sobota, 31 marca 2012

566. Losowanie nr 52


Na początek dziękuję wszystkim za udział w kolejnym konkursie. Miło mi bardzo, że tu zaglądacie! :-)

Zaraz potem – przepraszam, jeśli kogoś uraziłam swoim stwierdzeniem, że nie ma osoby, który by nie znała już tej książki. Dla nas, ludzi świata książki: księgarzy, wydawców i drukarzy, to taka „oczywista oczywistość” ;-) – to myślenie o niektórych tytułach na rynku księgarskim. Było już tyle wydań tych najsłynniejszych powieści, wciąż są wznawiane, i to przez różnych wydawców, i nadal chętnie kupowane przez kolejnych czytelników, że wydaje się nam, że już w każdym domu w całej Polsce przynajmniej jeden egzemplarz leżakuje ;-) Ale jeśli udało mi się jednak Was zaskoczyć konkursową książką, to bardzo mnie to cieszy i każe wierzyć, że: „Znają – nie znają, ale czytać chcą!”.

Ale już nie marudzę i przechodzę do losowania! Jak widać na załączonej u góry fotce, wylosowałam trzy karteluszki z nickami:

--- Kardamonowa
--- milqin
--- Hordubal

Gratuluję zwycięzcom serdecznie!
Obowiązkowy dopisek: „Poproszę o przesłanie na mój mail [jest u dołu strony] podstawowych danych pocztowych do wysyłki wraz z nickiem - koniecznie! Jak zawsze zapewniam, że Wasze adresy są bezpiecznie – nigdy nikomu ich nie przekazuję, a wykorzystam je jedynie do wysyłki książek z tego konkursu”.




- - - - - - - - -
Boszszsz... Blogger zmienił swój „image” w części edytora. Dobrą godzinę zajęło mi zorientowanie się, co gdzie jest... I jeszcze HTML-a będę się musiała nauczyć... :-/ I po co to komu? Po co zmieniać coś, co dobrze działa? Eh!

piątek, 30 marca 2012

565. Spacer




Zdjęcia © moje :-) Olympus E-510 z krótkim kitem
Wiosna w ogrodzie dendrologicznym w Poznaniu.

poniedziałek, 26 marca 2012

564. Konkurs nr 52


Zaczął się ostatni tydzień marca, zatem najwyższy czas na comiesięczny konkurs! Tym razem to już 52. z kolei zabawa. „Wwąchując” się w koreczek od nowych perfum [możecie je zobaczyć na fotce], które trafiły do mojej w niekontrolowany już sposób rosnącej [a raczej wiecznie modyfikowanej ;-) ] kolekcji, wpadłam na pomysł, by podarować książkę, która swego czasu, gdy tylko się ukazała na rynku księgarskim, wstrząsnęła moim malutkim czytelniczym światem. „Łyknęłam” ją w kilka godzin, nocą, wtulona w fotel, owinięta kocem, z oczami wielkimi jak spodki, zapominając o kubku gorącej aromatycznej kawy z mlekiem na biurku tuż obok... A to mi się nieczęsto zdarza :-) tzn. czytać z takim zafascynowaniem [i zapominać o kawie też ;-D ].

Mowa o Pachnidle Patricka Süskinda. Książce niezwykłej pod wieloma względami. Podejmuje temat, który mnie od zawsze interesował – zapachy, ale oczywiście nie tylko. To książka o ludziach, o ich wielkich pasjach i obsesjach, o dążeniu do celu, o miłości, filozofii, trudach życia, o wielkim świecie, zbrodni, niewinności... i o jeszcze wielu, wielu innych sprawach! A wszystko to napisane wspaniałym językiem! Od tamtego czasu Süskind pozostaje jednym z moich ulubionych autorów, do których często i chętnie wracam. Wciąż żywię nadzieję na kolejne wielkie [choć gabarytowo to często drobne książeczki ;-) a przynajmniej tak było do tej pory...] dzieło tego niemieckiego pisarza. Powieść Pachnidło została z rozmachem sfilmowana, ale nic o filmie nie napiszę, bo widziałam go dopiero ze dwa razy ;-) i wciąż nie mogę sobie wyrobić ostatecznej opinii [choć Toma Tykwera wielbię i, jak do tej pory, oglądałam bezkrytycznie ;-) ].

