środa, 30 kwietnia 2008

53. Opera w Poznaniu

Dłuuuugi weekend przed nami :-) Cieszę się przeogromnie! Ostatnie tygodnie w pracy dały mi w kość, a to pewnie i tak nie koniec „zabawy” - targi książki w Warszawie są w połowie maja, więc na 100% jeszcze kilka książek trafi do mnie do super-hiper-ekstra-pilnego czytania :-/ No nic, taka praca!
Ale o przyjemniejszych rzeczach. Wczoraj wieczorkiem zupełnie niespodziewanie zadzwoniła do mnie koleżanka A. z czasów szkoły średniej i zaprosiła na dzisiejszy jubileusz 25-lecia istnienia Zespołu Tańca Ludowego „Poznań” Akademii Wychowania Fizycznego, który odbędzie się w Teatrze Wielkim, popularnie zwanym w Poznaniu Operą. To niezwykłe, ile silnej woli jest w tej dziewczynie! Po kilku latach nie tańczenia - bo teraz jest zapracowaną, oddaną żoną i mamą dwójki dzieciaczków - poświęca swój czas i energię na przygotowanie i uczestniczenie w spektaklu jubileuszowym. Podziwiam! I do tego jestem bardzo ciekawa :-) A. śmiała się, że porobiły jej się zakwasy, ale na pewno jest dumna i szczęśliwa z tego powrotu, no i ta pozytywna energia płynąca z tańca! Każdy potrzebuje takiej odskoczni od męczącej codzienności... Zabieram aparat, może uda mi się zrobić parę fotek :-)

pocztówka z 1941 roku

wtorek, 29 kwietnia 2008

52. Werandy, ganki, tarasy


Definicja słownikowa: weranda (fr. véranda) - przybudówka przy domu, kryta dachem, bez ścian lub ze ścianami oszklonymi. Kojarzy się (choć nie jednoznacznie) z gankiem (przybudówka z zewnętrznymi schodami przed wejściem do budynku; nakryta daszkiem podpartym słupkami, otwarta lub zamknięta ścianami z oknami) oraz tarasem (rodzaj dużego balkonu, umieszczonego na parterze, na piętrze lub na płaskim dachu) lub tzw. „ogrodem zimowym” (salony zieleni, przeszklone werandy i oranżerie).
Pisałam już jak bardzo lubię pismo „Weranda”. Często to słowo - weranda - jest dla mnie punktem wyjściowym do przeszukiwania Internetu. Trafiłam na allegro (znów! ;-) to już uzależnienie) na album z 1997 roku, wydany przez amerykańskiego wydawcę o włosko brzmiącej nazwie Rizzoli International Publishing z Nowego Jorku pt. Pleasures of the Porch: Ideas for Gracious Outdoor Living autorstwa Darii Price Bowman i Maureen LaMarca. Format większy 26x26 cm, w kwadracie, w twardej oprawie z obwolutą, na kredowym papierze. Zawartość: liczne fotografie, krótkie opisy, trochę historii, nieco informacji praktycznych. Typograficznie: oszczędnie, lekko, delikatnie - sama przyjemność dla czytelnika. Skuszona tematem i niewygórowaną ceną kupiłam książkę w zeszłym tygodniu, a już wczoraj do mnie dotarła - zapakowana jak prezent! To naprawdę rzadkość, by ktoś dbał również o efekt wizualny! Dlatego czułam się jak obdarowana, a nie jak klientka ;-) Dziękuję! Po rozpakowaniu od razu zasiadłam wygodnie w fotelu i strona po stronie delektowałam się pięknymi zdjęciami oraz krótkimi acz treściwymi notkami. Szkoda wielka, że w Polsce jest to jeszcze rzadkość - chyba nie jakiś szczególny luksus / skomplikowana architektonicznie / trudność budowlana dla budującego dom, ale weranda wciąż jest postrzegana jako niepotrzebna, nie dająca się zagospodarować według polskich oczekiwań przestrzeń. Może chodzi o klimat? Może o to, że w polskiej tradycji liczy się ziemia - ogród, otwarta przestrzeń, mała altanka z dala od głównego domu... W każdym razie weranda z prawdziwego zdarzenia to miejsce, gdzie można zjeść śniadanie na świeżym powietrzu, bez względu na pogodę, gdzie można pobujać się w fotelu, zdrzemnąć, poczytać książkę lub gazetkę, albo zwyczajnie odpocząć, ciesząc się bliskością natury, a jeśli mamy to szczęście - podziwiać widoki.

