piątek, 28 marca 2008

36. Codzienne głupotki


...dziś potrzeba mi miękkiego fotela lub sofy... Teraz!
Ranek z przebojami :-/
Budzik nastawiony na godzinę 05:45. To moja niezbyt normalna, ale konieczna (?) pora wstawania - a raczej budzenia się, bo najczęściej wyłączam zegarek ze słowami: „Jeszcze pięć minut...”. Dziś również odbył się ten rytuał ;-) , ale zamiast pięciu minut minęła prawie godzina... Obudziły mnie promyki słońca przebijające się przez firanki, mocny zapach wciąż pięknie kwitnącego hiacynta, usłyszałam miły śpiew ptaka, jakiś samochód przemknął ulicą - nawet całkiem cicho, zaszczekał pies na spacerze, usłyszałam „dzień dobry” wypowiedziane za oknem przez nie wiadomo kogo do kogo... przeciągnęłam się z myślą, że oto sobota wita mnie tak cudnie... Zaraz, zaraz... Sobota? Hmmm... Ciąg dalszy jest trudny do opowiedzenia, bo nie bardzo wiem, jak w trzy sekundy się umyłam, ubrałam, uczesałam (aby na pewno?), dobiegłam na przystanek - „Gdzie ten autobus?!!!” - no a sama jazda dłużyła się niemiłosiernie... A teraz - 8:15 - ledwie dycham przed komputerem w jeszcze pustym pokoju w wydawnictwie. I tak naprawdę powinnam się puknąć w czółko! Bo tylko ja jestem codziennie na czas, czyli na 7:30. Koledzy zjeżdżają się między 9:00 a... 12.00, a czasem w ogóle nie przyjeżdżają, bo... nie i tyle. Ale jestem głupiutka, że się tak przejmuję :-)

Rozmyślania językowe na wesoło:
W języku szwedzkim fotel to fåtölj [czytane: fåt'öl:j]
Gdyby jednak nieświadomie przeczytać to jako "fat oil", to siadywalibyśmy codziennie na tłustym oleju ;-D

fotka z "Living at Home"

czwartek, 27 marca 2008

35. Country Weranda


Nie mogę wręcz oczu oderwać od premierowego „Country Weranda". Feeria barw, zestaw fantastycznych zdjęć i bardzo ciekawych, ciepłych tekstów! To całkiem nowy kwartalnik, dziś ukazał się dopiero drugi numer tego pisma, a już wiem, że „wpadłam po uszy”. Zresztą „Werandę” też uwielbiam... ale to już wiecie :-)

Muszę się przyznać, że ja w ogóle uwielbiam przeglądać, niekiedy kupować wszelkie gazetki o wnętrzach. To jest mój jedyny nałóg... No, prawie ;-) . Od ponad 10 lat kupuję w tym samym miejscu w Poznaniu - panie w saloniku prasowym miło się do mnie uśmiechają, gdy raz w miesiącu do nich zaglądam, by wydać stówkę na gazetki - kilka magazynów z zagranicznej prasy (a konkretnie niemieckiej, gdyż skandynawskie są u nas raczej niedostępne): „Schöner Wohnen", „Wohn Idee” i „Living at Home” - w wersji niemieckiej, wbrew angielskiemu tytułowi. Kiedyś było jeszcze „Neue Wohnung” i „Zuhause Wohnen”, ale w ramach terapii /braku miejsca vel. tortury zrezygnowałam z ich kupna. Czasem... ;-) ale tylko czasem kuszę się na „Country Home and Interiors”. Co tu dużo mówić - jestem fanatyczką i ciekawie urządzonych wnętrz, kuchni, pomysłowo zaplanowanych ogrodów, bibelotów, ale i tych wszystkich niesamowitych zdjęć. Bardzo sobie cenię dobrą fotografię - i właściwie nie chodzi o artyzm, ale o ciepły kolor, wrażenie przytulności, kwiaty w doniczce itp. albo - technicznie - zwartą, oszczędną, czystą kompozycję, cudnie płytką głębię ostrości (takie rozmycie tła, że aż czuję się, jak na granicy snu i jawy)... No to pa! Idę pooglądać parę gazetek ;-)

