niedziela, 30 listopada 2008

152. Helen Musselwhite

© Helen Musselwhite Cherry Blossom Owls

W ramach papierowych poszukiwanek trafiłam na stronę domową Helen Musselwhite. I jak zawsze bez dodatkowych słów wybieram i pokazuję jedną pracę :-) Samo patrzenie wystarczy, by podziwiać precyzję wykonania, pomysł, piękno... A jeśli się Wam naprawdę spodobają jej papierowe obrazy, to TU można je kupić.

sobota, 29 listopada 2008

151. Mglista łąka



© Mia Glass Studio ze strony Pakamery

150. Wyniki

Jubileuszowy - 150! - post ;-D

Cieszę się, że tak wiele osób wpisało się pod postem konkursowym. Niestety, mogę obdarować tylko trzy osoby... Zatem... Losy wydrukowane, złożone i umieszczone w „maszynie losującej”, którą tym razem gra piękne szklane naczynko z Mia Glass Studia [pisałam o nich TU, a zauroczona pracami artystów postanowiłam wreszcie zakupić jedno z ich cudów o imieniu „Mglista łąka”; niestety, zdjęcie kiepskie - szaruga za oknem - więc nie widać, jak piękne jest to naczynko... :-/ Zapraszam zatem do Pakamery albo do Ludowo Mi, ponieważ Studio nie ma jeszcze własnej strony... choć jak napisali do mnie artyści - przymierzają się :-) Czekam niecierpliwie!].
A oto osoby, do których powędrują paczuszki z książkami:

- festoon
- decoMarta
- pasiakowa

Gratuluję! :-) Poproszę Was o adresy pocztowe na mojego maila [jest u dołu strony]. Zapewniam jak zawsze, że jestem osobą prywatną, Wasze adresy są bezpieczne, zaraz po wysłaniu paczek maile zostaną zniszczone i przez nikogo na pewno nie będą przetwarzane, nawet przeze mnie :-)
Do następnego konkursu... A tym razem... W grudniu mój blog będzie obchodził pierwsze urodzinki! :-D Już intensywnie myślę nad nagrodą...

piątek, 28 listopada 2008

149. TTV ciąg dalszy

Na foto © Russ Morris i jego ustrojstwo :-) oraz próbka: White Flower

Trochę poszukałam w sieci na temat fotografii TTV i znalazłam mały samouczek dla chętnych spróbowania tej techniki. Wymaga to nieco wysiłku [zbudowanie swoistej „puszki” z czarnego kartonu, która ukierunkuje światło pomiędzy dużym wizjerem starego dwuobiektywowego aparatu foto, a obiektywem np. cyfrówki], ale sądzę, że efekt finalny jest tego wart :-)

Link ze strony domowej Russa Morrisa poprowadził mnie oczywiście dalej ;-) Lensbaby! Wolę się zatrzymać, bo pewnie poszukam kolejnych „ciekawostek” ;-)

PS. Tak mi jeszcze coś przyszło do głowy, gdy przeglądam fotografie robione techniką TTV: te „obiekty” na zdjęciach wyglądają jakby były pod wodą, prawda? Takie nieco zniekształcone, jakby w bańce, albo ogladane pod lupą, w oku soczewki... No tak mnie naszło ;-) I jeszcze przypomniałam sobie o lomografii :-) Wszystkie te techniki są - przynajmniej jak dla mnie - bardzo radosne, spontaniczne, takie prawdziwe, bez wygładzającej, idealizującej wszystko obróbki komputerowej. Pewnie nie są perfekcyjne pod względem ostrości, czystości, kompozycji itp., ale... :-D

