poniedziałek, 30 czerwca 2008

80. Elemelek ;-)

Codziennie, zaraz po przyjściu do pracy, wietrzę pokoje, bo zaduch wita mnie okropny - letnie uroki budownictwa przemysłowego, niestety :-/ A że dziś w Poznaniu, mimo słoneczka i letniej temperatury, jest też bardzo wietrznie, po chwili goniłam już papiery wyfruwające ponad biurka ;-) No nic, trochę atrakcji z samego rana... Ale jeszcze przed południem kolejna przygoda! Przez otwarte okno silniejszy podmuch wiatru wwiał nam ślicznego młodego wróbelka :-) Maluch z pięknym „koziołkiem” wylądował na wewnętrznym parapecie, zaćwierkał - czyżby ze złością? „Qrka, znów się nie udało! Lecę dalej!” - by po sekundzie wyfrunąć za okno ;-) Śmiałam się do łez, choć może złapała mnie ta słynna głupawka, kiedy nerwy są na granicy albo wybuchu, albo właśnie takiego nerwowego chichotu. Eh! Pracoholizm... Byle do weekendu ;-)

PS. pierwsza fota z nowego aparatu :-) Hurra!!! Olympus E-510 z kitowym krótkim 14-42 mm obiektywem i wściekle różowa pelargonia z balkonowego parapetu mojej mamy ;-)

czwartek, 26 czerwca 2008

79. Krynica Morska



Stare pocztówki: dwie pierwsze są z ok. 1930 roku, kolorowa to prawdopodobnie rok 1960.

Pierwsza latarnia w Krynicy Morskiej została zbudowana przez elbląskiego rzemieślnika Edwarda Stacha i uruchomiona 01 maja 1895 roku. Do jej budowy użyto najlepszych materiałów (cegła licówka z cegielni w Matarni i granit na cokół i gzyms, sprowadzony z Drezna), a wykonaną w Gdańsku latarenę zaopatrzono w urządzenia optyczne przygotowane w Berlinie (był to aparat Fresnela emitujący błyski co 2 sekundy, po których następowały 4 sekundy przerwy). Jednak w czasie drugiej wojny światowej w 1945 roku latarnia została wysadzona przez wycofujących się niemieckich żołnierzy. W 1948 roku na dachu domu wczasowego powstała prowizoryczna latarnia. Nową latarnię zbudowano dopiero na początku lat pięćdziesiątych według projektu profesora Puzyny, wykonanego na Politechnice Gdańskiej. Latarnia stanęła tuż obok ruin pierwszej. Uruchomienie nowej latarni nastąpiło w lecie 1951 roku.
Latarnia ma bardzo klasyczny wygląd - jest zwężającą się ku górze okrągłą wieżą (u dołu ma średnicę 6 metrów, u góry zaś 4.5 metra; całkowita wysokość to 26,5 metra). Zbudowana z betonowych bloków, jest otynkowana i pomalowana na czerwono. Na jej szczycie znajduje się biała metalowa laterna, którą zwieńcza stożkowaty dach. Wewnątrz znajdują się betonowe schody przylegające do ściany, będącej jak gdyby skorupą, pustą w środku wieżą. Tymi schodami wchodzimy na platformę, z której wychodzi się na mały okratowany balkonik, a następnie po stromej i wąskiej metalowej drabinie na galerię widokową wokół laterny. W laternie znajduje się cylindryczna soczewka i dwupozycyjny zmieniacz z dwoma żarówkami o mocy 1000 watt / 220 volt każda. Ciekawostka: choć żarówki rzadko się przepalają, są jednak wymieniane co 3-4 miesiące z powodu ciemnienia szkła i zmniejszenia przepuszczalności światła. Z galerii widokowej widać wody pełnego morza i Zalewu Wiślanego, przedzielone zalesioną mierzeją. Latarnia jest oczywiście udostępniona do zwiedzania :-)

wtorek, 24 czerwca 2008

78. Po raz kolejny...

Wieeeem... Znów... ;-) Ale mam sentyment do Rozewia, a w necie znalazłam kolejną piękną pocztówkę - trzymajcie kciuki! może będzie moja :-) . Nie mam 100% pewności, ale fotografia pochodzi z początku XX wieku, a jej autorem jest najprawdopodobniej Zdzisław Marcinkowski.
Ale już za momencik, za krótką chwilkę - ;-) no, może jeden dzień! - będzie o Krynicy Morskiej... Obiecuję!

poniedziałek, 23 czerwca 2008

77. Włoska diva




Na zdjęciach Lyda Borelli: u góry pocztówka znaleziona w antykwariacie, reszta to fotosy słynnej divy.

