środa, 5 listopada 2014

721. Jesienna chandra?

Ostrzegam: Dziś marudzę, a raczej użalam się nad sobą, zatem – jeśli nie masz ochoty – nie czytaj!


Najważniejsza [chyba] i zapewne największa impreza „książkowa” tego roku już za nami. Mowa oczywiście o krakowskich targach. Niestety, z przyczyn niezależnych ode mnie :-/ dwa dni przed wyjazdem dowiedziałam się, że po raz pierwszy od kilku lat nie będę mogła uczestniczyć w tym radosnym święcie wszystkich miłośników słowa pisanego, czego naprawdę żałuję. Nadrabiam wiedzę o tej imprezie i jej gościach, buszując w necie po blogach książkowych. Z ogromną przyjemnością czytam [i oglądam na zdjęciach], jak wy, czytelnicy, z wypiekami na twarzy i z siatkami puchnącymi od nowych zdobyczy biegacie od stoiska do stoiska, od autora do autora, od wydawcy do wydawcy… itd. To dla nas, ludzi książki, największa nagroda. Wy, czytelnicy, i wasze niegasnące zainteresowanie! Kłaniam się nisko, dziękując! :-)

Pewnie dziwnie brzmią te moje słowa – „Przecież też jesteś czytelnikiem, choć redaktorem”, powiecie – jednak pewne zdarzenie sprzed kilku dni sprawiło, że przeanalizowałam swoje „książkowe” życie i uroniłam łzę... a nawet nie jedną łzę...

Kiedy jeszcze pracowałam w księgarni i miesięcznie czytałam dziesiątki książek [głównie szeroko pojętą literaturę i poezję, gdyż tym działem zwykle się zajmowałam], bardzo często i chętnie dyskutowałam o lekturach z przyjaciółmi i klientami-czytelnikami księgarni, w której pracowałam. Oczywiście czułam, że dużo mi umyka – nikt w końcu nie zdoła przeczytać wszystkich ukazujących się na rynku książek! – ale przynajmniej byłam na bieżąco, śledziłam każdą ukazującą się publikację, nawet jeśli nie udało mi się jej przeczytać, oraz – co chyba najważniejsze – miałam z kim pogadać czy nawet przeanalizować lekturę. Od tamtego czasu minęło: ze dwie dziesiątki lat ;-) , powstała kolejna setka wydawców, a na półki w księgarniach tygodniowo trafia prawdopodobnie z 70% więcej książek niż „za moich czasów”, ale też... zaczęłam pracę w wydawnictwie, co potwornie wręcz wypaczyło moje spojrzenie na literaturę. Niekiedy powtarzam, że chyba nie mogłabym już wrócić do pracy w księgarni, nie umiałabym tak bezwarunkowo polecać książek, nie wspominając już o wyborze tej właściwej lektury spośród zalewu [niestety jakże często miałkich] tytułów...

Dla wielu z was, czytelników, praca w wydawnictwie to marzenie, dla mnie też tak było jeszcze niedawno, ale od pewnego czasu widzę, jak bardzo mnie ta praca zmieniła jako czytelnika, i jestem zła na siebie, że do tego dopuściłam. Nie zliczę, ile stron miesięcznie zawodowo czytam, oceniam, redaguję... to niemożliwe, ale książek dla przyjemności już prawie nie czytuję :-/ a tylko teksty przetłumaczone czy autorskie, które obrabiam w ciszy i skupieniu jako redaktor. Zwykle też, jak jakiś osioł! , chwytam bezwiednie za ołówek i chcę poprawiać literówki czy inne uchybienia, również techniczne, w książce, którą czytam dla przyjemności. Żenada, prawda? :-/ Niestety tak wygląda właśnie życie przeciążonego i wiecznie poganianego redaktora* – często czytając tekst, tylko szukamy błędów, rozkładamy na czynniki pierwsze całe zdania i potem składamy je na nowo, staramy się coś poprawić, by płynnie i zajmująco się czytało historię, bez błędów tłumaczeniowych, logicznych, merytorycznych i przede wszystkim językowych... Sama treść bardzo często schodzi na dalszy plan, a szkoda, prawda? Przecież to właśnie historia, opowieść, intryga... są najważniejsze!