czwartek, 27 listopada 2008

148. TTV

Zdjęcia z serwisu etsy:
© Lauriann Wakefield
© Hilary Upton
© Alicia Bock

Niestety, gdy rano jadę do pracy i później, gdy wracam do domu jest ciemno i zabieranie aparatu fotograficznego nie ma już większego sensu. A szkoda, bo lubię szarą, mglistą kolorystykę późnej jesieni oraz następującą po niej kontrastową biel zimy. Pozostają weekendy – które nie zawsze mam wolne :-/ – oraz przeglądanie zdjęć w necie, owoców letniej pracy wielu pasjonatów fotografii. Od dość dawna obserwuję blog [oraz sklepik na etsy] Val Cox, której oryginalny sposób fotografowania bardzo mi się podoba :-) W serwisie flickr jest nawet cała grupa dyskusyjna osób zafascynowanych właśnie tym sposobem fotografowania. A metoda nazywa się „through the viewfinder” [TTV]. Nigdy sama nie próbowałam, nie do końca też rozumiem, na czym to polega [ogólnie: robienie zdjęcia jednym aparatem poprzez wizjer drugiego aparatu], ale efekty są - jak dla mnie - niesamowite :-)

wtorek, 25 listopada 2008

147. Nieistniejące Oksywie

Ostatnimi czasy zaniedbałam opisy latarń morskich polskiego wybrzeża, a dziś natknęłam się na piękne stare fotografie nieistniejącej już latarni Oksywskiej. Zatem krótko…
Latarnia Oksywska została uruchomiona pierwszego października 1887 roku. Była czwartą latarnią jaka powstała w granicach dzisiejszego polskiego wybrzeża, po latarni w Jastarni Borze z 1872 roku i latarniach w Rozewiu i Gąskach z 1875 roku. Obsługiwana była jak wszystkie ówczesne polskie latarnie morskie przez rodzinę ewangelicką. Zbudowana została na pustkowiu, na wschód od wsi Oksywie, na wysokim stromym klifie (39 m.n.p.m.), 60 metrów od linii brzegowej. Na prawo od latarni znajdował się dziki jar zwany przez latarników „Morskim Okiem”, a stromo w dół w kierunku plaży schodziła ścieżka i kamienne schodki prowadzące do wąskiego pomostu. Zalesiony klif w celu umocnienia i ochrony przed falami, był w tym miejscu wyłożony kamiennym około 400-metrowym wałem. Co parę tygodni do podniszczonego pomostu przypływał statek z Pucka, przywożąc żywność dla latarnika i jego rodziny.
Latarnia morska na Oksywiu była w owym okresie najmniejszą polską latarnią morską. Ośmiokątna wieża latarni przylegała do jednopiętrowego budynku mieszkalnego latarnika. Wysokość wieży wynosiła 10,6 metrów, a światło znajdowało się 46,5 metra nad poziomem morza. Wewnątrz laterny znajdował się Aparat Fresnela IV klasy, którego światło było wynikiem spalania olejów mineralnych. Latarnia emitowała białe światło błyskowe, które powtarzało się co trzy sekundy i widoczne było z odległości ośmiu mil morskich.
Latarnia była wskaźnikiem dla statków, prowadzącym do schronienia przed północnymi i zachodnimi sztormami za Półwyspem Helskim. Już w 1933 roku zlikwidowano ją, gdyż dostatecznie spełniały swoją funkcję światła nawigacyjne naprowadzające na gdyński port. Budynek przejęła administracja wojskowa. Latarnia została zniszczona na początku drugiej wojny światowej, w czasie działań wojennych we wrześniu 1939 roku, a do dziś nie zachowało się nic po tej latarni.
W zeszłym roku odsłonięto w miejscu, gdzie stała latarnia, niewielki obelisk – replikę latarni w skali 1:5, na pamiątkę…

Stare fotografie i tekst za stroną Marynarki Wojennej.

niedziela, 23 listopada 2008

146. Konkurs nr 3

Tym razem z okazji zbliżających się Mikołajek [06XII] konkurs dla dzieci :-) i tych małych, i tych całkiem dużych, które lubią dobre opowieści, wierszyki oraz piękne ilustracje. Uszykowałam trzy pakiety po trzy książeczki:

Pakiet nr 1:
- Łazik i Klara Erik Jakub Groch [Replika]
- Zbzikowane wierszyki łamiące języki M. Strzałkowska [PTWK]
- Chodzi, chodzi baj po ścianie K. Iłłakowiczówna [Media Rodzina]

Pakiet nr 2:
- Łazik i Klara Erik Jakub Groch [Replika]
- Wiersze że aż strach M. Strzałkowska [Media Rodzina]
- Gimnastyka dla języka +CD M. Strzałkowska [Media Rodzina]

