piątek, 29 kwietnia 2011

466. Grudnik w kwietniu




Fotki © moje :-) Olympus E-510

Wolny dzień + słoneczna pogoda za oknem = wypad za miasto ;-)
Tym razem nie mogłam się oprzeć i wybrałam się na „polowanie” do Tarnowa Podgórnego, do centrum ogrodniczego. Po dłuższym spacerze, wzdłuż polnej drogi, z centrum miasteczka dotarłam na obrzeża i na teren tak kolorowy, że oczy aż bolą ;-) Przepiękne miejsce, normalnie – raj! Tyle kwiatków, krzaczków i drzewek, że nie wiadomo było, w którą stronę najpierw się zwrócić. Oczywiście, że wróciłam z siatą pełną nowych doniczek, nie mogłam się oprzeć! A jechałam „tylko” po płyn na mszyce [w tym roku balkon będzie obfitował w pelargonie różnych kolorów i odmian, profilaktycznie więc chciałam się zaopatrzyć w spryskiwacz na białe paskudy, które na 100% się pojawią :-/ ]. Wróciłam z niecierpkami, różową calanche, ciekawą wielopłatkową surfinią i przecudnie pachnącym heliotropem :-D Cieszę się jak dzieciak! A na parapecie u mojej mamy zakwitł... grudnik, czyli zygokaktus - to chyba po to, żeby pokazać, iż pory roku już nie istnieją ;-)

czwartek, 28 kwietnia 2011

465. Dziwny film


© plakat i jednocześnie okładka wersji DVD [oglądałam film po angielsku, ale po polsku też można - do nabycia za grosze w necie]


Właściwie to nie mam pojęcia, dlaczego dałam się namówić na obejrzenie tego filmu... Co takiego mnie podkusiło? :-/ Owszem, przepadam za mrocznymi opowieściami, ale bez przesady... Tak, lubię filmy bez happy endu, ale są pewne granice... Zdecydowanie jestem fanką mocnych kryminałów, ale tego się zwyczajnie nie spodziewałam... Tym razem chyba dałam się zauroczyć pewnemu nazwisku ;-) Thomas Kretschmann to jeden z moich ulubionych aktorów.

Nie trzymam was dłużej w napięciu – chodzi o film Kanibal z Rotenburga – debiut niemieckiego reżysera Martina Weisza z 2006 roku. Ta historia wydarzyła się naprawdę i zbulwersowała całe Niemcy [i chyba nie tylko].

Krótka edycja opisu dystrybutora: Amerykanka Katie Armstrong [w tej roli słabiutka niestety i mało przekonująca Kerri Russell] pisze pracę magisterską na temat przypadku kanibala-zabójcy Olivera Hartwina* [przyciągający wzrok niemiecki aktor Thomas Kretschmann]. Hartwin zostawił wiadomość w Internecie, że poszukuje osoby, która w miłosnym akcie poświęcenia dałaby się zjeść żywcem... Dziewczyna bada sprawę zbrodni, angażuje się coraz mocniej w historię życia kanibala, w dotarcie do przyczyn zachowań Hartwiga i Grombeka, a zrozumienie relacji kata i ofiary staje się jej obsesją. Gubi się we własnych emocjach. W trakcie tych niebezpiecznie wciągających poszukiwań zdobywa taśmę wideo z zapisem makabrycznego ceremoniału, nagraną przez samego Hartwina. Obejrzenie tego zapisu na zawsze pozostawi ślad w jej psychice.

Nie jest to film, który ma tylko i wyłącznie szokować, choć z drugiej strony nie polecam szukania tzw. „drugiego dna”, bo go tam zwyczajnie nie ma :-/ Kretchman gra chwilami tak beznamiętnie, że oglądanie go aż fizycznie boli. Film na pewno ma pewną moc - jednocześnie pociąga, wciąga, przeraża i w niezdrowy sposób fascynuje, ale ostatecznie jest... nudny. Jedyna refleksja, jaką wysnułam, to pytanie, skąd się tacy ludzie biorą, co ich pcha do takich a nie innych czynów. Ten film oczywiście nie daje odpowiedzi, ale na pewno zmusza do zastanowienia się. Polecam tylko tym o mocnych nerwach... Ja się takich filmów boję :-/


- - - - - - - -
* Tak naprawdę człowiek ten nazywał się Armin Meiwes. Był informatykiem mieszkającym w Rotenburgu. Poszukiwał w Internecie ludzi o podobnych skłonnościach, aż pewnego dnia natrafił na Bernda Jürgena Armando Brandesa, który zgodził się na zabicie i późniejsze zjedzenie własnego ciała. Policja natrafiła na ślad Meiwesa rok później, gdy zamieścił kolejne ogłoszenie.

sobota, 23 kwietnia 2011

Świątecznie



Życzę Wam beztroskich i radosnych,
wiosennych świąt!!!

