sobota, 29 listopada 2014

725. Rozdanie nr 86

Cały tydzień jest tak ponuro-bury, że aż się nie chce wychodzić z domu na spacer... :-/ Właściwie to czekam na śnieg, żeby choć trochę rozweselił te późno jesienne dni. Dobrym pomysłem na rozwianie smutków jest też, jak sądzę ;-) inspirująca lektura [ja akurat czytam Był jazz Karpińskiego, przy okazji słuchając nagrań z dołączonej do książki CD. Polecam!] i kubek gorącej kawy z dodatkiem na przykład likieru... ;-) Pyszności!

Wracajmy jednak do rozdania książkowego nr 86. Jak już widzicie na zdjęciu – przepraszam za jakość, ale jak wspomniałam: mało światełka, by było wyraźniej – książki polecą do:

- - - skok.na.szafe@gmail.com
- - - Anita M
- - - Sylwka S.

Ale, ale... ;-D Tym razem jest jeszcze jeden „zwycięzca” – Grzegorz Szewczuk, który rozbawił mnie wierszykiem wpisanym w komentarze, dlatego postanowiłam zdobyć jeszcze jeden egzemplarz O czym szumią wierzby Kennetha Grahame’a i przyznać nagrodę specjalną właśnie Grzegorzowi. Gratuluję pomysłu! :-)

Oczywiście gratulacje należą się dla wszystkich zwycięzców! Kłaniam się i dziękuję, że do mnie wciąż zaglądacie! :-)

Tradycyjnie już poproszę o podstawowe dane do wysyłki. U dołu strony znajduje się mój adres mailowy [wraz z regulaminem książkowego rozdania], na który poproszę je podesłać. Jednocześnie zapewniam, że nigdy nikomu nie przekazuję adresów swoich Czytelników – wykorzystuję je wyłącznie do wysyłki podarunków z danego konkursu.

A za miesiąc, moi szanowni Czytelnicy, zimowe święta, ale nie tylko – mój blog obchodzić będzie jubileusz – siódmy rok istnienia. Jak co roku w pierwszy dzień świąt odbędzie się zatem konkurs specjalny. Póki co nie zdradzę, co będzie podarunkiem, ale mam nadzieję, że będzie warto czekać... ;-) Zapraszam!

poniedziałek, 24 listopada 2014

724. Konkurs nr 86

Ilustracja autorstwa © Ernesta H. Sheparda.


Zbliża się koniec miesiąca, zatem czas na kolejne rozdanie książkowe. Pomyślałam sobie, że to dobra okazja, by zaproponować coś dla dzieci. Wielkimi już krokami zbliżają się Mikołajki [w Poznaniu lampy w centrum miasta są już przystrojone świątecznymi lampkami - co prawda, nie palą się, ale tradycyjnie już, jak co roku, właśnie w Mikołajki zabłysną jasnym wesołym światłem], więc prezent będzie jak znalazł! A oto, co proponuję*...

Kątem oka – w trawie, za żywopłotem, pod korzeniami drzew, w nadrzecznej norce – można czasem zauważyć niepozorne postacie. Możemy się od nich wiele nauczyć, jeśli tylko potrafimy się z nimi zaprzyjaźnić. Szczur Wodny opowie, jak przyjemnie pływa się łódką, Kret o tym, jak miło jest mieć przytulny dom, Ropuch zaśpiewa o swoich fantazyjnych i niebezpiecznych przygodach, a gdy zabłądzimy, możemy wstąpić do surowego, ale gościnnego pana Borsuka. Kto chce się zapoznać z tymi malutkimi, ale niezwykłymi bohaterami lasów i łąk, niech sobie znajdzie odludne miejsce, usiądzie na trawie i posłucha... o czym szumią wierzby.