Pakiet nr 3:
- Łazik i Klara Erik Jakub Groch [Replika]
- Goście na Boże Narodzenie Sven Nordqvist [Media Rodzina]
- O wędrowaniu przy zasypianiu I. Chmielewska [Hokus-Pokus]

Książki pochodzą z mojej biblioteki, a Łazik i Klara od K., której serdecznie dziękuję. Proszę wpisywać się w komentarzach. Czas: do piątku. Losowanie: w sobotę. Życzę powodzenia :-)

PS. zwrócono mi uwagę, że to żaden konkurs, a raczej losowanie, skoro nie ma pytań konkursowych; przyjęłam jednak tę nazwę na początku, więc niech tak zostanie ;-)

sobota, 22 listopada 2008

145. Śnieg...

Hi, hi, hi ;-) Obrazek gdzieś z sieci...

...sypnął, owszem, ale raczej niemrawo... Cóż, zawsze to pierwszy śnieg ;-D

piątek, 21 listopada 2008

144. Znów o sobie…

Copyright © Jen Skelley
Skoro jutro, według synoptyków, ma nas zasypać śniegiem :-D to pokazuję piękne zimowe sówki, projekt papieru [nie mój ;-) ale bardzo mi się spodobał], który znalazłam gdzieś w sieci; niestety nie zaznaczyłam sobie, skąd go pobrałam :-/
PS. 22XI2008 => Ale istnieją "dobre duszyczki" :-) Perypatetyk, dziękuję za linka :-)

Ostatnio popularne na blogach są krótkie wywiady-łańcuszki :-) Tym razem Zosik zaprosiła mnie do odpowiedzi na takie właśnie „łańcuszkowe” pytania, co niniejszym czynię.

1 Czy to twój pierwszy blog?
=> Tak, piszę w necie po raz pierwszy. Do pisania namówiła mnie ukochana przyjaciółka H. i jej mąż L. z Sydney, Australia. Stwierdzili, że mam głowę pełną pomysłów i potrafię je wyrażać, i powinnam gdzieś to uwiecznić. Na początku okropnie się wstydziłam… Bałam się choć jednym słowem nakierować na to, kim jestem, ale w końcu się przemogłam :-) Wcześniej prowadziłam tradycyjny dziennik, taki na papierze [jeszcze czasem to robię, na wyjazdach, gdy nie mam dostępu do netu, albo gdy chcę coś narysować, skopiować graficznie, bo tutaj się tego nie da zrobić], ale moje paluszki poprzez lata pracy przy komputerze przyzwyczaiły się do klawiaturki, poza tym szybkość moich myśli, skoków skojarzeniowych i gwałtowność emocji uniemożliwiała ich uwiecznianie – po prostu nie nadążałam ich zapisywać, a analizowanie, rozkładanie na czynniki pierwsze itp. i dopiero późniejsze ich zapisywanie często wypaczało czy też ułagadzało pierwotne znaczenie moich myśli. Z pisaniem „elektronicznym” i do tego w gruncie rzeczy anonimowym ;-) na ogół mi się to udaje [nie zawsze co prawda :-/ ale staram się być uczciwa w tym, co piszę].

2. Jak długo go prowadzisz?
=> Za miesiąc minie roczek :-)

3. Dlaczego zaczęłaś/-łeś?
=> Bo moja pamięć jest ulotna, baaaardzo ulotna, i z czasem się pogarsza, niestety :-/ Sądzę, że to wpływ zbyt intensywnego życia zawodowego, bezsenności, a mówiąc bez ogródek – pracoholizmu, który powinien być leczony…

