sobota, 15 grudnia 2012

615. Baśnie Andersena

Okładka jednego z licznych wydań Baśni Andersena z ilustracjami Jana Marcina Szancera.

Dziś post będzie baaardzo długi, ale nie musicie czytać do końca ;-) bo – jak sądzę – już po pierwszej informacji będziecie mieli ochotę sięgnąć po pewną grubą i cudnie ilustrowaną księgę z dzieciństwa... :-D Ale zacznę od cytatu, bo jestem tak podekscytowana, że sama nie znajdę lepszych słów! :-)

Wiadomość PAP z 13 grudnia br.: Nieznaną, najwcześniejszą opowieść autorstwa słynnego duńskiego bajkopisarza Hansa Christiana Andersena odkryto w archiwach w jego rodzinnym mieście Odense. Jest to bajka o świeczce łojówce. „Bajka została napisana na początku lat 20. XIX wieku, jeszcze przed oficjalnym debiutem Andersena” – powiedział w czwartek duński ekspert Ejnar Stig Askgaard.
Zdaniem eksperta odkrycie jest sensacyjne, gdyż nie tylko jest to pierwsza baśń Andersena, ale również dowód na to, że tym właśnie gatunkiem, późniejszy autor „Brzydkiego kaczątka” interesował się już w bardzo młodym wieku.
Duński historyk Esben Brage znalazł sześciostronicowy rękopis na początku października w pudłach z dokumentami pozostałymi po zamożnych rodzinach z Odense. Rękopis, najwyraźniej wcześniej nie zauważony, leżał na dnie jednego z pudeł.
Tekst nosi tytuł „Łojówka”. Andersen zadedykował ją wdowie Bunkeflod, która mieszkała naprzeciwko. Baśń opowiada o świeczce, zabrudzonej i porzuconej, ponieważ „świat, który dba tylko o siebie”, obchodził się z nią źle, nie rozumiejąc jej prawdziwej wartości i piękna. Jednak świeczka nie tylko jaśnieje po zapaleniu, lecz pozwala swym prawdziwym przyjaciołom szukać w swoim świetle prawdy. Zapalenie świeczki porównuje Andersen do duchowej wartości małżeństwa.
Zdaniem ekspertów uproszczony styl tej opowieści nie dorównuje dojrzałej elegancji i finezji późniejszych baśni Andersena; dlatego można sądzić, że powstała jeszcze w jego czasach szkolnych. Specjaliści nie mają jednak wątpliwości, że musiała wyjść spod jego pióra.
Znaleziony rękopis jest kopią zaginionego oryginalnego tekstu napisanego przez późniejszego klasyka światowej literatury dziecięcej. Andersen napisał około 160 baśni. Przetłumaczono je na ponad 100 języków.




Poniżej przytaczam baśń w wersji angielskiej :-)
Z duńskiego na angielski przetłumaczył Julian Isherwood
Prawa autorskie dla tego tłumaczenia należą do © Politiken.dk

To Mme Bunkeflod from her devoted H.C. Andersen
The Tallow Candle

It sizzled and fizzled as the flames fired the cauldron... it was the Tallow Candle’s cradle – and out of the warm cradle came a flawless candle; solid, shining white and slim it was formed in a way that made everyone who saw it believe that it was a promise of a bright and radiant future – promises that everyone who looked on believed it would really want to keep and fulfil.

The sheep – a fine little sheep – was the candle’s mother, and the melting pot its father. Its mother had given it a shiny white body and an inkling about life, but from its father it had been given a craving for the flaming fire that would eventually go through its marrow and bone and shine for it in life.

That’s how it was born and had grown; and with the best and brightest anticipation cast itself into existence. There it met so many, many strange creations that it became involved with, wanting to learn about life – and perhaps find the place where it would best fit in. But it had too much faith in the world that only cared about itself, and not at all about the Tallow Candle. A world that failed to understand the value of the candle, and thus tried to use it for its own benefit, holding the candle wrongly; black fingers leaving bigger and bigger blemishes on its pristine white innocence which eventually faded away, completely covered by the dirt of a surrounding world that had come much too close; much closer than the candle could endure, as it had been unable to tell grime from purity – although it remained pristine and unspoiled inside.


False friends found they could not reach its inner self and angrily cast the candle away as useless.

The filthy outer shell kept all the good away – scared as they were to be tainted with grime and blemishes – and they stayed away.

So there was the poor Tallow Candle, solitary and left alone, at a loss at what to do. Rejected by the good, it now realised it had only been a tool to further the wicked. It felt so unbelievably unhappy, because it had spent its life to no good end – in fact it had perhaps sullied the better parts of its surroundings. It just could not determine why it had been created or where it belonged; why it had been put on this earth – perhaps to end up ruining itself and others.

More and more, and deeper and deeper, it contemplated – but the more it considered itself, the more despondent it became, finding nothing good, no real substance for itself, no real goal for the existence it had been given at its birth. As if the grimy cape had also covered its eyes.

But then it met a little flame, a tinder box. It knew the candle better than the Tallow Candle knew itself. The tinder box had such a clear view – straight through the outer shell – and inside it found so much good. It came closer and there was bright expectation in the candle – it lit and its heart melted.

Out burst the flame, like the triumphant torch of a blissful wedding. Light burst out bright and clear all around, bathing the way forward with light for its surroundings – its true friends – who were now able to seek truth in the glow of the candle.

The body too was strong enough to give sustenance to the fiery flame. One drop upon another, like the seeds of a new life, trickled round and chubby down the candle, covering the old grime with their bodies.

They were not just the bodily, but also the spiritual issue of the marriage.

And the Tallow Candle had found its right place in life – and shown that it was a real candle, and went on to shine for many a year, pleasing itself and the other creations around it.

H.C. Andersen

7 komentarzy:

dziurka pisze...

wow!
szkoda, że czytać umiem ale angielskiego nie rozumiem :/

Faledor pisze...

Ojej, pamiętam to wydanie z dzieciństwa! Miło mi sie kojarzy :)

justyna.t pisze...

wieczorem zasiąde i spróbuję sobie przetłumaczyć, bo z tego co piszesz - warto

tabu pisze...

Andersena zawsze uwielbiałam i uwielbiam do dzisiaj.. a to wydanie kupiłam sobie całkiem niedawno... Andersen i jego baśnie to taka moja biblia:)pozdrawiam ciepło

Zacisze wyśnione... pisze...

PS. do postu o odnalezionej baśni Andersena :-)

W "Gazecie Wyborczej" z soboty 22.XII.br. jest artykuł o tej baśni wraz z jej tłumaczeniem. Niestety online jest niedostępny - chyba, że macie opłacony abonament. Polecam! :-)

Alina pisze...

Wychowalam sie na basniach Andersena,a to , o swiecy jest szalenie ciekawe!
Ciesze sie ,ze trafilam tu do Ciebie i moglam przeczytac ten jakze ciekawy post !
Pozdrowienia sle z Florydy !

papiórkowa pisze...

o "moja" książka... zaczytana, z naddarta okładką, z każdą kartką osobno (bo to z lat zamierzchłych wydawnictwo, gdzie klejone bywały książki byle jak...), z odkształconymi kartkami od łez nad losem dziewczynki z zapałkami (bosz... ile łez wylanych nad andersenowskimi baśniami...) muszę koniecznie kupić takie samo wydanie dla Królika... Szkoda, że dopiero teraz trafiłam do Ciebie, ale nic straconego, nadrobię zaległości starannie i z przyjemnością :)