sobota, 5 maja 2012

574. Smutny los emerytki...

© próbne ilustracje do książki „It’s a book” autorstwa Lanego Smitha. Tutaj można obejrzeć ostateczne rysunki -> KLIK.

Czytuję regularnie „Gazetę Wyborczą”. Nie, nie jest to jakaś polityczna deklaracja, a zwykłe stwierdzenie faktu. Szczególnie lubię sobotni numer [do porannej kawki ;-) ] i jego liczne eseje i felietony z dziedziny kultury. To taki mój rytuał, który trwa nieprzerwanie od pierwszego numeru tej gazety :-) [Szkoda, że go nie zachowałam, pewnie teraz byłby wiele wart – sentymentalnie, oczywiście].

Dziś, w dodatku poznańskim, na ostatniej stronie czekał na mnie przysłowiowy „cios w samo serce” – gorzka w odbiorze historia najstarszej księgarni w Poznaniu, której dalszy los wisi na włosku [pod bardzo trafnym tytułem: „Emerytka, do której ustawiały się kolejki”, a to z powodu właśnie ukończonych – w kwietniu – 67 lat! Jakie to smutne w kontekście przeprowadzanych reform ogólnospołecznych...]. Dotyczy mnie to osobiście, gdyż w czasach szkolnych uczyłam się tam zawodu pod okiem najlepszych, wymagających, ale i najserdeczniejszych poznańskich księgarzy, z jakimi pracowałam, a dużo później, już jako dorosły i znacznie bardziej doświadczony księgarz [cicho, feministki! ;-) nie zamierzam kaleczyć języka śmiesznymi słówkami typu: księgarka, psycholożka, geografka, czy... o zgrozo!... pilotka (dla mnie to wciąż jedynie skórzana czapka zapinana pod brodą, a nie... kobieta :-/ ). Pod tym względem zdecydowanie się nie zgadzam ze zmianami – ale to temat na inne moje blogowe wywody ;-D ] pracowałam tam przez kilka lat. To wspaniały okres, nie tylko mojej „kariery” księgarza, ale i jeden z najcudowniejszych dla samego czytelnictwa w Polsce – czasy, gdy po książki ustawiały się kolejki. Doskonale pamiętam ten rozgardiasz i „siódme poty”, gdy z samego rana docierała do nas dostawa „Faraona” Prusa i trzeba było wręcz czasowo zlikwidować część regularnego stoiska działu literackiego, by móc obsłużyć wszystkich chętnych kupić tę jedną książkę. A były ich setki! Tak, po „Faraona” ustawiały się kiedyś kolejki! Co za czasy... :-) Wspomina o nich właściciel księgarni, p. Andrzej Kawecki, dodając: „Problemem [każdej współczesnej] księgarni jest to, że coraz więcej ludzi chce pisać, a coraz mniej – czytać. Efekt? Słaba sprzedaż i słabe książki”.

Święte słowa! Też o tym często myślę, że z jednej strony to wspaniałe, iż każdy może „wydać” książkę [choćby wspomnienia dziada-pradziada czy wierszyki słodkiej córeczki ;-) ], nawet w jednym egzemplarzu ją wydrukować [umożliwiają to ogólnie dostępne i coraz bardziej przyjazne cenowo cyfrowe drukarnie], ale z drugiej – poziom tego, co jest obecnie wydawane jest żenujący... :-/ Przykładami mogłabym sypać, ale mi nie wypada – „nie gryzie się ręki, która nas karmi”, a ja przecież „z branży” jestem... :-/ Niemniej, taki właśnie los spotka pewnie większość księgarni stacjonarnych, jeśli Polakami nie wstrząśnie jakaś ogólna odgórna wielka i gruntowna „ustawa”, zwana dalej „programem ratowania czytelnictwa, czy wręcz ucieczka przed analfabetyzmem itp. itd.”. Tylko czy to by się dało jeszcze przeprowadzić w czasach, gdy dzieciaki nawet nie wiedzą co to takiego książka? [patrz obrazki u góry ;-) ].

Ot, takie sobie sobotnie wywody...



- - - - - - -
Godzina 22.20 - PS. po całodziennych rozmyślaniach ;-)
Może rzeczywiście błąd tkwi w prowadzeniu (czy niekompletnym przedstawianiu) statystyk? Kupno książek, dodajmy: bardzo drogich obecnie książek, to luksus w tych trudnych ekonomicznie czasach, ale być może samo czytelnictwo kwitnie? Są przecież biblioteki [te pomniejsze często są całkiem ładnie dotowane z rad miasta], są „ciotki i wujkowie”, od których można pożyczać książki, są świetni, oddani swej pracy poloniści w szkołach... Z drugiej strony (moim zdaniem): nie czarujmy się! Taki pospolity zryw, raz na kilka lat, jak wymienione przez was cykle książkowe dla młodzieży, nie czynią jaskółki. Oczywiście, też jestem zdania, że „obojętnie, co się czyta – ważne, że w ogóle się czyta”, ale jednak... los wielu stacjonarnych księgarń wydaje się przesądzony... :-/

11 komentarzy:

Ola_83 pisze...