Fotki:
- okładka albumu
- otwarta weranda kurortu Tjampuhan na Bali

sobota, 26 kwietnia 2008

51. Kosheen


Nie umiem obyć się bez muzyki, wciąż musi wokół mnie brzmieć - może poza czasem, gdy całą swoją energię i skupienie muszę poświęcić redagowanej książce :-) , bo wtedy najlżejszy dźwięk mnie rozprasza (pewnie dlatego najczęściej i najchętniej pracuję późno w nocy). Nieustannie zatem przeszukuję stacje radiowe, TV i przede wszystkim Internet w poszukiwaniu nowości brzmieniowych, bo - przyznać to muszę - słucham niemal wszystkiego: od klasyki, po jazz tradycyjny, elektronikę, rock, alternatywę, industrial, rythm and blues... i może tylko rap i okolice omijam z daleka - chyba nie dojrzałam do tej muzyki... Eee, stop! - słuchałam Jay-Z, chociaż to chyba hip-hop... nie znam się ;-)
Ostatnio znalazłam muzykę, która kiedyś tam już - w postaci jednego ich hitu, debiutanckiego (sic!) utworu Hide U - mi mignęła, ale nie zachwyciła na tyle, by poszukać ich nagrań. Ale... lepiej późno niż wcale :-) Drum n’bassowy zespół KOSHEEN powstał w latach 90-tych ubiegłego wieku - ale to brzmi ;-) - w Wielkiej Brytanii. Głos z Walii - Sian Evans połączony z niesamowitym brzmieniem elektroniki Darrena Decodera (aka. Beale'a) i Markee’ego Substance’a (aka. Morrisona) wspólnie tworzy wspaniały mroczny niekiedy klimat. Nagrali trzy studyjne płyty: Resist (2001), Kokopelli (2003) i Damage (2007). Bardzo mi odpowiada ich muzyka, rytm, aranżacje, ten głęboki, mocny głos wokalistki... No, po prostu są dobrzy! Polecam!
A co najważniejsze - dużo koncertują! Byli już w Polsce - 25 kwietnia 2007 roku w Warszawie i dzień później w Poznaniu - qrcze!, że też nie wiedziałam ;-) . Mają znów zagrać w Polsce - 15 maja w Hotelu Chińskim w Sopocie, dzień później w krakowskim klubie Studio, a 17 maja na stadionie Polonii w Bydgoszczy w ramach Juwenaliów. Bardzo bym chciała posłuchać ich na żywo! Może... hmmm... ten Sopot? Nad morze przed sezonem... Ach! Koniecznie! :-)

PS. A co robicie w dłuuuuugi weekend majowy? Byczycie się, czy pracujecie? ;-) Ponoć wiosna się rozkręci na całego i warto będzie poleżeć na trawce i pooddychać świeżym powietrzem...

fotka autorstwa Cody'ego Burridge'a ze strony domowej zespołu oraz okładka płyty Kokopelli (to imię bohatera legend amerykańskich Indian), którą właśnie słucham :-)