środa, 26 marca 2008

34. Zimowy Avercamp


W Rijksmuseum w Amsterdamie można nacieszyć oczy zimowymi obrazami Henricka Avercampa (1585-1634). Urodzony w Amsterdamie, wychowywał się w Kampen. Ponoć był głuchy i opóźniony... Uczył się malarstwa od Pietera Isacksza, inspirował się szkołą flamandzką, reprezentowaną przez Gillesa van Coninxloo, mnie - i pewnie wielu osobom - jego obrazy przypominają malarstwo Pietera Breughla (ok. 1525-1569).
Zimowy krajobraz z łyżwiarzami (olej, ok. 1608) jest tak przebogaty, że trzeba naprawdę wiele czasu, aby obejrzeć wszystko. Ale na pewno warto :-) Niektórzy ślizgają się dla zabawy, ktoś właśnie upadł, kilka osób gra w kolf (gra przypominająca golf/hokej, ale na lodzie), są i ci, którzy ciężko pracują, jest i żebrak proszący o jałmużnę, mały piesek pętający się pod nogami...
To tak wciąż à propos zimy i śnieżnej zawieruchy za oknem :-)

reprodukcja ze strony WebMuseum

wtorek, 25 marca 2008

33. Hiacynt :-)



tego samego dnia - wtorek, wpis wieczorny:

Chwalę się pięknie zakwitłym jaśniutko fioletowym hiacyntem :-) Pachnie cudownie - poczułam to zaraz po powrocie z pracy, gdy tylko weszłam do pokoju! Wygląda przepięknie - mimo tego lekkiego „przechyłu" (kolor właściwy na fotce nr 1). Na zdjęciu wraz z nim wiosenne stokrotki i fragmencik dostojnego, dorodnego grubosza, popularnie zwanego „drzewkiem szczęścia". Cudnie się prezentują na moim parapecie... Jest jeszcze hoja, ale czeka na lepsze czasy, na przykład - lato ;-) Wtedy ją zaprezentuję. I tylko papirusy musiałam zlikwidować - same badylki się ostały. Próbuję jeszcze ukorzenić kilka uratowanych „parasolek". Mam nadzieję, że się uda.

A na drugiej fotografii owoc mojej pracy w święta. Nic wielkiego, ale ja jestem dumna - znalazłam czas i własnymi rączkami przygotowałam bazę pod dalsze prace (to o pudełku, bo komódka jest już skończona - raczej nie będę jej upiększać... ze strachu, że coś sknocę). Komódka zakupiona w MDK, pudełko... hmmm... nie pamiętam... Oba przedmioty zabejcowałam (palisander i wiśnia) i zalakierowałam. I tu niespodzianka! Muszę podziękować dobrym duszyczkom z różnych forów zajmujących się decoupage'em, a także Luli za pomysł komódki i za kurs na stronce House of Art. Dziękuję! Do tej pory używałam lakieru z firmy To-Do, żelowego, satynowego. Ale po lekturze na forum zanabyłam lakier półmat Flügger. I jestem zachwycona! Świetnie się z nim pracuje, pięknie się rozprowadza, dość szybko wysycha (dotykowo po jednej godzinie; w ciągu 24 godzin można położyć dwie warstwy), jest gładki, nie widać śladów pędzla. Sama przyjemność! Pudełko - które chcę podarować mojej przyjaciółce E., która kocha kolor czerwony - chcę jeszcze okleić papierowymi motylkami i zalakierować ponownie (a pewnie i kilka razy). Będzie kolejna fotka :-)

fotki zrobione „małpką" Kodaka :-/ niestety nie mam nic lepszego... na razie...

32. Polskie rysie


Za oknem ziiiimno, a do tego od rana tańczą płatki śniegu :-) Zima się trzyma, pokazuje, kto tu naprawdę rządzi ;-)

Smutna prawda: w wiadomościach w necie wyczytałam, że zaledwie 10% osób dorosłych, zarabiających, przekazuje rocznie swój 1% podatku dochodowego na rzecz organizacji pożytku publicznego. Hmmm... no cóż, ja też tego do tej pory nie robiłam :-/ Wstyd. . . Ale lepiej późno, niż wcale, prawda? Postanowiłam wesprzeć WWF Polska. Te niewielkie pieniążki, jakie przekażę, wspomogą akcję ratowania polskich rysi :-)
Właśnie zdałam sobie sprawę, jak samolubnie żyję - nie oszczędzając wody, energii, nie wspierając akcji ekologów, organizacji typu Free Tibet! itp. Okropna jestem, egoistyczna... Muszę się za siebie wziąć!