Ktoś pamięta te zwariowane, ale i niekiedy wzruszające przygody Ropucha, nie tylko z filmu kukiełkowego stacji BBC? ;-) O czym szumią wierzby autorstwa Kennetha Grahame’a, mówią o przyjaźni i odwadze, potędze marzeń i tajemnicy natury. Są zabawne i wzruszające, pełne nienachalnej mądrości, uczą życzliwości i szacunku dla świata. Wyobraźcie sobie, że minął już ponad wiek od premiery i prawie osiemdziesiąt lat od ukazania się książki po raz pierwszy w Polsce. Wydanie, które proponuję do rozlosowania, to zupełnie nowy przekład ozdobiony klasycznymi kolorowymi ilustracjami Ernesta H. Sheparda, które zachwyciły samego autora. Książka ukazała się w dopieszczonej przez wydawcę spod Poznania serii klasyki [dla zainteresowanych: warto zobaczyć, co jeszcze proponują; seria ma charakterystyczne złocone ramki w tytułach na okładce], jest w twardej zdobionej oprawie, z mapą na wyklejce. Piękna książka w sam raz na prezent ;-)

Sponsorem jestem ja ;-) Mam do rozdania trzy egzemplarze tej nieśmiertelnej książki. Zapraszam chętnych do wpisywania się w komentarze pod tym postem. Zabawa trwa do piątkowej północy, w sobotę „rozwiązanie”! ;-)

- - - - - - - - -
* Tekst reklamowy [zaznaczony w poście kursywą] za stroną polskiego wydawcy.

niedziela, 23 listopada 2014

723. Wystawa zdjęć Ernsta Stewnera

Wczoraj wybrałam się na wystawę, która kusiła mnie od kilku już dni. W różnych częściach miasta widziałam intrygujące jednobarwne plakaty, a na nich pegaza na czubku Teatru Wielkiego w Poznaniu, zachęcające do odwiedzenia szczególnej wystawy fotografii w Zamku Cesarskim. Dzięki mojemu Tacie od małego dziecka jestem wielką miłośniczką fotografii – i to zarówno samego twórczego procesu robienia zdjęć, kadrowania, techniki, czy też czystej radości „strzelania” zdjęć, potem ich wywoływania w ciemni [ach, te zapachy! ta czerwona żarówka... teraz oczywiście tego już nie doświadczam – robię zdjęcia cyfrowo ;-) ], aż po odwiedzanie wystaw czy maniackie wręcz oglądanie albumów wszelakich. Sama jestem w tym marna, to znaczy w robieniu zdjęć – jestem niecierpliwa, za szybka, trzęsą mi się ręce [zwłaszcza gdybym miała zrobić portret – tego zwyczajnie nie umiem, jestem zbyt zawstydzona, by robić zdjęcia ludziom...], nie mam wyrobionego tak zwanego „oka” ani wyuczonych technik, ale... nie zraża mnie to ;-) i wciąż próbuję, a takie wystawy, jak prezentacja twórczości niemieckiego fotografa Ernsta Stewnera, na nowo rozbudza we mnie chęć do natychmiastowego chwycenia aparatu i wybrania się w plener.

Projekt „Ernst Stewner – niemiecki fotograf Polski” ma na celu prezentację dorobku znakomitego niemieckiego fotografa, mieszkańca Poznania, pracującego w międzywojennej i okupacyjnej Polsce. Jego odnaleziony i przekazany do publicznej kolekcji zbiór, liczący blisko 2000 negatywów, przedstawia widoki polskich miast i krajobrazów, a także portrety ludności wiejskiej z różnych rejonów krajów, stanowiąc unikatowy pod względem artystycznym, ale także historycznym i społecznym dokument. Zachowane fotografie Stewnera, które cechuje mistrzostwo wykonania, często prezentują miejsca już nieistniejące, albo nieodwracalnie zmienione przez działania II wojny światowej lub wydarzenia powojenne i są tym samym bezcennym źródłem wiedzy o ich dawnym wyglądzie i charakterze. Projekt składa się z wystawy fotografii i albumu prezentujących twórczość Stewnera, a także cyklu działań edukacyjnych, propagujących tradycję fotografii oraz wspólnego, polskiego i niemieckiego, dziedzictwa w postaci dorobku artysty.

Projekt pod patronatem honorowym: Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ambasadora Republiki Federalnej Niemiec oraz Prezydenta Miasta Poznania.


