sobota, 28 maja 2011

473. Losowanie nr 41


Na początek jak zawsze podziękowania – że jesteście, że czytacie i komentujecie, że lubicie się ze mną bawić w konkursy i że przyjęliście zaproszenie na kieliszek schłodzonego winka... a okazja jest, choć Wam o niej nie wspominałam ;-) Jutro obchodzę imieninki :-D

Ale dziś nie o mnie a o wygranych! Kto został szczęśliwym zwycięzcą, widać na obrazku u góry, ale dla formalności jeszcze tutaj wspomnę. Książki lecą do:

--- Wetka
--- ovillo
--- Aurelia

Gratuluję! :-)
Obowiązkowa formułka: „Potrzebne mi będą Wasze podstawowe dane do wysyłki książeczek [u dołu strony jest mail, na który poproszę przesłać adres pocztowy; w tytule maila proszę wpisać swój nick z blogosfery]. Zapewniam jak zawsze solennie, że tu na blogu jestem - tylko i wyłącznie! - osobą prywatną, a Wasze adresy są całkowicie bezpieczne, gdyż wykorzystam je jedynie do wysyłki książek z tego jednego konkursu”.

Na czerwcowy upalny konkurs jeszcze nic nie wymyśliłam ;-) ale i tak już teraz zapraszam!


- - - - -
Na zdjęciu: butelka białego lekkiego słodkiego wina Element of Sandalford [Late Harvest] rodem ze Swan Valley w zachodniej Australii. Polecam!

poniedziałek, 23 maja 2011

472. Konkurs nr 41 - Jak to wypić?


Powiada się, że życie jest za krótkie, by marnować je na picie niedobrego wina ;-) Coś w tym jest... a ponieważ zdecydowanie nie jestem znawczynią trunków, przydaje mi się przewodnik po tym świecie. Książka, którą chcę wam dziś zaproponować, nie ogranicza się jednak tylko i wyłącznie do trunków [czyli napojów wyskokowych – mówiąc popularnie]. Znajdziecie w niej też opowieści o wszelkich płynach podawanych do posiłków – woda, soki, lemoniady..., bądź też je zastępujących – jak np. gorąca czekolada w miseczce na rozgrzanie serca tuż przed snem w mroźny zimowy wieczór na poddaszu paryskiego mieszkanka ;-) To opowieść o napojach, o właściwych napojach serwowanych we właściwej porze i we właściwy sposób ;-) Bo jak ważna jest ta konkretna, a nie żadna inna filiżanka o poranku wie chyba każdy!

Mam dla was trzy egzemplarze:

--- Jak to wypić Victorii Moore

Świetna opowieść, gawęda o świecie płynów wszelkich, o kuchniach i spiżarkach, o barkach i kredensach, ale i o liściach herbaty i ziarnach kawy, limonkach i imbirze, kubkach z cieniutkiej porcelany i zmrożonych kieliszkach... A wszystko to podane w bardzo zabawny typograficzny sposób – projekt przygotowało studio Here Design, których najśmielsze projekty można podziwiać na ich stronie domowej. Polecam!

I zapraszam do wpisywania się w komentarze od teraz do piątku o północy. Losowanie jak zawsze w sobotę :-) Powodzenia!

piątek, 20 maja 2011

471. Hm...


Halo, halo! Pamiętacie mnie jeszcze? ;-) Opuściłam blog na nieco dłużej niż wstępnie planowałam, niestety pracoholizmu nie da się kontrolować, a przynajmniej ja tego jeszcze nie potrafię :-/ Ten weekend, tak samo jak i poprzedni oraz całe dwa minione tygodnie, też spędzę nad książką i niestety nie wyściubię przez ten czas nosa za drzwi mieszkanka, a tym samym nie zobaczę moich ukochanych kwitnących właśnie irysków w ogrodzie botanicznym... Szkoda, bo dwa tygodnie temu alejka w nowej części Botanika aż kipiała od bujnych kęp liści i pierwszych pąków miniaturowych irysów [bo te duże kwitną właśnie teraz ;-) ]. Eh, życie... Pozostaje mi balkon i patrzenie w dół... Nie, nie, bez obaw, żadnych czarnych myśli!!! Pod moim balkonem, trzy piętra w dół, jest piękny ogródek sąsiadki :-D a w nim m.in. bujne łąkowe łubiny w kolorze ciemnego różu [które zawsze przenoszą mnie wspomnieniami do beztroskiego dzieciństwa na działce u dziadków] czy obsypany żółtym kwieciem złotokap. A poza tym – białe kiście cudownie pachnących kwiatów akacji i bladoróżowe szyszki na szczycie kilkumetrowej choiny [czy też świerku srebrnego, nie wiem, nie znam się ;-)]. Wiosna bywa piękna :-D

PS. w poniedziałek zapraszam na obiecany miesiąc temu konkurs książkowy przy lampce dobrego schłodzonego winka ;-)

sobota, 7 maja 2011

470. Port Macquarie


Zdjęcie od przyjaciół © MLC. Dziękuję! :-)

