niedziela, 15 lutego 2009

191. Śnieg za oknem :-)

Pocztówka gdzieś z czeluści netu.

Od jutra młodzież zaczyna dwutygodniowe zimowe ferie :-) Bardzo mnie to cieszy, bo to oznacza, że w tramwajach będzie znacznie mniej ludzi - czyli cisza i spokój! Może uda mi się przeczytać książkę, którą dziś pożyczyłam od serdecznej przyjaciółki E. Nie znałam tej powieści wcześniej, autora też nie, ale trudno znać wszystko, prawda? ;-) Jan Šmíd [1921-2002] to czeski pisarz, dziennikarz i grafik. Debiutował w roku 1957 roku powieścią sensacyjną pt. Cztery stopnie powyżej równika, która wydana została pod pseudonimem Jaime Pessoa. W dorobku ma kryminały, powieści historyczne i satyryczne. Czyste radości mojego życia [tę właśnie trzymam w dłoniach] z 1977 roku, ukazała się w Polsce w 1980 roku w wydawnictwie Czytelnik. Miała nawet dwa wznowienia - w 1986 roku również w Czytelniku, i kolejne - z 2004 roku - w Książnicy [grupa wydawnicza Publicat]. Na pewno mi się spodoba. Czesi świetnie piszą :-)
A za oknem sypie śnieg! Jest po prostu cudownie! Nie ma wiatru, temperatura w okolicach minus dwóch stopni, ciemno... Wracałam spacerkiem przez pół Poznania i jestem zachwycona, naładowana pozytywną energią... Teraz nawet grypka nie zdoła tego zmienić ;-D

3 komentarze:

pasiakowa pisze...

:)
W Szczecinie też ciągle prószy. Dzisiejszy spacer wieczorny po chrupiącym jeszcze śniegu, migoczącym w świetle lamp, był iście magiczny :) Dodatkowe pustki na ulicach wzmogły tylko ten efekt :)

Nie pamiętam, czy czytałam coś czeskiego - pewnie się przewinęło - ale z moją słabą pamięcią do tytułów i autorów (często mam tak, że muszę otworzyć książkę na przypadkowej stronie, by stwierdzić,że już ją czytałam ;) ). Za to filmy robią świetne, więc literatura pewnie też przesiąknięta jest tym ich specyficznym słodko-gorzkim humorem :)

Artesania pisze...

To były lata chyba osiemdziesiąte. Usłyszałam (tak, usłyszałam) na antenie Trójki:
"Zobaczyłem lwa.
To przecież niemożliwe.
To przecież niemożliwe, skąd by się tu wziął lew - myślałem gorączkowo i z siekierą w ręku pognałem z powrotem na miejsce biwaku. Pędziłem trochę na ukos w kierunku ścieżki i miałem nadzieję, że po pierwsze, ten potwór za mną to nie jest lew, a po drugie, że będzie widział równie kiepsko jak ja. I że mu zniknę. Albo też, że miałem jakieś halucynacje. Trochę zwolniłem i obejrzałem się. Nic nie zobaczyłem. Ale natychmiast znowu wystrzeliłem do przodu, bo trochę mnie dogonił i był teraz wprawdzie jeszcze kawałek za mną, lecz bardziej w lewo. To się przecież nie może dobrze skończyć. Nie jestem wyścigową kobyłą i mam już swoje lata. A jak poczciwy, łagodny i bogobojny drummer może obronić się przed lwem zwyczajną siekierą? Gdzie ja właściwie ostatni raz widziałem lwa? Na filmie? W cyrku? Na rodeo? Już wiem, na filmie. Jak tam się przed nim bronili? Aha! Już sobie przypominam: uciekali tak samo jak ja." Nie był to początek powieści, ale już nie było siły, która oderwałaby mnie od radia - codziennie czekałam na następny odcinek. Słuchałam dwa razy dziennie. Do końca, a odcinków było dosyć dużo. Potem zdobyłam książkę. W złych chwilach wracają do mnie jak echo słowa: "Zobaczyłem lwa.
To przecież niemożliwe.". Wtedy sięgam na półkę i uciekam w spokojny, nieskomplikowany świat stworzony przez Jana Smida, pełen ciepła i dobroci.

Zacisze wyśnione... pisze...

Artesania - tak! to dokładnie ta książka! Rano, w tramwaju, w drodze do pracy zaczęłam ją czytać i co chwilkę parskałam śmiechem ;-D Oj, musiałam dziś budzić rozbawienie - albo politowanie ;-) - wśród współpasażerów...