W antykwariacie trafiłam na piękną pocztówkę (fotografia u samej góry), na oko z początków poprzedniego wieku. Zauroczyło mnie spojrzenie kobiety ze zdjęcia, coś z pogranicza lekkiej pogardy, zamyślenia a omdlenia, nasuwało się skojarzenie z kinem lat najwcześniejszych, ale może trzeba szukać w zupełnie innym kierunku - np. to córka bogatego obszarnika...? ;-) Chętnie używam pocztówek jako zakładek do książek, które właśnie czytam, dlatego od razu kupiłam i tę. Spodobała mi się, choć zwykle nie przepadam za zdjęciami osób, kimkolwiek są, jakoś taka skrępowana się czuję, studiując bezczelnie ich twarze, zaglądając w oczy... (dlatego wolę fotografować kwiatki niż ludzi). W górnym lewym rogu pocztówki nazwisko - L. Borelli. Bardzo lubię kino, ale tej postaci nie kojarzyłam, ba!, nawet nie wiedziałam, że w tym kierunku powinnam szukać! Ot, piękne zdjęcie, a nazwisko - to być może sygnatura fotografa... Nic bardziej mylnego!
Na pocztówce sportretowana jest słynna diva kina niemego, uwielbiana przez tłumy postać początku XX wieku, włoska piękność, wybitna aktorka teatralna Lyda Borelli (ur. w Rivarolo Ligure - Genowa w 22 marca 1884, zm. w Rzymie 01 czerwca 1959 roku). Wygląda jako modelka Pre-Rafaelitów, piękna, tragiczna, jak dziś byśmy powiedzieli femme fatale. Najbardziej znany film z Lydą Borelli to Rapsodia Satanica z 1915 roku; film opowiada historię starzejącej się kobiety, która podpisuje pakt z diabłem, zapewniający jej wieczną młodość. Oczywiście nie muszę dodawać, że filmy nie do zdobycia w wersji na DVD :-/ Eh, szkoda! Po krótkich poszukiwaniach znalazłam nawet Casa Lyda Borelli w Rzymie, w której można się zatrzymać i pooddychać tym samym powietrzem co owa piękność ze zdjęcia :-)

środa, 18 czerwca 2008

76. Cholipcia! ;-)


Do tej pory pisałam całkiem anonimowo, dopiero kilka postów temu pozwoliłam sobie na drobną sugestię, maleńki naprowadzający ślad, kim jestem :-) Jakoś tak miałam opory przed jednoznacznym określeniem się, swobodniej mi było pisać incognito ;-) Ale... stało się, rozpoznano mnie... I muszę przyznać, że miło mi się na sercu zrobiło, gdy tyle ciepłych słów wsparcia popłynęło netem. A dlaczego piszę? Bo paluszki nie te, nie radzą sobie z tradycyjnym, pamiętnikowym pisaniem, polubiły klawiaturkę ;-) , a poza tym pamięć coraz krótsza... czasem nie pamiętam, co jadłam na śniadanie - zapewne jest to wynik tempa i intensywności zawodowej, w jakich od kilku ostatnich lat żyję. W każdym razie => dziękuję!

Na fotkach dom z mansardowym dachem oraz piękne drzwi jeszcze innego domu w Puszczykowie pod Poznaniem. To przecudowne miejsce, marzenie wielu Poznaniaków, w środku pięknego, czystego lasu, z dala od zgiełku wielkiej metropolii. To tu znajduje się Muzeum Pracownia Arkadego Fiedlera, niesamowita posesja (dom wraz z przyległościami i spory ogród) pełna pamiątek z podróży z całego świata, wspaniale pielęgnowana przez potomków pisarza. Na pewno wybiorę się tam w najbliższym czasie i zrobię kilka fotek.

