czwartek, 28 kwietnia 2011

465. Dziwny film


© plakat i jednocześnie okładka wersji DVD [oglądałam film po angielsku, ale po polsku też można - do nabycia za grosze w necie]


Właściwie to nie mam pojęcia, dlaczego dałam się namówić na obejrzenie tego filmu... Co takiego mnie podkusiło? :-/ Owszem, przepadam za mrocznymi opowieściami, ale bez przesady... Tak, lubię filmy bez happy endu, ale są pewne granice... Zdecydowanie jestem fanką mocnych kryminałów, ale tego się zwyczajnie nie spodziewałam... Tym razem chyba dałam się zauroczyć pewnemu nazwisku ;-) Thomas Kretschmann to jeden z moich ulubionych aktorów.

Nie trzymam was dłużej w napięciu – chodzi o film Kanibal z Rotenburga – debiut niemieckiego reżysera Martina Weisza z 2006 roku. Ta historia wydarzyła się naprawdę i zbulwersowała całe Niemcy [i chyba nie tylko].

Krótka edycja opisu dystrybutora: Amerykanka Katie Armstrong [w tej roli słabiutka niestety i mało przekonująca Kerri Russell] pisze pracę magisterską na temat przypadku kanibala-zabójcy Olivera Hartwina* [przyciągający wzrok niemiecki aktor Thomas Kretschmann]. Hartwin zostawił wiadomość w Internecie, że poszukuje osoby, która w miłosnym akcie poświęcenia dałaby się zjeść żywcem... Dziewczyna bada sprawę zbrodni, angażuje się coraz mocniej w historię życia kanibala, w dotarcie do przyczyn zachowań Hartwiga i Grombeka, a zrozumienie relacji kata i ofiary staje się jej obsesją. Gubi się we własnych emocjach. W trakcie tych niebezpiecznie wciągających poszukiwań zdobywa taśmę wideo z zapisem makabrycznego ceremoniału, nagraną przez samego Hartwina. Obejrzenie tego zapisu na zawsze pozostawi ślad w jej psychice.

Nie jest to film, który ma tylko i wyłącznie szokować, choć z drugiej strony nie polecam szukania tzw. „drugiego dna”, bo go tam zwyczajnie nie ma :-/ Kretchman gra chwilami tak beznamiętnie, że oglądanie go aż fizycznie boli. Film na pewno ma pewną moc - jednocześnie pociąga, wciąga, przeraża i w niezdrowy sposób fascynuje, ale ostatecznie jest... nudny. Jedyna refleksja, jaką wysnułam, to pytanie, skąd się tacy ludzie biorą, co ich pcha do takich a nie innych czynów. Ten film oczywiście nie daje odpowiedzi, ale na pewno zmusza do zastanowienia się. Polecam tylko tym o mocnych nerwach... Ja się takich filmów boję :-/


- - - - - - - -
* Tak naprawdę człowiek ten nazywał się Armin Meiwes. Był informatykiem mieszkającym w Rotenburgu. Poszukiwał w Internecie ludzi o podobnych skłonnościach, aż pewnego dnia natrafił na Bernda Jürgena Armando Brandesa, który zgodził się na zabicie i późniejsze zjedzenie własnego ciała. Policja natrafiła na ślad Meiwesa rok później, gdy zamieścił kolejne ogłoszenie.

2 komentarze:

Emocja pisze...

nie,nie dla mnie taki film...tez lubie filmy bez happy endu,ale dokladnie- bez przesady:)
mnie zastanawia skad biora sie tacy ludzie jak B.Brandes,rozumiem samobojca,ale zeby tak....

a teraz dla rownowagi musisz komedie romantyczna ogladnac;)

Sabbath pisze...

Nie znam, nie słyszałam, ale jestem zaintrygowana. Zanotowałam i z pewnością zobaczę.
Swoją drogą, zamierzam przestudiować wszystkie Twoje polecanki wstecz. Coś mi mówi, że warto będzie.