Chciałabym zrzucić to zniechęcenie [czy to już wypalenie zawodowe? :-/ depresja? :-( ] na swój ekstremalny wręcz pracoholizm, dążenie do perfekcjonizmu, albo może na stres, albo też na chwilowy przedtargowy nawał pracy... ale tak nie jest. Mój mózg po prostu się spłaszczył, by użyć obrazowego porównania... :-/ Nie mam pojęcia, kiedy zagubiłam te zdrowe, prawidłowe proporce między pracą a domem, zainteresowaniami, przyjaciółmi... A zrozumiałam to szczególnie dobitnie kilka dni temu, będąc gościem cudownych moich przyjaciół związanych z Antykwariatem [dziękuję serdecznie!!!]. Wieczór w doborowym towarzystwie, przy niesamowitych choć zapomnianych lekturach, przy fantastycznych wspominkach i przy dobrym poczęstunku – marzenie! A ja nie mogłam się opędzić od myśli, że już tu nie pasuję... :-/ Zabrakło mi wiedzy o najnowszej współczesnej literaturze i nowych/starych autorach i książkach, by być równoprawnym i błyskotliwym interlokutorem! Widzę, jak już nie ma we mnie spontaniczności a tylko chłodna, analityczna redakcyjna kalkulacja; brak mi też bystrości, by podążyć za „branżowym dowcipem”... itp. itd. Cóż... kiedy wróciłam do domu późną nocą, lekko otumaniona pysznym winkiem, ryczałam jak bóbr! Co się ze mną stało po drodze? Ktoś czy coś mi zlasowało mózg? Kiedy stałam się taka ponura, nieobyta, nudna...? I czy uda mi się nadrobić lektury ostatnich dwóch dekad? Czy może czas na emeryturę, również umysłową? Zmianę pracy, a może nawet branży? :-/ A może to „tylko” jesienna chandra? Zrób coś, zrób coś, zrób coś... :-/



- - - - - - - - -
* Nie mówię tu o redaktorach inicjujących – ich praca wygląda nieco inaczej: mają za zadanie wyłuskać spośród setek propozycji do wydania tę jedną, wyjątkową, ciekawą historię; rozpoznać – choćby jeszcze nieobrobiony – diament, błyskotliwość i pomysłowość autora, którą warto przedstawić szerszemu gronu czytelników.

PS. zdjęcie z netu - tapetka na desktop. Nie znalazłam autora zdjęcia.

8 komentarzy:

Janola Aleksandra pisze...

Myślę, że to przejściowe... ale też sygnał żeby może spróbować coś zmienić. Wiesz co zgubiłaś, co Ci uciekło i nadal ucieka. Trzeba się przeorganizować...
Pozdrawiam bardzo serdecznie i mam nadzieję, że kolejny post będzie z nutką optymizmu :-)

PAKMA pisze...

Kazdemu zdarzaja sie gorszae dni... a zwlaszcza wtedy, gdy nadchodzi jesien.... Pewnie wkrotce to minie :) Pozdrawiam!!!

niebieskości pisze...

Cóż mogę napisać...Współczuję...
:)oczywiście to minie :)
Pozdrawiam

Terra pisze...

Może przyszedł czas na zmiany? Jeśli masz szansę na inną pracę, to warto się nad tym zastanowić.
Wszystkiego dobrego życzę.

magdalenardo pisze...

Ja myślę, że to przez tę jesienną aurę. Raz ciepło, raz zimno, organizm źle reaguje.
Ty na pewno za kilka dni zauważysz, że wcale z Tobą nie jest tak źle. Teraz zauważasz same minusy, a za kilka dni zauważysz, że plusów jest więcej.

Zawsze też możne sobie wyznać cel np. jedna książka tygodniowo dla czystej przyjemności - z ulubioną herbatą, pod kocem, w izolacji od reszty świata. Może to będzie dla Ciebie jakimś lekarstwem?

Czarne Espresso pisze...

Nie smutaj się. Wygląda na to, że potrzebny Ci urlop, trochę odpoczynku, świeżości, oddechu.

Powodzenia!

weisse_taube pisze...

Takie myśli pojawiają się nie tylko u osób zawodowo związanych z książkami. 'Zwykłym' czytelnikom też zdarzają się momenty takiej smutnej zadumy, że coś im gdzieś uciekło, ich książkowa wiedza jest zbyt wąska na szerokie ramy współczesności.
Osobiście uważam, że nie ma się co smucić - wszystkiego nie da się ogarnąć, tym bardziej biorąc pod uwagę ogrom współczesnego rynku.
Życzę dużo ciepła i uśmiechu na co dzień :)

jm pisze...

Doskonale Cię rozumiem. W lutym dotarło do mnie, że mnie nie ma. Dwa miesiące temu rozstałam się ze swoją redakcją. Zmieniam zawód i wiem, że do wydawnictwa już nie wrócę.
To normalne co przechodzisz. Weź porządny urlop lub l4 i odpocznij. Albo ten stan minie albo poczujesz, że musisz zmienić i zmienisz.
A przede wszystkim nie żałuj, zrobiłaś kawał dobrej roboty:)