piątek, 25 kwietnia 2008

50. Wiosenne poranki

Poznań to bardzo duże, ciekawe, piękne miasto. Lubię tu mieszkać i chyba trudno byłoby mi stąd wyjechać. Jestem mieszczuchem :-) , choć wciąż po dziecinnemu tęsknię za spokojną wsią i jej cyklami życia, szumiącym lasem, chłodną wodą jeziora, kolorową i bzyczącą owadami łąką... To takie mało realne tęsknoty, ale miłe...
A wiosna w moim ruchliwym i hałaśliwym mieście budzi się przede wszystkim kolorami - soczystą zielenią trawy wymieszaną z żółcią obficie kwitnących właśnie mleczy, białymi i różowymi kwiatuszkami, które obsypują liczne drzewa, kwitnącymi dostojnymi magnoliami i migdałowcami, burzą kolorowych, dumnie wyprostowanych tulipanów w przydomowych ogródkach, jeszcze bladymi, lekko tylko zielonymi pąkami i liśćmi na parkowych drzewach; ale również śpiewem ptaków - nawet w takim industrialnym otoczeniu, w jaki pracuję nic ich nie odstrasza :-) - wciąż lekko chłodnym rannym wiaterkiem, białymi pierzastymi chmurkami na błękitnym niebie, pierwszymi nieśmiałymi, ciepłymi promykami słoneczka... :-) No po prostu jest cudnie! Do pracy jadę około godz. 06.30 i cała ta piękna przyroda dodaje mi energii i mimo natłoku pracy, który czeka mnie po przyjeździe do firmy, jakoś tak dobrze nastraja. Postanowiłam, że dziś nic mnie nie wyprowadzi z równowagi ;-) a czy się to uda, to już „inna para kaloszy”...
ponieważ nadal nie mam własnego aparatu - free fotka z czeluści netu

czwartek, 24 kwietnia 2008

49. Moleskine

Moleskine - kultowe, niewielkie notesiki z gumką zawojowały świat, nie tylko artystów. Pewnie jest to swego rodzaju snobizm, nie ma się co czarować :-) , ale to działa na wyobraźnię! Hemingway, Picasso, Matisse... Często, pewnie nieświadomie, widzieliśmy je w filmach - Amelia, Skarb narodów, Kod Leonarda da Vinci, w serialu Numb3rs i inne... Najwięksi i najwspanialsi tego świata już od ponad 200 lat nosili i noszą małe czarne książeczki w kieszeni, bądź w torbie przewieszonej przez ramię, notują, rysują, tworzą kolaże...
Ty też możesz go mieć ;-) W Polsce dystrybucją oryginalnych Moleskine’ów zajmuje się księgarnia Czuły Barbarzyńca w Warszawie. No cóż... przyznaję, dałam się skusić. Kupiłam wersję z nieco grubszymi karteczkami, do rysunków, i ten najpopularniejszy mały niby-zwyczajny notesik. Są też wersje large - dla tych, których pusta „przestrzeń” kartki nie ogranicza ani nie odstrasza, oraz w kratkę, w linię, z alfabetem, mini-teczuszka na karteczki z notatkami, duży blok w formacie albumowym (poziomy format) do malunków akwarelą, kalendarze itd.
A przypomniałam sobie o Moleskine, gdy na etsy trafiłam na osóbkę - shoofly - która zdobi okładki notesików w oryginalny sposób. Warto zajrzeć i nacieszyć oczęta :-)

na fotce notesik w stylu Moleskine'a, oryginalnie zdobiony przez shoofly (fotka z etsy.com)

środa, 23 kwietnia 2008

48. Elżbieta Fido-Drużyńska



10 kwietnia 2008 roku odeszła po długiej i ciężkiej chorobie Elżbieta Fido-Drużyńska (1937-2008) - artystka-grafik ze szkoły Jana Marcina Szancera, ilustratorka atlasów przyrodniczych, bajek i przypowiastek dla dzieci. Jej charakterystyczny rysunek jest od razu rozpoznawalny. Miałam to szczęście, że wychowywałam się w latach świetności polskiej szkoły graficznej, nie tylko dla dzieci - Grabiański, Boratyński, Rychlicki, Marczewska, Orłowska-Gabryś, Kopczyńska itd.; można by długo jeszcze wymieniać... Świąteczne kartki pocztowe tych artystów są dla mnie wielkim skarbem ;-) Gdy byłam mała codziennie wieczorem mój tato czytywał mojej siostrze i mi „do poduszki" wierszyki i bajeczki z kolorowymi obrazkami, do których sentyment mam do dziś - wzmagając tym samym moje uwielbienie zajęć rysunku :-) Kolekcjonuję i szanuję książeczki z lat 60-tych i 70-tych, pocztówki, ilustracje z dawno już zapomnianych czasopism. Tęsknię za tymi cudownymi ilustracjami... Nigdy nie uwiódł mnie Disney czy inne komercyjne produkcje ze Stanów Zjednoczonych :-/

