poniedziałek, 7 czerwca 2010

369. Pochwała multipleksów


© Agencja Gazeta. Na fotce wejście do poznańskiej księgarni Jedynka, gdzie z transparentem w dłoni stoi Szanowny Pan Bronisław Kledzik, dyrektor Media Rodzina [happening zorganizowali „miłośnicy” Jedynki 31 maja br.].



Tym postem narażę się rzeszy fanów wszystkiego, co – eufemistycznie mówiąc – retro, ale cóż... Możecie mnie ukamieniować :-/

- - -

W Poznaniu w krótkim stosunkowo czasie odbyły się dwie [jeśli nie więcej, bo nie obserwowałam tego aż tak pilnie] debaty na temat zamykanych od „wieków” działających placówek kulturalnych – kina studyjnego Malta na poznańskiej Śródce i księgarni Jedynka w samym centrum naszego pięknego miasta. Powód – pieniądze [jakby kiedykolwiek chodziło o coś innego :-/ ], wygórowane czynsze dla niosących ogarek oświaty, a preferencyjne [choć to pewnie teoria spiskowa] dla bezdusznych bankierów i finansistów, którzy odbierają najlepsze miejsca w centrum miasta. A co ja na to? Jeśli chodzi o kino, to przytoczę fragment mojej rozmowy z dziewczęciem, które broniło tej placówki niczym lew*...

--- Ale wiesz, co za klimat jest w tym kinie – drewniane fotele obite materiałem, takie wiekowe, jak kiedyś, nie ma popcornu ani coli, tylko taki „stary” zapach, no i ta nabożna cisza, i filmy cudowne, takie stare... – rozpływa się ona.
--- No wiem, wiem, ale mnie by dupsk... bolało już po kwadransie, „stare” zapachy kazały spieprzać na koniec świata, no a dźwięk? Wybacz, ale są filmy, gdzie na przykład odległy krzyk ptaka gra wielką rolę... Weźmy taką Amelię. Pamiętasz film? Tam taka klimatyczna scena była, gdy Amelia skradała się po schodach, a one tak cudnie skrzypiały, a potem, gdy wsuwała klucz do kieszeni, to on tak prześlicznie zabrzęczał o kamienie, które wcześniej zebrała nad rzeką... – rozmarzyłam się ja [świeżo po kolejnym obejrzeniu filmu].
--- Tam coś skrzypiało? Jaki dźwięk? Klucz i kamień? To tam coś było? No tak też się zastanawiałam, o co tam chodziło, ale wiesz... obraz był nijaki i nie bardzo zauważyłam, co ona tam do kieszeni wrzucała :-/

No właśnie... :-/ Potiomkin to pewnie by zabrzmiał jak trzeba w takim kinie, ale Amelia to już ni-dy-dy... [już nawet nie wspomnę o wielkich produkcjach, bo pewnie – po pierwsze, kino „nie splami się” ich puszczaniem (nawet gdyby przyniosło to kasę na puszczanie niedochodowych filmów), a po drugie – jaki byłby sens, jeśli ani by nie brzmiało jak trzeba, ani by nie było widać jak należy? :-/ ]. Poza tym, po nieco dłuższej rozmowie, okazało się, że dziewcze było w Malcie ze dwa razy w całym swoim, co prawda na razie dość krótkim, bo dwudziestoparoletnim życiu, no ale jednak. Słownie: dwa razy! Więc, o co ta bitwa, się pytam? Gdyby kino miało widzów, nie zamykano by go, prawda? [Jestem bezwzględna. Co wrażliwsi Czytelnicy proszeni są o wybaczenie ;-) Wdech, wydech, wdech...]. Taki pospolity zryw jest bardzo charakterystyczny dla nas, Polaków. Ja już z tego wyrosłam, moi kochani! Kino ma nas bawić, dostarczać niezapomnianych wrażeń estetycznych, a że w multipleksach śmierdzi popcornem? To po co to kupujesz? Dlaczego nie chwalisz rozwijającej się techniki, która pozwala tak wiele pokazać? A do tego usłyszeć z każdej strony? ;-) Już niedługo kino będziemy odbierać wszystkimi zmysłami, i to dopiero będzie atrakcja! Poza tym filmy w multipleksach lecą cały dzień [takie studyjne też bywają, wystarczy bacznie obserwować repertuar], a niekiedy i późno w nocy – znajdź sobie najlepszą porę i wtedy chodź do kina! Zapewniam, że są godziny, gdzie ani dzieciarni nie zobaczysz, ani popcornu nie poczujesz :-D Jeśli mi na czymś bardzo zależy, biorę wolne w pracy i chodzę na premiery w piątki przed południem, na zupełnie pierwsze seanse. Zdarzało mi się być jedyną oglądającą na sali :-D i... no i super! :-) Uwielbiam poznańskie Cinema City, koniec i kropka.