Ale wróćmy do konkursu... Kto jeszcze książki nie czytał [są w ogóle tacy? ;-) ], albo jej nie ma, a chciałby mieć, proszony jest o wpisy w komentarze pod tym postem. Rozlosuję trzy egzemplarze kieszonkowego wydania w miękkiej oprawce z wydawnictwa Świat Książki. Aby Was zachęcić jeszcze bardziej do udziału w konkursie nr 52, powiem, że każda z trzech wygrywających osób w przesyłce z książką znajdzie trzy samplerki z zapachami z mojej kolekcji. [Wygląda na to, że uwielbiam cyfrę 3 ;-D ].

Zapraszam! Konkurs trwa od teraz do piątku do północy. Losowanie tradycyjnie odbędzie się w sobotę.

niedziela, 25 marca 2012

563. Kino


[poster filmowy]

Znajoma wyciągnęła mnie do kina. Szczerze mówiąc, miałam ochotę przez całą niedzielę nie wyściubiać nosa spod kołdry, ale... Droga E. ma charakter ;-) wie, jak mnie podejść.

W piątek odbyła się polska premiera filmu Martha Macy May Marlene w reżyserii Seana Durkina [według własnego scenariusza]. To dopiero drugi samodzielny film tego reżysera, zatem nie miałam żadnych oczekiwań, nic wcześniej na temat tego filmu nie przeczytałam, żadnych opinii itp. Ale teraz, po kinie, nie wiem, co powiedzieć. Przeszukuję Internet, ciekawa recenzji, bo film zrobił na mnie spore, bardzo dobre wrażenie.

Film został ciepło przyjęty na tegorocznym festiwalu kina niezależnego w Sundance, był też pokazywany w Cannes. To historia młodziutkiej dziewczyny, która uciekła z sekty i schroniła się w letnim domu swojej siostry i jej męża. Historię Marthy [brawurowa rola Elizabeth Olsen, młodszej siostry słynnych bliźniaczek] poznajemy powoli, metodą retrospekcji, gdyż ona sama niewiele mówi, siostrze nie chce, czy też boi się zwierzyć z tego, co przeszła w ostatnich dwóch latach. Okłamuje ją, tłumacząc, że właśnie zerwała z chłopakiem, podczas gdy tak naprawdę żyła przez dwa lata w z pozoru tylko niewinnej komunie kierowanej przez Patricka, farmera o socjopatycznych zaburzeniach osobowości [świetna rola Johna Hawkesa].

Film ma niezwykły klimat, jest „niepokojący”, poza tym - moim zdaniem - to taki film, który trzeba obejrzeć na dużym ekranie z bardzo dobrą akustyką. Każdy dźwięk, każda wydłużająca się cisza ma tu znaczenie. A obrazy, sposób kręcenia... to mistrzostwo warte każdego złota!

Jeśli lubicie kino niespieszne, podejmujące bardzo trudne tematy, to ten film wam się spodoba. Polecam!

sobota, 24 marca 2012

562. Ranny hałas


© Krzysztof Onikijuk. Zdjęcie zapożyczone z portalu onephoto.net

Są takie dni - zaledwie kilka dni w roku, co zależne jest chyba od pogody - kiedy dźwięk wszystkiego dookoła jest jakiś taki spotęgowany. Zwróciliście na to uwagę? Czasem, idąc na przystanek autobusowy wczesnym rankiem, owszem, słyszę hałas jadących ulicą samochodów, to normalne, kiedy się mieszka w mieście, ale niekiedy jest to najprawdziwszy HAŁAS, który aż nie pozwala myśleć! Zwłaszcza wczesnym rankiem jest to zauważalne, później jakby uszy się przyzwyczajały, czy też warunki atmosferyczne się zmieniają [albo zwyczajnie muzyka ze słuchawek zagłusza hałas ;-D ], i ten efekt łagodnieje. Dziś był taki właśnie dzień - szósta rano, lekka mgiełka, jeszcze chłód otulający „tyle co” obudzone ciało [Znacie to? Kiedy ciało jest jeszcze nieco rozgrzane po nocy (tylko bez robaczywych myśli, proszę!), rozleniwione, a tu wiosenny chłód bierze je w posiadanie... ;-) Lubię ten stan...] i ten okropny huk przejeżdżających aut... nie do zniesienia niemal...