Na blogu, który odwiedzam codziennie, a zwanym czarodziejsko Tralaloskop, można poczytać i obejrzeć książeczki z tamtych lat :-)

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

47. Papierowe fantazje

Molly Jey i jej papierowe obrazki :-)
Niesamowite, co potrafią wyczarować utalentowane rączki!

Copyright © MollyJey Dziękuję!

niedziela, 20 kwietnia 2008

46. Inuici


Trochę mi przeszło :-/ Ale było źle... Sorry za emocjonalnego wcześniejszego posta, szkoda nerwów...
A oto efekt uspokajających wędrówek po Internecie :-) Sztuka Inuitów. Fotografia rzeźby niedźwiedzia polarnego pochodzi z galerii artystów w Vancouver w Kanadzie. Jestem zachwycona! Polecam!

45. NIE!

Muszę odreagować :-/ choć nie bardzo wiem jak. Za oknem paskudna pogoda - zimno, zbiera się na deszcz, więc spacer nie rokuje zbyt dobrze; a po domu mnie „nosi” - za nic nie mogę się ze spokojem zabrać: ani nie nęci mnie zbiór cudnych nowości gazetkowych o wnętrzach i ogrodzie, ani piękny papier do scrapbookingu, który zakupiłam z myślą o zrobieniu zakładek do książek, ani rozpoczęty całkiem ciekawy kryminałek ze Świata Książki. A dlaczego mam tak spaprany weekend? Otóż... Dostałam do redakcji książkę - temat bardzo dobry (nie wiem, czy powinnam ujawniać :-/ ), ale tłumaczenie... Żenada! Po jaką cho-le-rę - sorry za słownictwo :-/ - osoby, które, owszem, znają język obcy, ale za to ani trochę języka polskiego zabierają się za tłumaczenia? Dajcie sobie spokój! Poszukajcie innego zajęcia! To tortura dla redaktora czy korektora, gdy dostaje taki tekst! Taka książka - w formie pierwotnej, oczywiście - nie miałaby szans na rynku księgarskim, bo przeczytanie pierwszych pięciu stron groziłoby popadnięciem w szaleństwo, choć pewnie co bardziej odporne osoby po prostu wyrzuciłyby książkę do kosza... Jeśli mam całe zdania pisać na nowo, za tłumacza, którego właśnie to było zadaniem, to mówię stanowcze NIE! Muszę - MUSZĘ!!!! - zrobić przerwę w pracach redakcyjnych... dłuuuuugą przerwę! Od dziś wykrzykuję gromkie NIE! nieodpowiedzialnym wydawcom!

Jakieś słowa pocieszenia? Może jakiś redaktor, równie jak ja zniechęcony, skrobie parę słów?