To krótka notka z mediów* zachęcająca do odwiedzenia wystawy [i uczestnictwa w wydarzeniach dodatkowych, jak konkurs fotograficzny dla młodzieży uczącej się, warsztaty fotograficzne, wykłady specjalistów, którzy przybliżą postać Stewnera oraz technikę fotografii], na której prezentowany jest wybór fotografii ze znacznie większej, odnalezionej i przekazanej do Instytutu im. Herdera w Marburgu kolekcji Ernsta Stewnera, niemieckiego fotografa, który mieszkał i pracował w Poznaniu. Jego studio [a właściwie to całe „przedsiębiorstwo”, sądząc ze zdjęć wprowadzających] znajdowało się z pięknej kamienicy w samym centrum miasta, na placu Wolności.

Zbiór negatywów Ernsta Stewnera został odkryty wiosną 2010 roku w Berlinie w prywatnym archiwum córki artysty, Uty Perrey. Materiały te zostały wywiezione przez rodzinę z Poznania najprawdopodobniej pod koniec 1944 roku lub na początku 1945, w obawie przed zbliżającą się Armią Radziecką. Znajdowały się w prywatnym archiwum rodzinnym i nigdy nie były udostępniane. Dzięki współpracy pomiędzy rodziną Ernsta Stewnera, Instytutem im. Herdera w Marburgu i Centrum Kultury ZAMEK w Poznaniu zbiór ten został opracowany i po raz pierwszy upubliczniony w formie wystawy.

Ernst Stewner (1907-1996) urodził się na Wołyniu, był niemieckiego pochodzenia. Zdecydował się na życie w międzywojennej Polsce, aktywnie uczestnicząc w polskim życiu artystycznym. Koniec wojny zmusił go do opuszczenia Polski i wyjazdu do Niemiec. Stopniowo wycofywał się z życia fotograficznego, a jego dorobek artystyczny uległ zapomnieniu. A to wielka szkoda, bo wrażenia, jakie robią te fotografie, warte są bardzo dużo. Przy niejednym zdjęciu emocje brały górę, na niektóre mogłabym patrzeć godzinami, a gdybym zamknęła oczy, usłyszałabym zapewne szum wiatru pośród kłosów, pobrzękiwanie dzwonków u szyi krów, beczenie owiec, czy specyficzny dźwięk kosy ścinającej zboże... Bilet na wystawę kosztuje zaledwie osiem złotych, ale te wszystkie emocje, jakich doznałam w ciągu około godziny [„powolna” jestem ;-) ] zwiedzania dwóch sal w Zamku, warte są miliony. Zapewniam! I polecam uwadze! ;-) Wystawa pierwotnie miała trwać do 14 grudnia, ale – jak dowiedziałam się w informacji od przemiłej pani, u której... ekhm.. wydałam pieniądze ;-) na absolutnie piękny album prezentujący postać i twórczość Ernsta Stewnera – można będzie ją oglądać do końca roku.


- - - - - - - - - - - - - - - -
* Tekst za fwpn.org.pl, zdjęcia autorstwa © Ernsta Stewnera.

niedziela, 9 listopada 2014

722. Nowe Zoo w Poznaniu

Zdjęcia moje :-) Olympus e-510 z krótkim kitem.


Mimo rosnącego od kilku dni i coraz silniejszego bólu kręgosłupa postanowiłam wczoraj wybrać się na przechadzkę po Nowym Zoo w Poznaniu. Myślałam „klin klinem” – ból przejdzie jak rozchodzę, ale teraz już wiem, że to tylko takie powiedzonko... ;-) Boli jak bolało... :-/ Ale nie o tym ma być ta notatka!