Zdjęcia robione były w zeszłym roku w czerwcu aparatem Pentax MZ-10 z podpiętą 50-tką SMC-M o świetle 1,7; skan z Fuju Superia.

wtorek, 17 czerwca 2008

75. Brak czasu

Gdzie ten czas ucieka, co? Wciąż go brak :-/ a przynajmniej mnie... Bardzo bym chciała choć ze dwie godzinki dziennie móc poczytać w ciszy i spokoju, dla przyjemności, chociażby dlatego, że stosik kupowanych książek i pism zastraszająco szybko rośnie, powoli zaczynam się wręcz o niego potykać, a czasu na czytanie zupełnie nie znajduję. Szkoda... Znajoma z pracy zaproponowała audiobooki, a że do pracy i z pracy to około trzech godzin jazdy i sterczenia na przystankach, to się pewnie warto zastanowić, choć... hmmm... no nie wiem, nie wiem... pewnie dlatego się waham, że ja czytanie książki wiążę też z przyjemnością jej oglądania - literki, obrazki, dotyk i zapach papieru, okładki itp. To pewnie z racji mojej „projektowej” pasji, albo po prostu zwyczajnego bzika ;-)

Dziś w Warszawie w Traffic Club o godz. 17.00 miało się odbyć spotkanie z Yrsą Sigurdardóttir, Islandką z krwi i kości, której książki - mroczne kryminały wydawane przez Muzę - lubię. Czekam wciąż aż wydawca zdecyduje się na tłumaczenie jej bajek :-) Niestety, nie byłam w stolicy, ciut za daleko na taką fanaberię jak spotkanie literackie ;-) ale żałuję, bo to na pewno było pasjonujące spotkanie. Ktoś był? Robił fotki? Może ktoś skrobnie krótką recenzję dla mnie :-)

czwartek, 12 czerwca 2008

74. Marilyn raz jeszcze

fot. Ben Ross, fotka z 1952 roku - jedna z moich ulubionych :-)

...tak się ostatnio dużo zebrało wiadomości o pięknej Marilyn Monroe :-) Pewnie z okazji rocznicy jej urodzin (01 VI 1926).
W czerwcu na aukcję w Las Vegas trafi 47-minutowy film z planu Skłóceni z życiem (reż. John Huston, 1961) - na pewno bardzo cenny, chociażby dlatego, że to jedne z ostatnich zdjęć Clarka Gable, partnera Marilyn w tym filmie, który krótko po zakończeniu zdjęć zmarł na zawał serca. Nakręcony przez amatora film zapewne osiągnie horrendalną cenę, jak ten czarno-biały, 15-minutowy, niemy i delikatnie rzecz ujmując ;-) erotyczny z aukcji z kwietnia (prywatna osoba kupiła go za bagatela 1,5 miliona dolarów!).
A w Londynie w galerii HackelBury trwa właśnie wystawa fotografii 80-letniego Elliotta Erwitta, który miał tę przyjemność poznać i uwiecznić na kliszy m.in. właśnie Marilyn. Przepiękne zdjęcia - swobodne, intymne...

środa, 11 czerwca 2008

73. Polecam :-)


Dziś pozwolę sobie na małą reklamę :-)
Sting. Teksty i przekłady w rewelacyjnym przekładzie Lesława Halińskiego i z moją, skromną redakcją właśnie zostały wydane przez poznańskie wydawnictwo In Rock. Do kupienia w empikach i księgarniach od najbliższego piątku. Książka nie jest najtańsza
- 59,90 zł (528 stron), ale za to jest pięknie wydana w twardej oprawie z dodatkową obwolutą, wnętrze na kremowym papierze ecco book 70 gram, vol. 2,0, druk w dwóch kolorach - czerni (teksty angielskie i polski ich przekład) oraz złotym brązie (adnotacje i przemyślenia Stinga), z licznymi fotkami.
Chwalę się ;-) I oczywiście wszystkim fanom, i nie tylko, polecam!

wtorek, 10 czerwca 2008

72. Niechorze



Latarnia morska w Niechorzu na starych pocztówkach - górna jest z ok. 1927 roku, dwie kolejne z lat 60-tych XX wieku.

