decoupage. Będzie w tematyce „ziołowej”. Tym razem chcę spróbować techniki spękanej farby akrylowej, która w ten sposób postarza wizualnie drewno. Już się cieszę :-)

czwartek, 3 stycznia 2008

7. Mroźna zima


Nareszcie zima :-) W Poznaniu dziś mnie wywiało i zmroziło! Teraz z przyjemnością otulam się puchatym szlafrokiem i popijam herbatkę z cytryną i miodkiem. Myślami zaś wybiegłam do książki, na którą trafiłam przypadkowo w Merlinie, a kupiłam z całkiem irracjonalnego powodu - na okładce są psy husky ciągnące sanie (no kto poważny kupuje książkę dla fotki na okładce, co...? ;-) Poza autorami, oczywiście... Ale ja uwielbiam husky, po prostu!). Nie do końca przepadałam za dokumentami, ale po przeczytaniu tej książki zaczęłam poszukiwania relacji z wypraw na biegun zimna, opowieści o Alasce, opisów szlaków psich zaprzęgów w warunkach ekstremalnie zimnych, wspomnień z Syberii... Centkiewiczów... W skrócie: wszystkiego co dotyczy zimy ;-) Mam nawet niezłą biblioteczkę na ten temat i tylko szkoda, że tak niewiele jest z tego tematu tłumaczonych tekstów... (bibliografia w tej książce liczy sobie kilka stron i jest w języku polskim niedostępna!).

Książka nosi tytuł Okrutny szlak, autorstwa Gay Salisbury i Laney Salisbury, i opowiada historię heroicznego wysiłku ludzi i psów, którzy mieli za zadanie przewieźć surowicę ratującą życie mieszkańcom Alaski chorym na błonicę (epidemia wybuchła w miejscowości Nome - dwa stopnie na południe od koła podbiegunowego północnego, u wybrzeży Morza Beringa - w styczniu 1925 roku i trwała prawie 2 miesiące); jest też w niej sporo o "gorączce złota", o warunkach, w jakich żyli pierwsi "zdobywcy" tamtych terenów, o wyścigu lotniarzy o palmę pierwszeństwa na tych terenach, o więzi Eskimosów z ich psami, o ogromnym zaufaniu ludzi do psów i odwrotnie... Szlak ten liczy 1900 kilometrów, pokonało go (choć niestety nie wszystkim się udało) kilka sztafet w 6 dni. Jeśli zdarzy się wam odwiedzać Nowy Jork, to w Central Parku stoi pomnik najsłynniejszego psa tamtego czasu, Balto. Obecnie pamięć o pionierach psich zaprzęgów przypomina marcowy wyścig Iditarod Trail Dog Sled Rice (z Anchorage do Nome) i ogłaszany jest jako Ostatni Wielki Wyścig na Ziemi.

Niezwykła historia... Warto zwrócić szczególną uwagę na ikonografię. Polecam szczerze!

wtorek, 1 stycznia 2008

6. Nowy Rok


Dziś Poznań okazał się być senny (a może tylko zaspany po hucznej nocnej zabawie), biały (spadł śnieżek, a to miłe powitanie Nowego Roku), opustoszały, no i jakiś taki smutny... Ja chyba też tak się czułam... Może to przez myśli o powrocie do pracy? Dzień spędziłam w łóżku, przed TV - co za strata czasu...

Obym jutro miała w sobie więcej życia...