Ale, co w tym prozaicznym w gruncie rzeczy zjawisku się pojawiło, to rozśpiewane ptaki, i to wcale nie w tle! Zwyczajnie nic sobie nierobiące z miejskiego hałasu ptaki! Głośno śpiewające i flirtujące wczesnym rankiem... Zadziwiające jest, że te małe stworzonka zupełnie sobie nic nie robią z ludzkiej działalności, prawda? Kiedyś w miastach były tylko wróbelki, rozkrzyczane sroczki i te czarne paskudy ;-) gawrony i inne wronowate. Ale teraz bardzo często śmigają sikorki bogatki, kosy, dzwońce, grubodzioby i inne nieznane mi z nazwy ptaszęta. A gdybym umiała je rozpoznać z ich treli, wymieniłabym tu pewnie kilka i mniej znanych gatunków! ;-) Lubię wiosnę właśnie za tę ranną muzykę - po długich, ciemnych i cichych zimowych dniach to naprawdę piękne i rozweselające zjawisko przyrody. Polecam ranne spacery, takie o piątej czy szóstej rano, kiedy jeszcze senni ludzie w drodze do często nielubianej i męczącej pracy nie jazgoczą o trudach życia... ;-)

niedziela, 18 marca 2012

561. Światełko w tunelu


© Jamie Beck
Dziś jeszcze czarno-białe zdjęcie, ale mam nadzieję, że wiosenne barwy już niedługo zagoszczą i u mnie na blogu...


Powolutku, powoluteńku... będę wracać do żywych. Nie spodziewałam się, że ta moja paranoja vel. depresja do spółki z bezsennością zaatakują tak podstępnie. Kilka błędnych decyzji, parę nieprzespanych nocy i oto jestem na samym dnie... :-/ Nie chce mi się wyściubić nosa spod kołdry, mam problemy z utrzymaniem koncentracji, ba! - nawet z poruszaniem się! Zwykle bywam bardziej odporna, bronię się, dając się porwać jednej z moich pasji, ale tym razem ani książki, ani kino, ani nawet fotografia nie zdołały mnie zaabsorbować na tyle, że zapomniałabym o swoim miałkim, jednostajnym i przewidywalnym życiu... :-/ Beznadziejna, paskudna przypadłość...

Ale dość o smutkach! Zamierzam wraz z wiosną znów zacząć cieszyć się najmniejszymi nawet drobiazgami! Niedzielny dom od rana pusty, zatem mogłam bez stresu i kompleksów zajrzeć do kuchni i przygotować sobie co nieco na pierwszy posiłek. Takie najprostsze czynności, delektowanie się nimi, krok po kroku, potrafią przyprawić mnie o dobry humor i uśmiech na twarzy. Zmieliłam ziarenka kawy, po czym od razu zaparzyłam mocny i gęsty jak smoła napój. Do tego zapieczony w piekarniku dwudniowy czerstwy już chleb z serem i ziołami... Prosto i zwyczajnie, ale jakże pożywnie... :-)

W nadchodzącym tygodniu czeka mnie wyszukanie dobrego technika, który naprawi mój stary aparat na klisze. Nie mam pojęcia, co takiego mu zaszkodziło - nie daje się nawet włączyć mimo nowych baterii. :-/ Mam nadzieję, że wciąż jeszcze są takie miejsca, gdzie analogi się hołubi. :-) Szkoda mi tego aparatu, poza tym w lodówce wciąż leży kilka pudełek Ilforda. Aż żal patrzeć, jak się aparat kurzy...

Jeszcze w marcu zaproponuję wam kolejny konkurs, i jak na wiosnę przystało – do wygrania będzie pogodna, rozluźniająca i niezobowiązująca lekturka. Zapraszam już dziś! :-)