niedziela, 14 października 2012

595. Filmowy weekend

Postery do filmów Valhalla. Mroczny wojownik i Drive.

Lubię oglądać filmy w kinie, niestety z powodu permanentnego braku czasu od kilku już lat częściej oglądam je w TV. Z racji małego ekranu, bez wszelkich dźwiękowych atrakcji i lekko porażającej zmysły wielkości obrazu, nie odbieram niektórych filmów z takimi emocjami jak kiedyś, nie „wchodzę” w nie i nie uczestniczę w życiu bohaterów z taką intensywnością jak niegdyś... Ot, oglądam tylko, chciałoby się rzec... ;-) Ale... znalazłam dobry sposób, żeby takie emocje jednak wywołać czy też ocalić podczas seansów – oglądam je po prostu w nocy ;-) w ciszy i skupieniu. Co nie znaczy jednak, że wszystkie – wiele filmów nie jest tego wartych, ale znając reżysera, albo choć kilka recenzji filmu, dzięki którym uznam, że warto im poświęcić noc – robię to ;-) Tak było z Drive, a teraz z Valhalla. Mroczny wojownik duńskiego reżysera Nicolasa Windinga Refna. Drive powstało później niż Valhalla, ale do polskiej dystrybucji na płytach DVD trafiły w odwrotnej kolejności. Nie ma to większego znaczenia, bo to dwa całkiem różne filmy, ale warto ten fakt jednak odnotować.

Drive to film w stylu hollywoodzkich produkcji z lat osiemdziesiątych – sposób kręcenia, muzyka, różowa tandetna czołówka... A jednak od pierwszej sceny film wciąga za uszy ;-) Opowiada historię kaskadera na co dzień grającego w filmach, który w wolnym czasie najmuje się jako kierowca dla wszelkiej maści złodziejaszków i gangsterów. W nowym miejscu zamieszkania poznaję sympatyczną sąsiadkę, której mąż zadłużył się u bandziorów. Postanawia jej pomóc, co niestety nie kończy się dobrze. To tak pokrótce, żeby nie opowiadać całej historii. Sama fabuła może nie jest porywająca, ale sposób jej „podania” zrobił na mnie wrażenie. Wiele osób porównuje Refna i ten film do dokonań Tarantino, i na pewno coś w tym jest – chociażby dlatego, że z zupełnie nieracjonalnych powodów lubimy głównego bohatera, mimo że to też... bandzior, tyle że w „białych rękawiczkach”, a sceny przemocy [na przykład ta na plaży przy niemal „operowej” muzyce] mogą się... podobać. Brzmi dziwnie? Cóż... trzeba to samemu zobaczyć, żeby zrozumieć. Ogromny plus za muzykę - mieszankę electro popu z klasyką.

Nieco inaczej jest z Valhalla. Mroczny wojownik. To film „brudny” i zimny od samego początku – ziemiste, szare kolory dominują niemal przez cały film; wiecznie dmący wiatr i zagłuszająca wszelkie dźwięki mleczno-szara mgła nie pozwalają nawet na moment zapomnieć, że oto jesteśmy w środku pustej krainy gdzieś na północy Europy, o surowych prawach natury i ludzkich. Całość jest podzielona na kilka tytułowanych części, a z każdym ich etapem zbliżamy się do dość zaskakującego finału. Główny bohater – milczący Jednooki – to jeniec wodza Barde, który od [możemy się tylko domyślać] dłuższego już czasu walczy dla uciechy i korzyści klanu Wikingów. Jednak pewnego dnia udaje mu się uciec i z pomocą małego chłopca Are, który potrafi odczytywać jego myśli i intencje, wypływa wraz z niewielką grupą chrześcijan na krucjatę do Ziemi Świętej. Gdzie rzeczywiście dopływają, możemy się tylko domyślać. I znów – nie o treść w tym filmie chodzi, a o sposób jej przedstawienia. To film dla osób cierpliwych, głodnych pięknych wizualnie obrazów [a wiele scen jest tak właśnie pokazywanych – statycznie, niczym obrazy na ścianach największych muzeów], ale i bardzo odpornych – śmierć jest tu okrutna, podana beznamiętnie i w ciszy.

W Drive główną rolę kreuje Ryan Gosling – bożyszcze kinowe prosto z USA ;-D które mnie raczej nie przyciągało do kina, ani nie przekonywało... do tej pory. Tym razem pasował i się podobał ;-) Ale nie tak jak duński aktor grający Jednookiego – Mads Mikkelsen. Cóż, dziewczyny, to jest facet! Wszystkie emocje i żądze przekazane spojrzeniem, mimiką twarzy i gestami... Ani jednego słowa w całym filmie... Po prostu boski! Polecam! Filmy są do kupienia na płytach DVD, w całkiem przystępnych cenach.

4 komentarze:

Sabbath pisze...

Valhalla Rising widziałam chyba z sześć razy. Za pierwszym razem czekałam na rozwój akcji i przewijałam do przodu, żeby zobaczyć, co się wydarzy. A potem wróciłam do początku, bo wiedziałam już, że nie wydarzenia, lecz nastrój mają tu znaczenie.

muzykowisko pisze...

Mnie "Drive" jakoś nie przypadł do gustu. Na pewno zaliczam go do dobrych filmów, ale ta przemoc... Nie wiem skąd porównania do Tarantino - Quentin bawi się brutalnością, robi to z uśmiechem na twarzy, jest to rozrywką, zabawą dla zabawy, a nie dla czerpania przyjemności z zadawania bólu - takie odnoszę wrażenie, a tu - kopanie leżącego, aż do całkowitej dezintegracji mózgu i czaszki!

Alojka pisze...

zainteresowałaś mnie,s zcególnie tym drugim

dziurka pisze...

Ja nie widziałam ani jednego ani drugiego ale brzmi naprawdę zachęcająco.
A tak w ogóle to chciałam bardzo, bardzo podziękować za wygraną książkę. Biorę się już do czytania. Dziękuję raz jeszcze!
http://dziurka.blogspot.com/2012/10/smile.html