niedziela, 27 lutego 2011

450. Chwila grozy


© Alan Bateman

Od trzech dni zmagam się z korektą tekstu naukowego. Niby nic takiego, „tylko” popularno-naukowy tekst, a jednak już zdążył mnie zmęczyć przeokrutnie ;-) – a dopiero zaczynam pracę... Dlatego – korzystając ze znakomitych warunków pogodowych za oknem: słoneczko na turkusowym niebie, śnieg i niemal bezwietrzna minusowa temperatura... – wyskoczyłam na mały spacerek ;-) Pogoda idealna! Każdy wdech mroził gardło, lekki wiaterek owiewał zmarznięte poliki, a słoneczko kazało mrużyć oczęta... Czegóż chcieć więcej? :-D Początkowo pomyślałam o wybraniu się aż na Targi Poznańskie na coroczną wystawę ogrodniczą Gardenia 2011, ale po pierwsze, jestem bez formy po dość długo męczącej mnie grypce, zatem nie ma szans, bym się dowlokła aż do centrum miasta, a po drugie – jestem bez kasy! A jak wyjść z takich targów bez choćby jednej roślinki na mój parapet? Przecież to niemożliwe! ;-) Zatem ruszyłam przed siebie, ot tak, bez celu. „Wkoło domu i do domu” – jak mawia moja mama ;-)

Za osiedlem, niedaleko szkoły, jest niewielki teren zielony z młodymi drzewkami, ścieżkami z ławeczkami, boiskiem i placem z huśtawkami dla dzieci. Lubię tamtędy chodzić, bo – w weekendy – raczej nie ma hałasu i tłumów ludzi. Dziś polanę okupowało stado... kruków. Wielkich, czarnych, tłustych [czy one w ogóle potrafią fruwać? takie tłuściutkie? ;-D ] ptaszydeł. Uśmiechnęłam się, bo wyglądały przezabawnie – czarne kule na bielusieńkim śniegu i na okolicznych rachitycznych bezlistnych drzewkach. Ale po chwili nie było mi już tak do śmiechu... :-/ Kiedy je mijałam, wszystkie – jak jeden mąż! – obróciły się w moją stronę i zaczęły mnie obserwować... w ciszy... Taaak... Czy ja czasem nie jestem statystką w horrorze Alfreda Hitchcocka? Schwyciłam poły palta i przyspieszyłam kroku... Mam nadzieję, że przeżyję...

Najczęściej widuję je w takiej i znacznie większej liczbie niedaleko Kościoła Ewangelickiego, w tamtejszym parku im. Gustawa Manitiusa. Z daleka te chmury fruwających – bądź okupujących drzewa – i kraczących czarnych ptaków nie wydają się wcale takie straszne, raczej jawią się jako malownicze i intrygujące, w najgorszym razie „gotycko tajemnicze”, ale na pewno nie przerażające. A jednak! Tym razem nie polecam ;-)

wtorek, 22 lutego 2011

449. Wnętrza






Wszystkie zdjęcia przedstawiają pojedyncze strony z magazynu
© Country Living – wersja brytyjska.

Raz na dwa, trzy lata robię czystkę na półkach z kolorowymi magazynami wnętrzarskimi. Muszę, po prostu... bo każdy kolejny miesiąc to 7-9 nowych kolorowych, grubych i... pięknych ;-D czasopism. [Tak, tak, wiem, to zakupy kompulsywne osoby uzależnionej]. Niestety, jak się łatwo domyślić, miejsca ubywa. I wtedy nadchodzi TEN weekend, kiedy muszę zdecydować, co dalej: czystka, czy szukanie nowego miejsca [niekoniecznie u mnie w domku – bywam hojna]. Najczęściej jednak trzeba zdecydować, które numery zostaną oddane/sprzedane/pocięte lub wyrzucone na makulaturę. Z bólem serca to robię :-/ ale trzeba.

Tym razem jednak wpadłam na „genialny” pomysł! Szkoda, że tak późno, ale jak to się mówi: „Najtrudniejsze jest to, co najłatwiejsze”, „Najciemniej jest pod latarnią”... czy jakoś tak ;-) Generalnie chodzi o to, że ciężko jest wpaść na najprostszy pomysł. A tym pomysłem jest – fotografia! Idiotyczne i zadziwiająco łatwe jednocześnie. Sfotografowałam najciekawsze strony, te, które przyciągają wzrok – pasje niezwyczajnych ludzi [tu akurat – twórcy ex librisów i grafika/ilustratora, który samodzielnie przygotowuje do druku swoje rysunki], ładne aranżacje, przydatne rozwiązania, kolory, drewno, gra światełka itp. Czasem mały, nierzucający się od razu w oczy drobiazg mnie zaciekawiał i decydował, że kupowałam cały magazyn. Ale przede wszystkim to ta moja kolekcjonerska dusza sprawia, że „gazetowe” słupki rosną... ;-)

poniedziałek, 14 lutego 2011

448. Losowanie nr 38


Walentynkowy wieczór czas zacząć! Konkurs zamknięty! A dokładniej - już po losowaniu nr 38 :-) co widać na załączonym u góry obrazku [pardon, trochę ciemnym ;-) ale słońca zabrakło]. Pakiecik „romantycznych słodkości” poleci do:

- - - Aiwenli

Gratulacje! :-D
Tradycyjna formułka: „Potrzebne mi będą Twoje podstawowe dane do wysyłki walentynkowego pakiecika [u dołu strony jest mail, na który poproszę przesłać adres pocztowy]. Zapewniam jak zawsze solennie, że tu na blogu jestem - tylko i wyłącznie! - osobą prywatną, a Twój adres jest całkowicie bezpieczny, gdyż wykorzystam go jedynie do wysyłki książki ze stempelkami z tego jednego konkursu”.