- - -

Drugi, boleśniejszy cios – zamknięcie [po wakacjach, jak zapowiadają właściciele] księgarni Jedynka. To najstarsza księgarnia w Poznaniu, działająca nieprzerwanie od 1945 roku. Czy serce mi krwawi? Tak, i to bardzo :-/ ale przede wszystkim z sentymentu. Dwa lata tam praktykowałam, potem kilka przepracowałam, w okresie niezwykłego odrodzenia księgarstwa, gwaru, hałasu, tłumu, kolejek do kasy i... „książek spod lady” ;-) Miałam to szczęście, bo za czasów, gdy zaczynałam swoją „karierę”, dostać się do Jedynki oznaczało zdobycie Mont Everestu księgarstwa w Poznaniu. Wyżej się już nie dało! :-) Ale... znów... czasy się zmieniają, teraz nie wystarczy stać za ladą, świetnie znać się na książkach i ładnie się uśmiechać. Teraz potrzeba bardzo się nagimnastykować, nawet „ukierunkować” asortyment, żeby zachęcić klienta do zaglądania do tradycyjnej księgarni. Owszem, budowa wieżowca obok księgarni, zamknięta częściowo ulica, wiecznie remontowane okoliczne zaułki, nawet centrum leczenia uzależnień i ich „klientela” tuż obok księgarni... itp. itd. – to wszystko utrudnia prace, ale... tam tak smutno jest... Serce mi z tego powodu właśnie najbardziej krwawi, że tam tak smutno jest :-( A to przecież nie przyciągnie nowego „popkulturowego” młodego czytelnika... Niestety... Ucieszyłabym się, gdyby stał się cud** i księgarnia mimo wszystko przetrwała, ale chyba nie mam już złudzeń: miasto żąda pieniędzy – będzie bank, jak w pysk strzelił :-/




- - -
* Scena oczywiście przerysowana, ale wiece, o co chodzi...
** Och, gdybym wygrała dziś w totka! Zainwestowałabym w to miejsce, bo to serce naszego miasta – najlepsza księgarnia, nominowana do Nagrody Ikar!, o czym pewnie niewielu z Was wiedziało.

- - -
PS. Chyba ostatnio za dużo zrzędzę, prawda? ;-) Postaram się zrobić sobie przerwę!

6 komentarzy:

Ysabell pisze...

U nas w Łodzi jest pełen wybór jeśli chodzi o kina: są i multipleksy, i kina sieciowe, i kina studyjne. Jakoś ta wychodzi, że do multipleksów chodzę raczej z obowiązku (jak mnie Mąż wyciągnie na jakąś nowość, co ją bardzo chce zobaczyć...), a dla przyjemności, to czasem do tych studyjnych.

Bo ja generalnie nie jestem wielką fanką kin i tak naprawdę wolę filmy oglądać w domu na TV. Pewno dlatego, że nie zależy mi na tych dźwiękowych (i obrazowych) subtelnościach, o których piszesz, a najchętniej oglądam filmy z lat 50.-80., którym ten sprzęt tak bardzo nie przeszkadza... Zresztą nie ma co narzekać na sprzęt, bo i z nim jest w łódzkich kinkach całkiem nieźle. I w ogóle całkiem dobrze się te studyjne kina u nas trzymają.