Moja dobra przyjaciółka szczęśliwie zmieniła właśnie pracę. Jest podekscytowana nowym miejscem i zadaniami, które ją czekają. Gratuluję jej z całego serca i... nieco zazdroszczę ;-) Nie, nie pracy – choć i ten pomysł wydał mi się bardzo pociągający! – ale krótkiego urlopu pomiędzy. Otóż wybrała się z mężem do Port Macquarie. To niewielka i bardzo spokojna, choć typowo turystyczna mieścinka [raczej kurort dla dojrzalszych urlopowiczów ;-) ], około 400 km na północ od Sydney w Australii. Miałam przyjemność kilka lat temu spędzić tam urocze kilka dni latem, czyli w przełomowym styczniu ;-) Nie da się opowiedzieć, jak cudowne wspomnienia stamtąd przywiozłam – wielokilometrowa piaszczysta plaża z jednej strony kończąca się niewielkim wzniesieniem z latarnią morską Tacking Point, z drugiej ograniczona kolejną mieścinką, ciche zielone uliczki prażone słońcem, rzędy strzelistych sosen wzdłuż głównej drogi, zalew z delfinami wczesną ranną porą i krystaliczna czysta woda, plaże, woda, plaże, woda... ;-) to marzenie chyba każdego urlopowicza. MLC. przesłała mi kilka fotek. Na jednej, którą pokazuję u góry, jest widoczna w oddali latarnia. Zamarzył mi się dłuższy urlop... Trzeba zacząć planować ;-)

czwartek, 5 maja 2011

469. Niemożliwe stało się możliwe!!!


© net, pp. Sony

2 lipca 2011 minie dokładnie 10 lat od pierwszego koncertu Open'era. Bardzo staraliśmy się, aby ten wieczór był naprawdę wyjątkowy, aby był muzyczną ucztą. Parę miesięcy temu zaprzyjaźniony agent wielu światowych artystów powiedział: „Jeżeli wystąpi na festiwalu, to ja uwierzę w cuda” - i będzie musiał uwierzyć, a ten wieczór przejdzie do historii. Panie i Panowie, jeden z największych muzycznych geniuszy i zarazem jedno z największych, jeżeli nie największe wyzwanie dla każdego promotora na świecie. Po raz pierwszy w tej części Europy, na pierwszym jak do tej pory ogłoszonym koncercie poza Stanami Zjednoczonymi - znany z bardzo oryginalnego i indywidualnego podejścia do reguł światowego rynku muzycznego, wyjątkowy i niesamowity, jeden z najbardziej twórczych i wpływowych muzyków kilku dekad, „the one and only” - PRINCE.

- Mikołaj Ziółkowski, Alter Art



Już wiem, co będę robiła 2 lipca!!! :-)
Yesssssssssssssssssssssssssssssssss!!!

468. Alexander McQueen


© net

Do napisania tego postu zabieram się od ponad roku, od samobójczej śmierci geniusza świata mody – Alexandra McQueena. Nie bardzo wiedziałam, co i jak napisać, bo tak naprawdę ciężko znaleźć odpowiednie – wielkie! – słowa na opisanie dzieł tego kreatora. Jestem wielbicielką jego talentu, uwielbiam przeglądać katalogi i albumy ze zdjęciami z pokazów. Po prostu. I tym razem jednak nie sposób nie wspomnieć o McQueenie...

Kilka dni temu cały świat „uczestniczył” – głównie wirtualnie, ale jednak! – w ślubie królewskiej pary: Katarzyny, księżnej Cambridge, z księciem Williamem. I choć to tak odległy dla nas świat, z zapartym tchem czekaliśmy na suknię! ;-) Zaprojektowała ją Sarah Burton, prawa ręka McQueena przez wiele, wiele lat, która przejęła schedę po mistrzu. No i chyba tylko z tego powodu zasiadłam przed TV... Łezka mi się zakręciła, gdy pomyślałam, jak wspaniały hołd mu złożono! I to tuż przed otwarciem retrospektywnej wystawy w Metropolitan Museum w Nowym Jorku! Alexander McQueen: Savage Beauty – bo taki tytuł nosi wystawa – będzie można odwiedzać do 31 lipca. Ekspozycja gromadzi 100 kreacji i 70 akcesoriów z dziewiętnastoletniej kariery kontrowersyjnego projektanta. Chciałabym tam być, bardzo bardzo! :-) Liczę na to, że chociaż oficjalny katalog uda mi się zdobyć. Pewnie będzie kosztował małą fortunę, ale... co mi tam ;-) Raz się żyje!

Dziś z przyjemnością założyłam Kingom, wersję z 2005 roku :-)

niedziela, 1 maja 2011

467. Majówka




Fotki © 2011 moje :-)

W pierwszy weekend maja po długich zimowych miesiącach Botanik otwiera swoje bramy dla mieszkańców miasta, organizując tradycyjny trzydniowy festyn: kiermasz roślin, wykłady, wystawy, pokazy dogoterapii, w tym roku też zawitał psy husky... Niestety, tak naprawdę... to istny koszmar! :-/ Tłumy ludzi, dzieciaki na rolkach, dorośli na rowerach, wata cukrowa, trąbki i baloniki, wrzaski i gonitwy dzieciaków zagłuszające koncerty w muszli... Zgroza... Ale... jak co roku, nie ucząc się na własnych błędach ;-) odwiedzam to miejsce pełna nadziei na miły i spokojny spacer... naiwna... Jedyny plus: nareszcie zdobyłam porządny szczegółowy przewodnik po ogrodzie botanicznym z wydawnictwa UAM.

PS. Miałam dziś na sobie nowy zapach – „Rousse” Serga Lutensa. Niezwykła interpretacja cynamonu przyprawowego, raczej nie tego słodkiego pudru, który sypie się na ryż, ale takiego suchego zapachu pałeczki cynamonowej. Piękny! :-) Taki mały off top, ale chyba się zakochałam ;-) Najpiękniej o tym zapachu napisała Sabbath i to właśnie dzięki niej sięgnęłam po te perfumy :-) Winnam ukłon i serdeczne podziękowania!