:-)





- - - - - - - - - - - -
© Sara Renzulli

czwartek, 21 kwietnia 2011

464. Melancholia


Co robię, gdy nic nie robię? ;-) Ano najczęściej odsypiam zaległości, bo dnie w pracy i nocki nad redakcją tekstów mądrych i głupich się przeciągają w nieskończoność... Moja asertywność równa jest zeru, przez co nigdy nie mam pustego biurka :-/ Ale jeśli znajduję na tyle siły, by pobuszować w necie, to zaglądam m.in. na stronkę Vintage Everyday. Stąd biorę pomysły na dalsze przeszukiwanie sieci :-) Niedługo majowy weekend – czyli tradycyjny moment na odkurzenie aparatu fotograficznego! Oby mi się udało, bo ta „depresja” i brak weny twórczej za długo się ciągną...

piątek, 15 kwietnia 2011

463. Miasto


© Allison Rae

Do podejrzenia w szczegółach i do kupienia na Esty :-)
Zdjęcie podebrałam od Rogera Allena.

piątek, 8 kwietnia 2011

462. Woman


© Annie Leibovitz
Portret Gwyneth Paltrow i jej matki, Blythe Danner z 1999 roku.

Nie przepadam za określeniem „zelektryzować” w odniesieniu do informacji, ale muszę przyznać, że dziś to poczułam ;-) po przeczytaniu wiadomości o wystawie prac Annie Leibovitz z cyklu „Kobiety”, która będzie miała premierę w przyszłym tygodniu w piątek w Warszawie. Na dodatek – w otwartej przestrzeni, czyli dla absolutnie wszystkich za free :-D Powiększone do rozmiaru 130x180 cm 33 fotografie z albumu Woman będzie można oglądać przez miesiąc na ogrodzeniu ogrodu botanicznego w Warszawie. Aż mnie podniosło w fotelu, gdy trafiłam na ten news! :-D Podoba mi się jej sposób patrzenia na świat, choć dla wielu moich znajomych zdjęcia Annie są zbyt „gładkie”, zbyt „perfekcyjne i uładzone” itp. Ja lubię zwłaszcza biało-czarne portrety muzyków [np. Willie Nelson!], które robiła dla „Rolling Stone”. To jedne z moich ulubionych zdjęć w ogóle. No i historia wielkiej miłości Annie i Susan... Piękna, prawda? Dość niedawno widziałam w necie film biograficzny o Annie [nie pamiętam tytułu, niestety], i aż mnie w gardle ściskało, gdy słuchałam jej wspomnień o Susan, jak widziałam łzy kręcące się w jej oczach... Polecam bez dwóch zdań! :-)

sobota, 2 kwietnia 2011

461. Losowanie nr 40




Ciekawe... bardzo ciekawe, jak rozłożyły się proporcje pomiędzy dwoma zestawami tematycznymi ;-) Górą decoupage! Czyżbyście jednak nie lubili kuchni? ;-D

Ale, ale... przejdźmy do rzeczy, czyli do wyników konkursu nr 40! Oto, do kogo polecą książeczki:

--- pakiet decoupage: coco.nut ---
--- pakiet kuchenny: Kalisz made ---

Gratuluję serdecznie! :-)
Obowiązkowa formułka: „Potrzebne mi będą Wasze podstawowe dane do wysyłki książeczek [u dołu strony jest mail, na który poproszę przesłać adres pocztowy; w tytule maila proszę wpisać swój nick z blogosfery]. Zapewniam jak zawsze solennie, że tu na blogu jestem - tylko i wyłącznie! - osobą prywatną, a Wasze adresy są całkowicie bezpieczne, gdyż wykorzystam je jedynie do wysyłki książek z tego jednego konkursu”.

Kwiecień już trwa, lada moment święta, ogrom obowiązków, sprzątania, pichcenia... i do tego wiosenne przesilenie vel lekka depresja i przemęczenie... zatem, wybaczcie, konkursu w tym miesiącu już nie będzie. Dopiero z początkiem maja zapraszam na... lampkę wina ;-) Mam nadzieję, że będzie wam smakować!