No właśnie, w Łodzi takie miejsca często nie działają same. Jedno (w sumie dwa) w Łódzkim Domu Kultury, jedno przy Muzeum Kinematografii, jedno pod patronatem uniwersytetu itd. I spokojnie tak sobie egzystują, co mnie cieszy. Może to jest jakiś pomysł na kina studyjne?

A co do księgarni, to staram się nasze łódzkie wspierać jak mogę (oczywiście zakupami). Ale ja po prostu nie lubię kupować książek bez pomacania i powąchania... Ale w sumie i księgarni (takich zwykłych , nie sieciowych) jest w Łodzi całkiem sporo, więc wszędzie zakupów nie zrobię. Ale z drugiej strony, już nie pamiętam kiedy ostatnio byłam w pustej księgarni, więc mam nadzieję, że jeszcze długo będą sobie dawać radę...

Multipleksy są fajne, bo lubię popcorn, empik jest fajny, bo ma wybór prasy i można książki poczytać na miejscu, więc jakoś mnie Twój post nie uraził (a za to skłonił do przemyśleń, za co dziękuję). Tylko jakoś wychodzi, że mój gust jest średniokompatybilny z gustem przeciętnego klienta tych przybytków i z radością ląduję w mniejszych kinach i księgarenkach.

i a propos PSa — nie rób przerwy, fajnie się czyta takie marudzenie. :-)

Oleander pisze...

Maltę zamknięto nie dlatego, że nie przynosi dochodu, ale dlatego, że panowie w czarnych sukienkach (przepraszam, nie chcę nikogo obrazić!) upomnieli się o swoją kamienicę. To zasadnicza różnica. Tak jakby nie mogli się dogadać z ludźmi. Teraz tam będzie jakieś coś bezużyteczne dla zwykłego człowieka. Jeśli chodzi o kino studyjne, to jestem za tym, żeby było takie jakie jest, ale może faktycznie żeby mniej to du.psko bolało :) Co do dźwięku i obrazu, to myślę, że to trochę jest jak z "lubię szum starej płyty". Może efektów brak, ale przecież nie wszystkie, szczególnie starsze filmy miały tak "rozbuchane ego dźwiękowe". W Malcie bywałam, bardzo podobało mi się w nim to, że puszczano filmy, których już nigdzie nie grali, czego w Cinema (które notabene też uwielbiam !)nie uświadczysz.
A co do księgarni. Uwielbiam księgarnie. Zapach książek. Nie wyobrażam sobie braku takowych. Jedynkę odwiedzam często, kiedy tylko mogę. Zaraziłam książkami moją córkę, której książek kupować się "nie opłaca", bo czyta je tak szybko, że nie wiadomo kiedy i, jak mi się wydaje, również synka, który jeszcze czytać nie potrafi, ale domaga się bezwzględnie czytania mu najdłuższych bajek jakie posiada. Często sam siedzi i ogląda, albo opowiada sobie bajki. I księgarnie też kochają. Mam wielką nadzieję, że przekonanie o amatorach czytania i księgarni, którzy nie znajdują tam jakiegoś czadu, zachęty, fajerwerków i dlatego zaczną omijać te miejsca, jest mocno przesadzone i ma się nijak do rzeczywistości. Ale wiadomo jak to jest z nadzieją...Pozdrawiam

Zacisze wyśnione... pisze...

Kochani! Oczywiście, że przerysowuję i generalizuję w tym poście - kina studyjne i księgarnie są potrzebne, nie ma najmniejszych co do tego wątpliwości, ale nie przesadzajmy z tą "ilością patyny" ;-) Świat się zmienia, ludzie i ich temperamenty się zmieniają, potrzeby czytelnicze się zmieniają...

Media trąbiły o nierentowności kina, stąd moje wnioski. Maltę znam i swego czasu [dawno, dawno temu] lubiłam nawet - siedziałam w pierwszym rzędzie w wypełnionej po brzegi sali na zlocie miłośników "Gwiezdnych wojen" [to się nazywa hardcore, co? ;-) Trylogia oglądana w kinie niemal bez dźwięku... ale jak łatwo się domyślić, chodziło o ten klimat: stado rozśpiewanych fanów w jednym miejscu ;-D ] - ale to nie znaczy, że będę tam chodzić co tydzień, i to tylko dlatego, by uratować klimat tego miejsca. Przykro mi, nie ma we mnie aż tyle sentymentalizmu.