Z przyjemnością przeczytałam Twoje wywody i niestety muszę się zgodzić, tez jestem z branży i właśnie zajmuję się badaniami czytelnictwa, obecnie 12 - latków, przygotowuję referat na konferencje majową w Łodzi o dziecku w świecie książki i mediów i najważniejsze wnioski to niestety...bardzo małe zainteresowanie książką przez dzieci, ale i przez ich rodziców, rośnie nam młode, mało czytające pokolenie...a temat poziomu wydawanych książek to inna sprawa niestety...

Chabrowa pisze...

Smutne, ale mało teraz osób czyta. Moi rówieśnicy pytają mnie czasami co będę robiła we wakacje. Mówię, że nigdzie nie wyjeżdżam, wolę poczytać książkę w domu. I wtedy wielkie oczy, to będziesz we wakacje czytała! Książkę! Nie mogą zrozumieć, że niektórzy tak odpoczywają.

Dzieciologia pisze...

TO ja napiszę, że moi gimnazjaliści (posiadam ich w klasie 18 sztuk) czytają! mało tego, dzieki wampirzej manii (cokolwiek bym na temat książek sądziła) czytają nawet te panienki, które wcześniej ewentualnie czytały napis WINDOWS przy odpalaniu kompa.

Chyba nie jest tak źle, bo i wcześniej nieczytający byli, ale mam wrażenie, nie było to tak nagłaśniane.

*gooocha* pisze...

Z moich obserwacji wynika, że tak teraz jak i ponad 20 lat temu zawsze była grupa ludzi, których książka w rękę parzyła. I taka, która nie wyobrażała sobie życia bez czytania. I zgadzam się z Dzieciologią - seria wampirowa, cokolwiek by o niej nie sądzić, poszerzyła znacznie krąg czytelniczy, wcześniej podobna czytelniczą histerię sprawił Harry Potter. Nie przypominam sobie podobnego fenomenu z młodych lat.
Pozdrawiam :)

Dzieciologia pisze...

ANo właśnie - bo niestety seria o Tomku czy panu Samochodziku była bardzo grzeczna (chociaż nie powiem, czytałam z przyjemnością) i chyba zbyt mało przebojowi bohaterowie, by "zmusić" do czytania anty-książkowych :)

Zacisze wyśnione... pisze...

To złożony temat, jak widać :-/ Czytelnictwo powinno być oddzielone w statystykach od handlowej strony, czyli księgarń - bo pewnie tu jest "pies pogrzebany". Nie kupujemy książek, ale je czytamy (biblioteki itp.).

Jest jednak inna statystyka, którą tu przytoczę: wydawcy literatury nowy tytuł, jeden z wielu w swoim planie wydawniczym, nie potencjalny hit, drukują w nakładzie ok. 3000 egz. I teraz spójrzcie - ilu jest dorosłych Polaków zdolnych czytać książki? Miliony! A jak myślicie, ile z tych 3000 egzemplarzy wydawca ma szansę sprzedać bez agresywnej i często ogłupiającej superkosztownej reklamy, bez wsparcia ze strony - pardon - handlarzy sieci na literkę "e"? Tu pewnie co nieco zdradzę, ale zdarza się, że mniej niż 500 egz. To - jest - prze-ra-ża-ją-ce! Nie sądzicie?

Oczywiście - zgadzam się od razu - jest za dużo nowych tytułów, wiele z nich jest zupełnie bezwartościowych i już na starcie wiadomo, że nie mają szans znaleźć nabywców, ale jednak są wydawcy, które je wydają... Nie znam liczb, ale pewnie każdego dnia na półki księgarń trafia kilka nowych tytułów...

Eh! Trudne rozważania... ;-)

Kardamonowa pisze...

Wiem, że to nierealne, ale ja jako szary czytelnik chciałabym, aby przerwano "zmowę milczenia" i częściej nazywano po imieniu te marnej jakości książki. Trochę, jak z filmem "Kac Wawa" zrobił Raczek. Ponieważ reklama i szeroko rozumiana promocja powoduje, że zanim zainwestujemy te 30-50zł, a nieraz i więcej, czytamy peany pochwalne w gazetach, słuchamy ich w telewizji - a potem czujemy się nabici w butelkę. Ja w tej sieci na "e" przynajmniej mam szansę, gdy mam chwilę czasu - poczytać wstępnie wytypowaną do zakupu książkę. Często dzięki temu mój wybór jest trafny. A miesięcznie nie mogę kupić zbyt wielu tytułów, więc to istotne.
P.S. Do pewnego czasu myślałam, że blogi o tematyce książkowej są świetnym źródłem niezależnych informacji o nowościach - do czasu, gdy się zorientowałam, że blogerzy często też dostają książki od wydawnictw, więc są "wdzięczni" i przebierają w słowach...