4. Co ci blog daje i czym dla ciebie jest?
=> Ten kawałek tortu jest mój ;-) Lubię Internet, uwielbiam surfować po jego falach – czasem trafiam w przepiękne miejsca, a czasem w czarną przerażającą dziurę, z której natychmiast uciekam, ale zawsze jest ciekawie. A moje miejsce przyciągnęło właśnie ciekawych ludzi, co mnie bardzo cieszy i za co jestem wdzięczna :-) Pokazuję tu zdjęcia i wklejam linki do niesamowitych miejsc, które mnie się podobają i raduje mnie to, że wiele osób też je tak odbiera, a piszę przecież o bardzo różnych rzeczach: o książkach, filmach, gazetkach, czasem o ludziach, często o latarniach, które uwielbiam, o pięknych wnętrzach, w których chciałoby się „zanurzyć”, o cudownej przemianie przyrody za oknem… No i tak całkiem krótko i banalnie, to pisanie chyba przynosi mi zwyczajną ulgę od natłoku myśli… Szkoda, że jeśli chodzi o sprawy zawodowe nie zawsze jestem zrozumiana :-/ Zdarza się, niestety, że ta moja pisanina kogoś dotyka osobiście i tu jest kiks :-( za który powinnam (?) przepraszać…

Do zabawy zapraszam wszystkich, którzy mnie odwiedzają i mają na to ochotę :-)

143. René Magritte

Fotografie:
– Magritte i Georgette, jego ukochana żona [L’ombre et son ombre, rue Esseghem, Bruxelles, 1932, Esseghemstraat, Brussel 1937 © ADAGP]
Szara eminencja – to postać Magritte’a, przedstawiona od tyłu w kostiumie kąpielowym, z przyklejoną do pleców książką [Côte belge, 1938; © ADAGP, Paris]

150 lat temu, w 1898 roku urodził się belgijski surrealista, „autor słów i rzeczy”, René Magritte. Nie sposób nie znać jego obrazów – od samych dzieł po okładki książek, plakaty i pocztówki, ostatnio nawet kopiowany [mnie przynajmniej od razu się tak skojarzył] w reklamach [latający panowie i panie w melonikach z parasolkami w reklamie TV jednego z banków to mz kopia obrazu Golconde – od nazwy hinduskiej fortecy, w której jakoby miał się znajdować legendarny skarb; n.b. sam Magritte całe życie ubierał się w garnitur, nosił krawat i nieodłączny melonik :-) ] – są wszechobecne. Ale Magritte to też znakomity fotograf, o czym pewnie nie wszyscy wiedzą :-)
W wieku 24 lat René poślubił Georgette, z którą pozostał aż do śmierci, w 1967 roku. „Gdyby nie malował – wspominała później jego żona – to zostałby najprawdopodobniej szachistą. Lubił rozwiązywać problemy szachowe, czytać kryminały, filozofów: Heideggera, Hegla, Kanta… Jego ulubioną lekturą były Opowieści niesamowite Edgara Allana Poe…”.
Jeden z przyjaciół Magritte’a wspomina, że często powtarzał, iż „wszechświat zawiera jakąś tajemnicę, tylko jaką?”. Być może w tytułach obrazów szukał tej tajemnicy, choć wiadomo, że „seanse tytułowania” polegały na tym, że w domu Magritte’a zbierało się towarzystwo, które wśród śmiechów i zabawy głosowało nad podpisem danego dzieła :-) Na takich wieczorach wszystko, z wyjątkiem powagi, było dozwolone…
„Pod klasycznym obrazem fajki widnieje podpis «To nie jest fajka». Bo czy to rzeczywiście jest fajka? Nie. To tylko obraz, który ją reprezentuje. Elementarne – powiedziałby Sherlock Holmes. Rewolucyjne – okrzyknęli krytycy". [cyt. artbiznes.pl]

PS. proszę nie sugerować się tym, że wstawiam linka do reklamy owego banku, w żaden sposób! To nie kryptoreklama! Nie jestem pracownikiem ani klientem tego banku - mowa wyłącznie o stronie wizualnej reklamy TV.

wtorek, 18 listopada 2008

142. Uśmiechowo

Copyright © blomsterverkstad

Dziś krótko, ale za to „uśmiechowo” :-) Zobaczcie, co właśnie pokazała Minna na swoim blogu. Obserwuję jej prace już od bardzo dawna - zawsze są i piękne, i innowacyjne, bywa, że klasyczne, takie bardzo szwedzkie, skandynawskie, albo jak dziś - po prostu zabawne! Ten wianuszek z brukselki i bukszpanu jest fantastyczny!

