sobota, 30 lipca 2011

488. Losowanie nr 43



Za oknem pogoda nie nastrajająca do spacerów [aparat foto się kurzy dalej :-/ beznadzieja...], ale mimo wszystko warto by było wyjść i pooddychać świeżym powietrzem. Miałam parę dni urlopu i większość tego czasu spędziłam... leniąc się w łóżku ;-D Dawno nie było mi tak błogo - z dala od zgiełku miasta, tłoku komunikacji miejskiej, z dala od sterty maszynopisów, nerwowych maili i telefonów... Coś pięknego :-)

Wróćmy jednak do bloga! Konkurs nr 43 trwał nieco dłużej, nie tylko z powodu wakacji, ale i dlatego, że moja Muza mnie opuściła :-/ Ale, ale... nie o mnie dziś mowa! ;-D

Losowanie się odbyło! Opasły tom mrocznych opowieści Edgara Allana Poe poleci do...

---> chaga

Serdeczne gratulacje! :-)
Wklejam jeszcze obowiązkową formułkę informacyjną: „Potrzebne mi będą podstawowe dane do wysyłki książki [u dołu strony jest mail, na który poproszę przesłać adres pocztowy]. Zapewniam jak zawsze solennie, że tu na blogu jestem - tylko i wyłącznie! - osobą prywatną, a Twój adres poznam tylko ja! Jest całkowicie bezpieczny, gdyż wykorzystam go jedynie do wysyłki książki z tego jednego konkursu”.

A co w sierpniowym konkursie? Znajdę dla Was coś promiennego, wesołego i radosnego! Obiecuję! :-D

środa, 20 lipca 2011

487. Konkurs nr 43


Muszę się przyznać, że kiedyś, dawno temu miałam małą obsesję na punkcie Edgara Allana Poe ;-) Czytałam i kolekcjonowałam wszystkie książki, jakie udało mi się znaleźć na polskim rynku - w księgarniach i antykwariatach. Mam pierwsze polskie wydania, z których jestem baaardzo dumna :-D

W kolejnym cyklicznym konkursie, tym razem z numerem 43, do wylosowania będzie jeden egzemplarz piękne wydanego w twardej oprawie zbioru opowieści miłosnych, śmiertelnych i tajemniczych. Książka jest okraszona ilustracjami genialnego Harry’ego Clarke’a.

Konkurs będzie trwał nieco dłużej [głównie z racji wakacji, ale i - bądźmy szczerzy! - z powodu mojego braku weny :-/ za co bardzo przepraszam!], bo aż do przyszłego piątku 29 lipca. Losowanie tradycyjnie dzień później, w sobotę. Zapraszam do wpisywania się w komentarze pod tym postem! :-)

486. Ponure myśli


Edgar Allan Poe i jego kruk w interpretacji © Sirxlem - DeviantArt

Zaplanowałam kilka dni wolnego, by wykonać serię badań kontrolnych. Nic specjalnego mi nie jest, ale ponieważ od lat nie robiłam „przeglądu technicznego” ;-D zdecydowałam, że już czas. Nie będę tutaj truła, ile się nabłagałam lekarza rodzinnego o skierowanie na najprostszy zestaw badań laboratoryjnych [mam beznadziejnego lekarza rodzinnego...], szkoda czasu i nerwów na taką opowieść :-/ Sedno jest takie, że sama zapłaciłam za wszystkie badania :-/ Pal licho zadufanie lekarzy! Miałam szczęście, że trafiłam na przesympatyczną panią pielęgniarkę, która dzielnie zabrała się do ściągania krwi ;-) a dodam, że u mnie nie jest to takie łatwe – oba zgięcia łokci są czyste i bielutkie, bez śladu żył. Krew pobrano zatem z... nadgarstka. Nie bolało, uspokajam ;-) W każdym razie na wyniki miałam czekać kilka dni [oprócz morfologii poprosiłam o dodatkowe specjalistyczne analizy]. Nastrój ogarnął mnie ponury, czarnowidztwo i bezsenność dopadła ze zdwojoną siłą – nie mam pojęcia, dlaczego człowiek tak jest skonstruowany: gdy na coś niecierpliwie czeka, jego wyobraźnia szaleje ;-) a przynajmniej moja szalała w najlepsze... W każdym razie to był dobry moment, żeby się dobić jakąś ponurą lekturą ;-) Wybrałam Matthew Pearla i „Cień Poego”. Ta książka leżała u mnie na półce już bardzo dawno, wciąż brakło mi czasu, żeby się z nią zapoznać. Nie jest to arcydzieło, a sposób tłumaczenia wymaga sporo samozaparcia i skupienia przy czytaniu. Ale przy tej lekturze wymyśliłam, którą książkę rozlosuję w następnym konkursie, o którym jutro... o pardon! - jest już po północy, zatem jeszcze dziś! :-D