Marzy mi się kino studyjne z prawdziwego zdarzenia, gdzie przez cały miesiąc, w poprawnych chociaż warunkach, będą puszczane różne i liczne filmy, może nawet w formie DKF, tematycznie i z prelekcją. Niech miasto dofinansuje taki projekt, czy to aż tak dużo kosztuje? Jedno solidnie wyposażone kino z ciekawą ofertą starszego repertuaru?

Jako namiętna kinomaniaczka znałam wszystkie kina w Poznaniu, odwiedzałam je regularnie, raz, niekiedy dwa razy w tygodniu. Albo na początku tego roku, albo to było w zeszłym, już nie pamiętam, zamknięto kino Amarant, jeszcze większe "muzeum" niż Malta [te drewniane rozkładane szkolne krzesełka...]. Szkoda, to było miłe miejsce, by obejrzeć stary film, popijając herbatkę z panią "bileterką". Kiedyś takim kinem było Apollo, też zamknięte, obecnie próbujące się odrodzić; taka była Wilda [cudowne miejsce, uwielbiałam!], Rialto na Jeżycach [ze świetnymi niedzielnymi porankami kinowymi dla dzieci], osiedlowa Orbita, Muza i Gwiazda w centrum. A ktoś pamięta Pałacowe sale kinowe jeszcze? "Hamleta" z wypiekami na twarzy z trzech szpul tam oglądaliśmy ;-) I? No i nic, niestety... Ta garstka zagorzałych miłośników starego kina jak widać nie uratowała żadnego z tych miejsc... A Rada Miasta cicho siedzi ;-) forsy brak na kulturę i tak jest od lat!

Ten post w zamierzeniu miał być i zgryźliwy na to "pospolite ruszenie" z nagłą krótkotrwałą chęcią ratowania kina, które "umierało" od lat i które niewielu do niedawna interesowało, i dający do myślenia [co mi się chyba udało] nad chronicznym brakiem zainteresowania ze strony władz miasta [które mają chyba możliwości finansowe, by wspierać takie instytucje?] kondycją takich miejsc...


PS. Oleander - co do "czarnych sukienek" wal śmiało, ja w "opozycji" siedzę ;-)

Zacisze wyśnione... pisze...

Ha! Przypomniał mi się jeszcze Gong - to było malutkie kino, gdzie filmy "szły" w Poznaniu po raz ostatni. W soboty siadywaliśmy tam rano, by wyjść po 3, 4 filmach wieczorkiem, prosto na rozświetlony Stary Rynek... Miłe wspomnienia, ale, jeśli dobrze pamiętam, kino miało problemy z zapewnieniem bezpieczeństwa przeciwpożarowego i właśnie dlatego zostało ostatecznie zamknięte.

milqin pisze...

Co do multipleksów to się z Tobą zgadzam! Też byłam kiedyś sama na seansie :D

Księgarni rzeczywiście szkoda... Ale w czasach, gdy nawet w Saturnie są książki to niestety tak bywa :(

Oleander pisze...

Jasne! Nie chodzi o to, by się umartwiać i tracić to co równie cenne, a czasem cenniejsze niż treść. Chodzi mi tylko o to, że fajnie jest iść do "muzeum", bo to muzeum. W sumie racja, to było dogorywanie, ale może to ja jestem tak sentymentalna, że szukam przeszłości w tej galopującej teraźniejszości? Może. Może też dlatego trzymam ciągle rozwalonego Kasprzaka, i stertę starych winyli. I będę! Trzymać i chodzić do Cinema i kupować książki nie w necie. Bo lubię dotknąć, przeczytać setną stronę i zdecydować. A czarnym na złość poszłabym nawet na pikietę, niezależnie od przekonań.