sobota, 19 kwietnia 2008

44. Świnoujście



Latarnia morska Świnoujście jest najwyższą w Europie oraz jedną z najstarszych i najpiękniejszych latarni polskiego wybrzeża. Budowę rozpoczęto w 1854 roku w Świnoujściu, na prawym brzegu Świny, w Warszowie - przemysłowej części miasta. Po raz pierwszy światło w tym miejscu rozbłysło pierwszego grudnia 1857 roku.
Na środku piętrowego domku ze skośnym dachem wyrasta najpierw kwadratowa, przechodząca w ośmiokątną, a następnie okrągłą olbrzymią, żółtą wieżę z czerwonymi szlaczkami i małymi okienkami. Na jej szczycie znajduje się galeria okalająca podstawę, na której leży przeszklona laterna z kopulastym daszkiem. Na samą górę prowadzi 308 schodów. Pierwotnie miała ośmiokątną wieżę o wysokości 68 metrów, wykonaną z żółtej cegły. Po prawie pięćdziesięciu latach z powodu pękania i odpadania cegły konieczny był generalny remont (1902-1903). Zmieniono wtedy przekrój wieży na okrągły, a podstawy z kwadratowego na ośmiokątny oraz w części użyto czerwonej cegły klinkierowej. W trakcie drugiej wojny światowej naloty przyczyniły się do poważnych uszkodzeń, które naprawiono w 1959 roku, jednakże szkodliwy wpływ środowiska ciągle pogarszał stan techniczny latarni do tego stopnia, że w latach dziewięćdziesiątych konieczny stał się ponowny kapitalny remont (ukończony w 2000 roku). Latarnia jest udostępniona dla zwiedzających, można nawet otrzymać certyfikat „zdobycia" najwyższej europejskiej latarni :-)

latarnia na starych pocztówkach: 1) z ok. 1901 roku, 2) ok. 1910 i 3) ok. 1949

czwartek, 17 kwietnia 2008

43. Na ludowo

Poszukując inspiracji w necie, przebijając się przez setki stron o - niestety - niewielkiej wartości, natknęłam się na... i chłodny powiew wiatru, i szum wody, i błysk koloru... :-) Przepiękne „rzeźby” w szkle oraz przedmioty codziennego użytku z Mia Glass Studio (niestety nie znalazłam strony autorskiej :-/ , a tylko poprzez pakamerę , ludowo mi oraz na kilku jeszcze stroniczkach sklepików i galerii internetowych). I jestem oczarowana! Po prostu :-) Odnajduję w tych „przedmiotach” tchnącą czystością Skandynawię, ale również zimę zatopioną w formie płatków w świeczniki, podstawki, misy, znalazłam też stylizowane ludowe motywy, które tak kocham! Hmmm, zdobyli moje serce!

na fotce: konik o imieniu Zorza ze studia Mia Glass Studio

piątek, 11 kwietnia 2008

42. T jak Typografia


„Styl typograficzny, w szerokim rozumieniu tego słowa, nie oznacza żadnego konkretnego stylu - mojego, twojego, neoklasycznego czy barokowego - lecz zdolność do swobodnego przemieszczania się po całej dziedzinie typografii w taki sposób, by z gracją zaznaczyć swoją obecność, unikając banalności”.
Robert Bringhurst Elementarz stylu w typografii

T jak Typografia, czyli jak dobrze zaprojektować książkę - pod takim tytułem odbywają się w kilku największych polskich miastach seminaria zorganizowane przez Arctic Paper i firmę Design Plus. Są one zainspirowane polskim wydaniem Elementarza stylu w typografii Roberta Bringhursta - książki niesamowitej, ekscytującej podróży przez wieki wraz z autorami i producentami projektującymi czcionki, drukarzami, artystami „budującymi” książki według „złotej zasady” podziału strony - kto to jeszcze dziś pamięta? a wykorzystuje? :-/ . Znajdziemy tu też porady, jak dobrze dobrać krój pisma do tematu książki, do jej stopnia trudności, trochę o redakcji tekstu, o składzie i łamaniu, o kompozycji i projektowaniu itp. itd. Trudno opisać to w kilku słowach, książkę trzeba koniecznie przeczytać (i samemu ocenić, czy zasługuje na miano „biblii typografa”)! Również ze względu na piękny język, jakim jest napisana (autor jest poetą, prozaikiem, tłumaczem), na konotacje matematyczne i muzyczne, na innowatorski, autorski podział rodzin czcionek. Zresztą trudno sobie wyobrazić osobę zawodowo zajmującą się książkami, która nie chciałaby jej poznać :-) Książka jest bogata w przykłady graficzne, ma poręczny format, piękny kremowy papier Munken Pure 100g (choć niestety mimo dobranej gramatury druk przebija), okładkę ze skrzydełkami...