Latarnia morska w Niechorzu... Hmmm… Kwestię urody budynku latarni pozostawiam zwiedzającym, gdyż mnie osobiście się ona nie podoba - np. w porównaniu do Helu czy Rozewia, które wręcz uwielbiam ;-) - a w większości materiałów jest określana jako: „piękna”, „wyjątkowo urodziwa” itp. itd. Kwestia gustu, z którym ponoć się nie dyskutuje :-)

Ale o latarni...
W drugiej połowie XIX-go wieku stwierdzono, że pomiędzy świecącą od 1857 roku latarnią morską w Świnoujściu a latarnią w Jarosławcu (od 1838 roku) powstała luka w oznakowaniu nawigacyjnym, której nie mogła wypełnić latarnia kołobrzeska ze względu na zbyt mały zasięg światła. Zgodnie z zarządzeniem niemieckiego Ministerstwa Żeglugi z 15 maja 1863 roku postanowiono wybudować latarnię morską na wysokim, 22-metrowym klifowym wybrzeżu, na zachód od miejscowości Niechorze. Do budowy przystąpiono w roku 1863, a zakończono w 1866 roku; 1 grudnia po raz pierwszy zaświeciło światło na latarni. Fasadę budynku stanowi elewacja północna, której centralną częścią na poziomie parteru są drzwi wejściowe z dwoma oknami po obu stronach. Zarówno drzwi jak i okna zostały zwieńczone łukiem pełnym, a nad nimi zbudowano otwarty taras z ażurową balustradą. Przekrój wieży latarni jest do wysokości 19 metra czworokątny, natomiast powyżej (do wysokości 32,5 metra) zmienia się na ośmiokątny o boku długości około 2,9 metra. Na narożnikach ośmiokątnej wieży wypuszczone zostały lizeny (Słownik języka polskiego PWN - pionowy pas muru wystający nieznacznie z lica ściany), wykonane na przemian z cegły czerwonej oraz czarnej glazurowanej. Płaszczyzny pomiędzy lizenami wyłożone zostały jasnożółtą licowaną cegłą. Wieża zwieńczona została wystającym gzymsem. Na wysokości 35,7 metra znajduje się taras widokowy otaczający nadbudowę, a nad nią znajduje się laterna, wykonana ze stalowych teowników i szyb w trzech rzędach. Całość zwieńczona jest półkolistym, pokrytym blachą dachem. We wnętrzu wieży wybudowana jest kręta klatka schodowa, którą po pokonaniu ponad 200 stopni wychodzi się na taras widokowy. Całkowita wysokość obiektu wynosi 45 metrów.
Laterna została wyposażona w aparat Fresnela. Początkowo źródłem światła była lampa olejowa, w której palił się knot nasączony olejem rzepakowym. W czasie działań wojennych w 1945 roku pocisk artyleryjski zniszczył całkowicie laternę, w której mieściła się optyka i aparatura umożliwiająca świecenie latarni. W 1948 roku latarnia została całkowicie odbudowana według dawnej dokumentacji, jednak zastosowano już elektryczne źródło światła i optykę sprowadzoną ze Szwecji. Wtedy też prawdopodobnie elewacje wieży pomiędzy lizenami zostały otynkowane. Kolorystyka całej latarni również uległa zmianie przy okazji wymiany dachów i stolarki okiennej i drzwiowej, które to zgodnie z projektem zostały wykonane w kolorze zielonym, a górująca nad całością wieża nabrała żółtego koloru. Laterna, znajdująca się na szczycie wieży, zgodnie ze spisem świateł, pozostała w kolorze białym.
Cały kompleks latarni wraz z ogrodem i budynkami przyległymi został uznany za zabytek kultury narodowej i wpisany do rejestru zabytków województwa szczecińskiego.