A co za miesiąc w konkursie? W marcu... jak w garncu ;-) dlatego spróbujemy zaczarować pogodę własnymi rączkami! Rozwianie „tajemnicy” już za miesiąc! Zapraszam!

czwartek, 10 lutego 2011

447. Konkurs nr 38 - walentynkowy!


Za kilka dni „święto” ;-) Z tej okazji – bo każda okazja jest dobra! – w walentynkowym konkursie, tym razem z numerem 38, taki oto pakiecik do zgarnięcia:

--- romantyczne czytadełko: Tajemnice morza Nicholasa Shakespeare’a
--- duży komplet serduszkowych akrylowych stempelków

Konkurs będzie trwał dość krótko, bo do najbliższego poniedziałku - owego „wielkiego” dnia 14 lutego, kiedy to wszystko przybierze kształt serduszka w kolorze czerwonym ;-) Zapraszam!

poniedziałek, 7 lutego 2011

446. Pasje


© foodbeam

Dziś będzie o jedzeniu... a raczej o przejedzeniu się ;-)

Gdzieś kiedyś wyczytałam, że aby zrzucić kalorie po zjedzonym zaledwie jednym słodkim pączku, trzeba tańczyć intensywnie rock and rolla przez dwie godziny :-/ Toż to istna katorga... aż mi się gorąco robi na samą myśl! A po moim sobotnim objadaniu się... ekhm... musiałabym wystartować w słynnych amerykańskich maratonach tanecznych ;-D – czyli tańczyć do upadłego! No ale jak tu się oprzeć pysznym ptyśkom z budyniem śmietankowym? No jak? ;-) Przygotowała je na sobotnią degustację pewna moja znajoma, która najlepiej się czuje w... kuchni! Tak, są i takie panie, które kochają gotowanie :-) [nawet mi się ‘rymło’ ;-D ]. Dla mnie to całkiem inny świat, choć nie powiem, lubię dobrze zjeść, co widać, gdy ktoś mnie zna ;-D ...ale sama nie gotuję, nie piekę, a przynajmniej nie na co dzień. Byłoby to święto, wielkie święto, gdybym sama upichciła obiad... Ale nie o mnie tym razem!

Otóż dzień później wpadłam do owej znajomej podarować jej książkę kucharską, o której gawędziłyśmy. Miałam przy tej okazji zobaczyć słynną bibliotekę kucharki z zamiłowania, bo nie z wykonywanego zawodu, którą droga E. chwaliła się niejednokrotnie. I muszę powiedzieć, że oniemiałam! Takiej ściany regałów wypełnionych wyłącznie książkami kucharskimi moje oczy nigdy nie widziały. Nawet nie wiedziałam, że aż tyle książek z przepisami się w Polsce ukazało! Na moje bezczelne pytanie: „Czy ty je chociaż przejrzałaś?”, usłyszałam w odpowiedzi: „Moja droga, ja je wszystkie przeczytałam... i to nie raz!”. Na potwierdzenie pokazała mi kilka wydań pełnych odręcznych notatek, karteluszek, podkreśleń itp. A były i takie, które wręcz nosiły ślady gotowania ;-) - plamy tłuszczu, mączny pył itp.

Po raz kolejny przekonałam się, że pasje nie mają granic! I wiecie co? To jest piękne :-D

sobota, 5 lutego 2011

445. Tłumnie...


© Wulffmorgenhalter***

Wieczorem czeka mnie nietypowa uczta – degustacja win z Australii u mnie w domku :-) A że w takim towarzystwie widzimy się raz, może dwa razy do roku, to postanowiłam – oprócz poczęstunku – przygotować drobne upominki, oczywiście związane z tematem spotkania. Z chronicznego wręcz braku czasu po owe upominki wybrałam się wczoraj, bardzo późnym popołudniem, po pracy. Nie przewidziałam, że w Poznańskiem trwają ferie... :-/ Te tłumy w mieście i galeriach handlowych – młodzież w grupach, bądź „tylko” z rodzicami, w pogoni za... no właśnie... za czym? ;-) W każdym razie nie było łatwo. Jak zawsze z pomocą przyszła mi przyjaciółka, dla której zakupy to swoisty sport, zawody z pucharem i miejscem na podium na końcu ;-) Nie mam pojęcia, jak ona to robi, ale śmiga i przeciskuje się przez tłum z taką gracją, że aż miło popatrzeć ;-) Mnie w każdym razie idzie jak temu śledziowi na obrazku u góry...


- - - - - - -

*** Obrazek linkuję do Wulffmorgenhalter, ale uprzedzam! Wchodzisz na własną odpowiedzialność! Żart jest ciężki i dalece rubaszny, na pograniczu dobrego smaku [albo i przekracza tę granicę, otwarcie i odważnie prowokując], by użyć delikatnych sformułowań ;-)