Ale o wykładach... Muzeum Archeologiczne przy Starym Rynku w Poznaniu, godz. 15.00. Najpierw o papierze, jego właściwościach, a co za tym idzie wykorzystaniu mówił przedstawiciel firmy Arctic Paper. Zaraz potem Robert Oleś - wykładowca typografii na Akademickim Kursie Typografii i przede wszystkim polski wydawca Bringhursta – przedstawił „Wstęp do typografii”. Miło mi było go słuchać :-) To pasjonat z ogromną wiedzą, dobrze i przejrzyście opowiedział o wszystkich zagadnieniach, które musi znać projektant, o umiejętnym wykorzystaniu tej wiedzy, oraz o czcionkach. Techniczne podejście - drukarza, zecera, składu i łamania, czyli to, co mnie najbardziej interesuje. Na koniec obejrzeliśmy narodziny i realizację pewnego projektu - Halieutica Owidiusza, oraz projekt katalogu jubileuszowego dla wielkiej firmy wykonanego przez Andrzeja Tomaszewskiego. Sala była pełna, trochę wydawców, trochę projektantów, gro studentów ASP. Miło było w tym uczestniczyć :-)

I jeszcze podziękowania... Moją wielką pasją - także zawodem, jaki wybrałam i mam szczęście wykonywać - są właśnie książki, ale obecnie zajmuję się przede wszystkim redakcją i korektą. Wciąż jednak tęsknię do projektowania. Tę pasję zaszczepił we mnie - a następnie ukształtował - pewien przeuroczy Pan J. z największej poznańskiej firmy Perfekt, którego wiedza oraz osiągnięcia w dziedzinie projektowania książek są niekwestionowane. Dzięki jego umiejętnościom, radom, nauce, a także okazanej mi serdeczności doceniam trud, jaki w projekt wkłada dobry redaktor techniczny, projektant, grafik itd., a przede wszystkim chęć wydawcy, by książka - oprócz wartości merytorycznej - była też piękna, po prostu, czytelna, „przyjazna” dla czytelnika... Dziękuję!

czwartek, 10 kwietnia 2008

41. Bezsenność


Cierpię na bezsenność, i to od lat... Powinno się to leczyć, ale jakość wciąż mi nie po drodze :-/ Zawsze gdy przez kilka dni, bywa że i nocy, intensywnie pracuję nad książką, potem przychodzi noc (czasem kilka pod rząd), kiedy nie mogę zmrużyć oka. Wiję się wtedy w łóżku bez sensu, nie mogę się skupić na czytaniu bądź TV, skronie pulsują, w uszach mi dzwoni / szumi krew..., a w dzień kiwam się nad klawiaturą i nie wiem, co tak naprawdę robię... Całkowite oderwanie od rzeczywistości... Dziwne uczucie, na pewno niepokojące... W każdym razie dla mnie wtedy Internet jest zbawieniem - nie nudzi, wciąż zaskakuje itp. Kilka dni temu wpisałam się na podaj.net. To portal, gdzie można wymieniać się książkami. Sympatyczna idea :-) Mam w domu mnóstwo książek, do których już nie wrócę, nawet nie zajrzę, więc... w drogę, do kolejnej osoby :-)

...a smakowitą fotkę z tego postu dostałam w mailu typu "wesoły spam" :-) od dobrej kumpelki A. ze szkolnej ławy - rety! szkoła? kiedy to było? ;-)

wtorek, 8 kwietnia 2008

40. Rozewie raz jeszcze


Zwariowana ta moja pasja :-) Skupuję wszystko, co dotyczy latarni morskich: reprodukcje, mapy, ceramiczne figurki, naparstki ręcznie malowane ;-), pocztówki i fotki, znaczki i FDC, oraz oczywiście wszelkie książki i albumy, na allegro, w galeriach i antykwariatach, które z zamiłowaniem odwiedzam. Jednak przyjemności obcowania z książką drukowaną nie da się porównać do przeglądania stron internetowych księgarni, choć oczywiście nie przeczę, że w Internecie wybór jest znacznie większy. W poznańskim antykwariacie im. Żupańskiego mam nawet swoją „listę zapotrzebowania” i, gdy coś z niej trafia w ręce antykwariuszy, dzwonią do mnie z zapytaniem, czy jestem zainteresowana. To przemiłe! Zresztą w ogóle poznański antykwariat to bardzo przyjazne miejsce. Wydałam i wciąż wydaję tam sporo ze swojej miesięcznej pensji :-) Pozdrawiam!