sobota, 15 listopada 2008

141. Time Machine

Jak się denerwuję, to gadam jak najęta :-/ Wczoraj spędziłam aż trzy godziny w przemiłym towarzystwie :-) i chyba „nawijałam” zdecydowanie za długo ;-D Odwiedziłam nową siedzibę znajomego studia graficznego TimeMachine. Przywitał mnie – oprócz gospodarzy, oczywiście ;-) – cudny psiak, owczarek nizinny. „Przylepa” cieszył się i nie odstępował mnie przez cały czas. Miło :-) A studio piękne, spójne, nowocześnie urządzone… Bardzo lubię oglądać fotografie [teraz też grafiki 3D, o czym wcześniej nie wiedziałam…] przygotowane przez właścicieli studia – kalendarze, albumy, reklama zewnętrzna obecna w Poznaniu… Miałam przyjemność przejrzeć pierwszy egzemplarz nowego wydawnictwa TimeMachine i Wydawnictwa Miejskiego – Secesja w Poznaniu [tekst prof. Jan Skuratowicz, fotografie: Magdalena Adamczewska i Piotr Walichnowski]. Przepiękne zdjęcia uświadomiły mi, że zamiast patrzeć na architekturę, zdecydowanie za często idę ze wzrokiem utkwionym w ziemię ;-) Koniecznie zakupię ten album, gdy tylko trafi do księgarń… pewnie nie jeden a kilka – na prezenty :-) My, Poznaniacy, kochamy książki na temat naszego miasta i regionu :-)

140. Gerbera

Na parapecie w moim pokoju zakwitła promienna gerbera. Dodaje mi trochę radości po tym wyjątkowo ciężkim tygodniu. Niby tylko chwila w pracy [święto po drodze], a był to jeden z mniej miłych okresów tego roku. Ale… nie można rozpamiętywać, bo czasem i tak nic to nie daje [czyjeś niedomówienia, pomówienia, nadinterpretacje… + moja lekka paranoja = przykrość, nieprzespane noce, łzy :-/ niestety…].

Zauważyłam też, że hiacynt, przechowywany w ziemi w donicy na balkonie, puścił kiełki :-/ Dziwne… Wymroziłam cebulkę w lodówce [zgodnie z sugestią ogrodnika], potem trafiła na balkon… Nie ma przymrozków :-( jest po prostu za ciepło.

wtorek, 11 listopada 2008

139. Rogale...

dla odważnych przepis :-)

Oj, oj... chyba przesadziłam... Czuję się jak wielki, ociężały, opity bąk ;-) Ale raz w roku puszczają wszelkie hamulce - oto 11 listopada, dzień Świętego Marcina w Poznaniu. Pewnie wiecie, o co chodzi, prawda? O rogale świętomarcińskie! Te wielkie, nadziewane masą makową, posypane siekanymi orzechami, polane grubą warstwą lukru, przepyszne, zawijane słodkości... Będę chora... na pewno... Ale warto było! W końcu taka jest tradycja ;-D

poniedziałek, 10 listopada 2008

138. Gorszy dzień...

mój nowy śniadaniowy kubek :-) z kolekcji sklepów DUKA

Eh, ładnie się dzień zaczął - słonecznie choć zimno, żółciutkie jabłuszka, pyszna kawka, w perspektywie wolny dzień w pracy [urlop, ale nie od pracy: szykuję kolejną książkę, która musi się ukazać w listopadzie, przed okresem gwiazdkowych zakupowych szaleństw] - ale wieczór... Eh... Jakiś taki dołujący... Musiałam zrobić sobie przerwę i wybrałam się na spacer: najpierw na pocztę, wysłać kilka książeczek do znajomych, z którymi chętnie się wymieniam, a potem miał być lekki dłuższy spacerek dla zdrowia, dla wywietrzenia paskudnych myśli z głowy itd., ale... :-/ państwowe przedsiębiorstwa, takie jak poczta, robią sobie wolne również dzień przed oficjalnym świętem, a jak! Musiałam zatem wybrać się na pocztę główną przy Dworcu Zachodnim, która jest czynna całą dobę niezależnie od tego, czy to święto, czy nie, a tam... kolejka na ponad godzinę stania :-/ Co za pech! Kiedy już wszystko pozytywnie załatwiłam (była godzina prawie 20.30), wybrałam się do empiku w Starym Browarze po nowy numer „Werandy”. Dla tych, którzy znają piękny poznański Browar, nie jest tajemnicą, że gdy się wchodzi od strony ul. Ratajczaka, tu gdzie tak fantastycznie mrugają lampki w elewacji Browaru :-) , trzeba najpierw minąć sklep DUKA :-) No tak... Niby przypadkiem, a jednak... Nie udało mi się opanować ;-) Trzeba mnie zacząć leczyć, to już zakupoholizm...