czwartek, 5 czerwca 2008

71. Zaległości


na fotkach: instytut balneologiczny (na pierwszym planie fragment secesyjnego w formie daszku nad źródełkiem wody leczniczej) i latarnia morska w Sopocie

Nie wiem od czego zacząć :-) Dłuuuższa przerwa była...
Może Trójmiasto na początek. Ostatnie niestety, piąte spotkanie z cyklu T jak Typografia miało miejsce w czwartek 29 maja - w moje imieninki :-) - w Nadbałtyckim Centrum Kultury w Gdańsku. Tym razem było niewiele osób (dziwne, przecież tutejsza ASP ma katedrę grafiki użytkowej... czyżby jednak zbyt mała była reklama zajęć?), co mnie na początku zaniepokoiło, a niepotrzebnie. Okazało się, że w tak niewielkim gronie łatwiej jest dyskutować i komentować na bieżąco prowadzony wykład. Ciekawie, inspirująco. Od jednego z wykładowców, Roberta Chwałowskiego, dowiedzieliśmy się co nieco o Akademickim Kursie Typografii przy Uniwersytecie Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie. Warto pomyśleć o uczestnictwie - dla początkujących dla wiedzy, a dla znawców chociażby dla przyjemności, czy usystematyzowania tego, co już potrafią. A wykłady miały podobny plan, jak w innych miastach - o papierze mówił przedstawiciel Arctic Paper, potem Robert Oleś wprowadził nas w tajniki projektowania książek, a na koniec Robert Chwałowski opowiedział o tym, dlaczego polskie książki wyglądają tak jak wyglądają, czyli paskudnie ;-) krótko mówiąc, ale w żadnym razie nie generalizując! Przykładem była książka, która rzeczywiście łamała wszelkie zasady :-) Będę łaskawa i nie powiem, jaka to książka, bo to, qrcze, hit był i wciąż jest! ;-D I jeszcze drobna dygresja - spotkanie odbyło się w pięknej sali: drewniane kasetony, obrazy, antresola, rzeźbione schody... Cudo! Warto podjechać i obejrzeć. Miło było też usłyszeć, że pierwsze wydanie Elementarza stylu w typografii Bringhursta się sprzedało do zera! Czekamy na dodruk :-) Na koniec najważniejsze => ogromne podziękowania za wykłady!

Dzień później klasycznie byczyłam się w Sopocie :-) Mocno zaskoczyło mnie to, że molo i jego okolice to jeden wielki plac budowy. Kto na to pozwolił, co? Rzeczywistość, niestety ;-) Nad miastem górują obecnie wielkie dźwigi, a wdzierającymi się boleśnie w uszy dźwiękami są stukanie i pukanie. Pod nazwą Domu Zdrojowego powstaje kolejna galeria handlowa, i na pewno nikogo nie przekona ciekawa skądinąd wystawa starych fotografii Sopotu tuż przed paskudnym opłotkiem budowy. Poza tym akurat trwał Festiwal Radia i Telewizji, można było spotkać kilka sław. Ja miałam przyjemność przywitać się z radiowym Państwem Sułków ;-) czyli Panem Krzysztofem Kowalewskim i jego cudną żoną Panią Martą Lipińską. A miasto poza tym piękne jak zawsze, spacer wzdłuż plaży, smaczna rybka w zacisznej restauracyjce z widokiem na morze, piasek, wiaterek... Piękna sprawa! Po powrocie do Gdańska przeszliśmy się spacerkiem po starym mieście, koniecznie trzeba było pozdrowić Neptuna, potem nocne gadanie do świtu i... powrót do rzeczywistości - Poznania i sterty kolejnych maszynopisów :-/

Dziś za to powstał w moim wydawnictwie nowy hurra-projekt, który póki co chyba mnie przerasta, a przynajmniej nie wiem, jak go ugryźć :-) Taki temat-kopalnia bez dna. Na razie cicho sza! Coby nam go nikt nie podkradł ;-)