Dwie pocztówki z wieżą latarnianą w Rozewiu:
- fot. 1 - letnia jest z lat 60-tych,
- fot. 2 - zimowa jest z lat 80-tych.

sobota, 5 kwietnia 2008

39. Pasje kosztują :-/

Poszukiwania książek na temat latarni morskich, ich historii, czy chociażby albumu ze zdjęciami - w polskich warunkach kończy się fiaskiem. Poza naprawdę nielicznymi przykładami, które mogłabym policzyć na palcach jednej ręki, zdani jesteśmy na amazon lub inne księgarnie wysyłkowe. Dobrze, że trwa tzw. „doba Internetu”, zatem zakup nawet z odległej Ameryki nie jest problemem :-) poza oczywiście finansami :-/ Ale... warto zaszaleć...

fotka: okładka książki wydanej w 2000 roku przez Cypress Communications

czwartek, 3 kwietnia 2008

38. Rozewie



Na przylądku Rozewie, najbardziej na północ wysuniętym krańcu Polski, od średniowiecza stawiano światła nawigacyjne. Szwedzka mapa wydana w 1696 roku jest najstarszym dokumentem potwierdzającym istnienie rozewskiej latarni - ogniska rozpalanego przez córkę szwedzkiego kapitana, w tym miejscu uratowaną przez rybaka. Latarnia morska w Rozewiu została uruchomiona 15 listopada 1822 roku. W 1875 roku w celu odróżnienia jej światła od tej w niedalekim Czołpinie wybudowano obok drugą latarnię. W 1910 roku wyłączono ją, a na starszej latarni zmieniono źródło światła z aparatu Fresnela i lampy naftowej na elektryczną żarówkę z wklęsłym zwierciadłem i kryształowymi pryzmatami. Latarnię podwyższono o pięć metrów, ustawiając na ceglanej XVIII-wiecznej, czterokondygnacyjnej wieży mającej kształt ściętego stożka, też stożkową - metalową część pomalowaną na czerwony kolor. Rosnące bukowe drzewa po latach zaczęły zasłaniać światło dwudziestoczteroipółmetrowej latarni. Z tego powodu w 1978 roku powtórnie podwyższono ją o osiem metrów, stawiając cylindryczną, metalową część. W nowej latarni zainstalowano obrotową aparaturę złożoną z czterdziestu żarówek reflektorowych umieszczonych na dwóch panelach. W 1972 roku decyzją Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków latarnia nosząca imię Stefana Żeromskiego została wpisana do rejestru zabytków polskich. Obecnie w latarni mieści się muzeum latarnictwa. Znajduje się tu m.in. stary reflektor latarni Stilo z soczewką Fresnela, światła nawigacyjne i modele dawnych latarń począwszy od starożytnej latarni na wyspie Faros.

1) stara pocztówka z początku XX wieku, fot. Zdzisław Marcinkowski
2) nowsza pocztówka – ok. 1970 rok

środa, 2 kwietnia 2008

37. Ewan McGregor

:-)
Jadąc rano do pracy, zaspana, zmęczona po nocce nad książką, z przyjemnością połączoną z lekkim zadziwieniem zauważyłam w szybie dużej perfumerii w centrum miasta reklamę nowych perfum Davidoffa Adventure. A na zdjęciu... Ewan McGregor! Cudowne połączenie - żywioł, przygoda, klasyka, męskość, orzeźwienie... Aż mi się dziś buzia sama śmieje :-)

fotka z netu - mała, ale czytelna