Zacisze wyśnione... pisze...

Najlepszą i chyba najmniej ryzykowną metodą wyboru nowej, zupełnie nieznanej książki / autora / wydawcy itp., do kupna na własność, jest właśnie przeczytanie fragmentu. Można to zrobić w każdej księgarni [oczywiście bez przesady, pięć, dziesięć stron jest OK., ale pół książki już nie wypada ;-) ]. Gorzej z internetem, gdzie książki są tańsze, ale trzeba się zdać na łut szczęścia; niewielu wydawców niestety „wrzuca” na swoich stronach fragment książki do podejrzenia. Ale raczej na pewno trzeba omijać opis na końcu książki! ;-D Pamiętacie lata 90-te i ten wielki wysyp literatury z wręcz migającym jak neon napisem na froncie okładki: „BESTSELLER!!! Milion sprzedanych egzemplarzy!!!”? Tylko szkoda, że wydawcy nie pisali, gdzie te milion książek było sprzedane... ;-D czyli na ogół w USA. A tam jest ponad 300 milionów ludzi! Dopiero przy takiej pełnej informacji okazuje się, jakie są proporcje. ;-) No ale ten „milion” robił na niektórych wrażenie, poza tym w latach 80-tych i później byliśmy złaknieni „tamtej” literatury, to były początki „otwartości” na świat, która teraz, po 30 latach, nas po prostu zalała... :-/

Co do blogerów... Tak, to dość popularna i do tego darmowa reklama dla wydawcy ;-) Samej zdarzyło mi się to robić, tzn. wysyłać co ciekawsze książki do kilku zaprzyjaźnionych wpływowych blogerów. Ale od zawsze, od pierwszej wysłanej książki, mieliśmy niepisaną przyjacielską umowę, że jeśli zdecydują się recenzować daną książkę, to będą szczerzy do bólu. Dla mnie ważne jest właśnie takie zdanie, inne spojrzenie. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy wywierać na kogokolwiek nacisk: „Dam ci książkę, ale musisz napisać recenzje w samych superlatywach!”. No way!!! Może dlatego współczuję [i nigdy nie mogłabym pracować w tym dziale] marketingowcom. Te peany na cześć wyjątkowo tandetnych tekstów muszą być... traumatycznym doświadczeniem! ;-) Jestem tylko redaktorem, który od czasu do czasu daje się czymś zauroczyć i wtedy zaczyna swoją „kampanię” na rzecz książki! ;-)

I może też dlatego nie jestem „na fali” z nowościami? Do koszyka wrzucam tylko to, co „znam”, czyli autora, wydawcę, tłumacza, temat... Po nowości sięgam dość rzadko, bo już zbyt wiele razy się sparzyłam... :-/

eniutek pisze...

Też lubię" GAZETĘ WYBORCZĄ " a szczególnie dodatek DUŻY FORMAT :)Jeśli o księgarnie ,to rzeczywiście żal tych likwidowanych :( Szkoda ,że w księgarniach ruch w interesie przypada zawsze na początek września kiedy kupowane są podręczniki :( Trochę też takie wielkie korporacje jak EMPIK odebrały klientów mniejszym, kameralnym sklepikom z książkami.Żal i smutek ,że te sklepy zamykają na zawsze swoje drzwi do tradycyjnej sprzedaży książek :)

Marta pisze...

Najlepsza, moim zdaniem, jest zaprzyjaźniona i sprawdzona POCZTA PANTOFLOWA :) Od koleżanek, które znam od lat, i które są takimi samymi fankami czytania, najchętniej słucham opinii o przeczytanych książkach i często po takie same sięgam. Metoda sprawdzona i ekonomiczna :)
Druga sprawa: u mnie w domu od małego widziałam mamę siedzącą w fotelu z książką (tudzież dziergającą na drutach ;) ). Bakcyla załapałam i ja i moje rodzeństwo, a teraz ten sam widok ma moja córcia :) Nie ma święta, kiedy to wśród prezentów nie znajdzie się choćby jedna książka. Na początku były to dziecięce klasyki, aż w końcu moja 9-latka sama wybiera sobie tytuły :)
P.S. A po "Faraona" to i moja mama wystała swoje w kolejce - pamiętam jak dziś :)
Pozdrawiam serdecznie :)

natanna pisze...

Też wystawałam w kolejkach po książki w tamtych czasach a dzisiaj jest ich dużo, dużo piękniej wydawanych niż wtedy , ale nie wszystkie są wartościowe a poza tym nie stać mnie już na częste zakupy.)))