sobota, 9 lipca 2011

485. Alienista




Zdjęcia Nowego Jorku z około 1896 roku © HistoGrafica

Przez to buszowanie w British Library i starych zdjęciach Londynu nabrałam ochoty na dobrą i wciągającą lekturę z tamtego okresu, a ponieważ ostatnimi laty niewiele naprawdę porywających i zapadających w pamięć książek się ukazało [wiem, wiem, wybredna jestem ;-) ], sięgnęłam po kryminał, a raczej thriller wydany lata temu i przeniosłam się... za ocean ;-) W 1997 roku poznańskie wydawnictwo Rebis zaproponowało Alienistę Caleba Carr, nowojorskiego historyka wojskowości, pisarza, dziennikarza. Dwa lata później ukazał się Anioł ciemności - kontynuacja historii z tomu pierwszego. Obie doskonałe, choć Alienista zrobił na mnie zdecydowanie większe wrażenie ;-) Od tamtej pory powieść doczekała się już kilku wydań i kilku okładek [ja mam pierwsze wydanie - okładka z nożami w serii Salamandra], stąd zamiast pokazywać wam je, wstawiłam fotki Nowego Jorku z około roku 1898, czyli roku, w którym opowieść jest osadzona.

Opis ze strony wydawcy: „Nowy Jork, 1896 rok. Miastem wstrząsają makabryczne zabójstwa chłopców-prostytutek. Skorumpowani policjanci prowadzą oficjalne śledztwo, ale niezależnie od nich działa tajna grupa powołana przez Theodore'a Roosevelta, późniejszego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Najważniejszy w tej grupie jest tytułowy alienista - dziś powiedzielibyśmy psychopatolog - Laszlo Kreizler, który wykorzystuje całą swą wiedzę, by przeniknąć najmroczniejsze zakamarki umysłu mordercy i w ten sposób wpaść na jego trop”.

Dodam ciekawostkę od siebie: Jedną z bohaterek powieści jest pierwsza kobieta zatrudniona na komisariacie policji. Jej perturbacje z facetami są takie... współczesne, że aż łezka się w oku kręci – minęło ponad sto lat, a w traktowaniu kobiet niemal nic się nie zmieniło. Poza tym prawdą jest, że Caleb Carr to mistrz detali - jego opisy rodzącej się metropolii są porywające, dokładne [z mapą by można śledzić losy bohaterów], ale w żadnym razie nie nudne! No i ta plejada autentycznych postaci, zanim jeszcze stali się sławni. Świetna historia, nie tylko dla miłośników kryminałów! Polecam!

484. Henry Dixon






Foto © Henry Dixon [1820-1892] ze zbiorów The British Library


Henry Dixon zapisał się w historii jako niezrównany portrecista… miasta Londyn z lat 60., 70. i 80. XIX wieku. Jego fotografie przyciągają jak magnes – są perfekcyjnie skomponowane, opowiadają historię wielkich przemian wiktoriańskiego miasta i jego mieszkańców, prostych ludzi pracy. To niezwykły dokument tamtych czasów!

Właściwie to niewiele wiadomo, kim był Dixon. Znalazłam gdzieś wzmiankę, że początkowo kształcił się w zawodzie zecera w drukarni, ale porwała go idea fotografii ulicznej. Był jednym z pierwszych przedstawicieli tego „zawodu”. Jego zdjęcia londyńskiego zoo, fortepianów czy wyprawy arktycznej w 1875 roku w przeddzień ich wyruszenia z Portsmouth są mało znane. Ale wspaniałe ujęcia londyńskich budynków i ulic, przygotowanych dla Society for Photographing Relics of Old London czy City Sewers Commission [szklane „klisze” znajdują się w Guildhall Library], są absolutnie fascynujące! Polecam!