fotka z czeluści onetu

niedziela, 23 marca 2008

31. Wciąż świątecznie...

Tak przy okazji tego wiosennego święta (zawsze tak myślę: wiosenne - nie religijne!) chętnie wspominam wizyty u rodziny mojej mamy na wsi podpoznańskiej. Wspominam z rozrzewnieniem starsze pokolenie - ale i nie tylko, bo i małe dziewczynki, i chłopaków :-) - w regionalnych strojach ludowych, pieśni i tańce z wiankami na głowach, przypominam sobie występy zespołów tanecznych, emitowane przez TV: Mazowsze, Śląsk i in., piosenki Ireny Santor, koronczarki, pisanki w wiklinowym koszyku ozdobionym kolorowymi wstążkami, przebogate hafty na lnianej serwecie, rozłożonej na świątecznym stole, żółte kurczaczki grzane przez ciocię w kartonie postawionym koło pieca, pierwsze pączki na drzewach w sadzie, ranną rosę klejącą się do zmarzłych stópek... To wszystko było takie wzniosłe, właśnie świąteczne. A teraz... :-/

fotka ze strony Muzeum Wsi Radomskiej

sobota, 22 marca 2008

Wiosenne święta


Wszystkiego dobrego!
:-)


zdjęcie dzięki uprzejmości pagoda-ga z allegro

piątek, 21 marca 2008

30. Hel raz jeszcze



stare pocztówki z lat (około) 30-tych...

Halo! Haaaaaalo! Jest tam kto?
:-(
Nawet nie wiem, czy ktoś tu zagląda, o czytaniu nie wspominając...

czwartek, 20 marca 2008

29. Wiosna?


Dziś pierwszy dzień wiosny astronomicznej, a za oknem sypie sobie śnieg :-) Ja się nie skarżę, w końcu zima to moja ukochana pora roku, ale... czasem tęsknię za zielonym kolorem (fotka). Jeszcze dwa dni w pracy i chwila odpoczynku. Póki co - tfu! tfu! - nic na zlecone nie dostałam, a to oznacza wolny weekend!!! Aż niemożliwe :-)

Koniecznie chcę dokończyć czytanie powieści Dennisa Lehane Wypijmy, nim zacznie się wojna (wydana przez Świat Książki). Czytam ją w zatłoczonym tramwaju w drodze do pracy - a to nie jest zbyt mądre: hałas, tłok, "śmichy-chichy" młodzieży jadącej do szkoły... Nieszczęśliwie dla siebie zaczęłam czytać tę serię od książki Gdzie jesteś, Amando? - najnowszej, której ekranizacja właśnie gości na naszych ekranach kinowych (moim zdaniem świetny debiut reżyserski Bena Afflecka z bardzo dobrą rolą główną jego brata, Caseya) i trudno mi nadążyć za aluzjami do spraw kryminalnych, które para głównych bohaterów rozwiązywała wcześniej. Są to zajmujące, dobrze prowadzone klasyczne kryminały, dosadne, nie bojące się tematów trudnych, tabu, osadzone w Bostonie (choć autor tłumaczy się czytelnikom, że bardzo często dostosowuje topografię miasta do własnych celów, nie zawsze właściwie i dokładnie). To rzadkość w dobie poprawności politycznej. Tu nie zawsze policjant jest postacią kryształową, nie każda sytuacja jest jednoznaczna, z jedynie słusznym wyjściem. Niekiedy podąża się za emocjami. Książki, mimo ponurych morderstw, uprowadzeń itp. sytuacji, skrzą się dowcipem. Są po prostu dobre.

Oczywiście, najlepszą / najbardziej znaną powieścią, jest Rzeka tajemnic sfilmowana w 2003 roku przez samego Clinta Eastwooda. Film zdobył Oscary za rolę pierwszoplanową - Sean Penn (yes!), oraz rolę drugoplanową - Tim Robbins (oh, yes!). Film genialny, wywołujący gęsią skórkę, wzburzenie, łzy, gorące dyskusje... Bardzo żałuję, że nie dostał wtedy Oscara (przegrał z Władcą pierścieni), ale z drugiej strony wierzę, że kto chciał, film zobaczył i docenił.