137. Golden Delicious :-)

Golden Delicious to odmiana samosiejka :-) przypadkowo odkryta w 1890 roku w pewnym przydomowym ogrodzie w zachodniej części Wirginii w Stanach Zjednoczonych. Dziś jest uprawiana na całym świecie. Dojrzałość: połowa września. Kolory Golden Delicious sięgają od zielono-żółtego po złoto-żółty. Owoce z terenów pagórkowatych charakteryzują się typowym czerwonym „policzkiem”. Jabłko od średniej do dużej wielkości, wysoko zbudowane. Smak Golden Delicious: soczysty, słodko aromatyczny i delikatnie kwaskowaty.
A mówiąc całkiem zwyczajnie: są po prostu pyyyyyszne!!!! Moje ulubione :-) No i przede wszystkim - zdrowe ;-)

czwartek, 6 listopada 2008

136. Etsy!

Karen! Thank You! Thank You! Thank You!!! I love this snowflake! :-)
foto © ze strony sklepiku
weardaily

Etsy to niesamowite miejsce w globalnej sieci :-) Do niedawna tylko się z zachwytem przyglądałam i czerpałam pomysły na własne „ręczne robótki”, ale ostatecznie postanowiłam założyć konto PayPal i zakosztować co niektórych skarbów osobiście ;-) Takie to łatwe… a jedynym ograniczeniem jest głębokość naszej sakiewki :-/
W każdym razie wczoraj dotarła do mnie przesyłka z przecudownym srebrnym wisiorkiem ręcznej roboty, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia :-) bo jak już wiecie bardzo lubię wszelkie etniczne, ludowe, rustykalne… itp. cudeńka. Oczywiście wisiorek jest z płatkiem śniegu!!! Przeurocza właścicielka sklepiku, Karen, pięknie zapakowała mój skarb w srebrne pudełeczko ze wstążką i dołączyła ręcznej roboty kartkę. Ekstra dostałam dwie niewielkie zawieszki - z perełką i z kryształem górskim - idealnie pasujące do śnieżynki. Jestem w niebie! ;-) Cudo! Sami zresztą popatrzcie…

środa, 5 listopada 2008

135. Mgły...

fotka ze strony domowej galerii Feinedinge.at

Jesienią i zimą, gdy dość wcześnie robi się na dworze ciemno, gdy snują się mgły wygłuszające cały zewnętrzny świat [bardzo lubię to zjawisko :-) każdego roku czekam na tę właśnie chwilę jesieni – nocne mgły], wieczorem chętnie włączam sznurek dekoracyjnych lampek w pokoju, zapalam świeczki w pięknych osłonkach, wlewam kilka kropel miętowego olejku do kominka lub zapalam egzotyczne kadzidełka. To taki mój rytuał :-) Czuję się wtedy bezpieczniej, wyciszam się, kawa lepiej smakuje, książkowa opowieść bardziej wciąga… W najnowszym newsletterze „Living at Home” link pociągnął mnie do pięknej galerii/sklepiku w Wiedniu w Austrii. Z przyjemnością pooglądałam ciekawe porcelanowe kubeczki, talerzyki ręcznie malowane, a także ozdobne kule z ponakłuwanymi (?) wzorami, które mogą spełniać role właśnie lampek. Piękna rzecz! Nie widziałam nic takiego u nas, w Polsce. Szkoda…

niedziela, 2 listopada 2008