fotka moja, z zeszłego roku, cyknięta w arboretum w Kórniku pod Poznaniem

(Pentax MZ-10 + Exacta 35-80 mm wersja makro, skan z fuji superia)

sobota, 15 marca 2008

28. Dom z ogrodem


Właśnie ukazał się nowy numer mojej ulubionej „Werandy". W tym miesiącu ma jeszcze być dodatek do tego magazynu - „Country. Weranda". Idą święta, a zatem czas wolny, będzie okazja do spokojnego przejrzenia obu magazynów. Czekam z niecierpliwością.
I tak sobie pomyślałam: jakie jest moje wyobrażenie idealnego zacisza? Jaki to miałby być dom? Na pewno za miastem :-) , w ogrodzie, może nawet pośrodku lasu, przyjazny, bezpieczny, spokojny, a nawet cichy, czasem senny, przytulny, pachnący słodkimi wypiekami, rozświetlony naturalnym światłem, „skandynawski" w barwach (biel) i doborze drewna (złocista sosna!), bez przepychu i bibelotów, z bogatą biblioteką, przestrzenną kuchnią i łazienką, ciepłą sypialnią, salonem z kominkiem i wygodnymi fotelami... niech pod nogami kręci się kot, na werandzie przysypia pies, w ogrodzie ćwierkają ptaki, kwitną bajecznie kolorowe kwiaty, owocują drzewa...
Można by tak marzyć bez końca :-)

fotka z „Werandy" oczywiście :-)

środa, 12 marca 2008

27. Hel




Stare pocztówki z mniej więcej lat 30-tych XX wieku.
fot. nr 1 - R. Wyrobek

Trochę historii: „Kraniec Półwyspu Helskiego był już w XVI wieku oświetlany ogniskami, gdyż stanowił ważny punkt orientacyjny na szlaku do Gdańska. W XVII wieku wykorzystywano wieżę kościoła, gdzie palono ogień, a w 1670 roku zbudowano pierwszą latarnię na skraju wsi. Z powodu powtarzających się przypadków pomylenia właściwego kursu statków, przy pomocy władz Gdańska zbudowano w 1790 roku nową, położoną bliżej wschodniego brzegu cypla. W roku 1826 zakończono budowę murowanej, okrągłej wieży zwieńczonej ciemnozieloną laterną, mającej 42 metry wysokości. Pierwszego sierpnia 1827 roku zapłonęło tam 6 lamp na olej rzepakowy widocznych z odległości 17 metrów, zmienionych w 1926 roku na lampę naftową z czterema soczewkami. Wieżę otynkowano i pomalowano w biało-czerwone pasy w roku 1929, a w 1938 zmieniono źródło światła na żarówkę 3000W. W tej postaci latarnia dotrwała jedynie do 19 września 1939 roku, kiedy została wysadzona przez obrońców Helu na rozkaz komandora Włodzimierza Steyera, gdyż stanowiła doskonały punkt celowniczy dla atakujących niemieckich pancerników Schleswig-Holstein i Schlesien. Po zakończeniu drugiej wojny światowej, w 1942 roku, wybudowano w pobliżu nową, ośmiokątną wieżę, którą możemy oglądać do dziś. W 1989 zainstalowano na niej antenę radaru nawigacyjnego, a w roku 1992 ze stali nierdzewnej wykonano nowy dach laterny i zmieniono radar”.

wtorek, 4 marca 2008

26. Pierwsza latarnia w Australii



1) pierwsza w Australii The Macquarie Lighthouse (18 km od Sydney)
2) FDC z pierwszego dnia obiegu z The Macquarie Lighthouse
3) The Tacking Point w Porcie Macquarie (399 km od Sydney)

Najstarsza w Australii, pierwsza!, latarnia morska to The Macquarie Lighthouse. Po raz pierwszy zajaśniało tu światło dla żeglarzy w 1791 roku, a pierwsza wieża latarniana została zbudowana pod okiem Francisa Greenwaya w latach 1816-1818 roku (druga wieża - obecna, replika pierwszej zaprojektowana przez Jamesa Barneta - została postawiona w latach 1881-1883, wtedy pierwszą rozebrano). Latarnia ta z racji swej ważności znalazła się na znaczkach i na ciekawej FDC (środkowa fotka ze stemplem z pierwszego dnia obiegu).

I żeby nie pomylić... :-)
Nieco dalej, bo aż 399 km od Sydney na trasie do Brisbane jest wypoczynkowa miejscowość o nazwie Port Macquarie. Tutejsza latarnia nazwana została The Tacking Point i wznosi się na skałach w południowej części portu. U jej stóp ciągnie się przepiękna plaża, którą można godzinami wędrować i wciąż nie dotrzeć do końca - lub jechać, gdyż na wielu plażach Australii dopuszczony jest ruch samochodowy :-) - nurzać stópki w piasku, wdychać cudne morskie powietrze, podziwiać jachty i żagle, faunę i florę... i robić co tylko dusza zapragnie :-) Po prostu poczuć, że się żyje!

niedziela, 2 marca 2008

25. Jen Stark

Kolejny przykład niezwykłej wyobraźni podczas pracy / zabawy z papierem - tym razem w kolorze :-) KLIK