Jestem już stara baba ;-) ale w Nowym Zoo w Poznaniu jeszcze nie byłam. Nie wiem, szczerze mówiąc, jaka jest tego przyczyna. Czy chodzi o niezbyt komfortowy dla mnie widok zwierzaków w klatkach? Okazało się, że to nie do końca prawda, że nie wszystkie zwierzęta muszą być trzymane w klatkach. O zapach? ...którego tak naprawdę wcale nie odczuwałam jako niewygodę. No nie wiem, nie wiem... Ostatecznie podobało mi się, mimo tego, że co chwilę musiałam przysiadać na ławeczkach, by dać odsapnąć kręgosłupowi i drętwiejącym nogom.

Część zwierząt została już przeniesiona do ocieplanych budynków na okres zimowy, część pomieszczeń, np. ekspozycja motyli, były nieczynne, ale wiele zwierzaków wciąż hasało po wybiegach. Zaskoczyło mnie, jak dużo zwierząt nawet nie jest odgrodzonych siatkami – czy te małe słodkie surykatki nie uciekają?! ;-) – a jak inne mają tego miejsca zdecydowanie za mało, na przykład orłosępy. Oczywiście, ogromne wrażenie zrobiły na mnie „słoniarnia” i tuż obok wybiegi dla słoni i wielbłądów. Oczarowały mnie różowe flamingi i skupisko czerwonodziobych bocianów, zasmucił [choć pewnie nie powinien, bo ma i przestrzeń, i miejsce do spania - tak zwany azyl] widok przytulonego do drzewa kiwającego się niedźwiedzia brunatnego, zaintrygowały kapibary i tapiry, pogoniły mnie radośnie bernikle i gęsi... itp. itd. ;-) Pięknie spędzony dzień. Polecam uwadze, zwłaszcza, że od 01 listopada do końca lutego bilety do zoo są znacznie tańsze jak w sezonie, a w cenie jest też przejazd specjalną „kolejką”!

środa, 5 listopada 2014

721. Jesienna chandra?

Ostrzegam: Dziś marudzę, a raczej użalam się nad sobą, zatem – jeśli nie masz ochoty – nie czytaj!


Najważniejsza [chyba] i zapewne największa impreza „książkowa” tego roku już za nami. Mowa oczywiście o krakowskich targach. Niestety, z przyczyn niezależnych ode mnie :-/ dwa dni przed wyjazdem dowiedziałam się, że po raz pierwszy od kilku lat nie będę mogła uczestniczyć w tym radosnym święcie wszystkich miłośników słowa pisanego, czego naprawdę żałuję. Nadrabiam wiedzę o tej imprezie i jej gościach, buszując w necie po blogach książkowych. Z ogromną przyjemnością czytam [i oglądam na zdjęciach], jak wy, czytelnicy, z wypiekami na twarzy i z siatkami puchnącymi od nowych zdobyczy biegacie od stoiska do stoiska, od autora do autora, od wydawcy do wydawcy… itd. To dla nas, ludzi książki, największa nagroda. Wy, czytelnicy, i wasze niegasnące zainteresowanie! Kłaniam się nisko, dziękując! :-)

Pewnie dziwnie brzmią te moje słowa – „Przecież też jesteś czytelnikiem, choć redaktorem”, powiecie – jednak pewne zdarzenie sprzed kilku dni sprawiło, że przeanalizowałam swoje „książkowe” życie i uroniłam łzę... a nawet nie jedną łzę...

Kiedy jeszcze pracowałam w księgarni i miesięcznie czytałam dziesiątki książek [głównie szeroko pojętą literaturę i poezję, gdyż tym działem zwykle się zajmowałam], bardzo często i chętnie dyskutowałam o lekturach z przyjaciółmi i klientami-czytelnikami księgarni, w której pracowałam. Oczywiście czułam, że dużo mi umyka – nikt w końcu nie zdoła przeczytać wszystkich ukazujących się na rynku książek! – ale przynajmniej byłam na bieżąco, śledziłam każdą ukazującą się publikację, nawet jeśli nie udało mi się jej przeczytać, oraz – co chyba najważniejsze – miałam z kim pogadać czy nawet przeanalizować lekturę. Od tamtego czasu minęło: ze dwie dziesiątki lat ;-) , powstała kolejna setka wydawców, a na półki w księgarniach tygodniowo trafia prawdopodobnie z 70% więcej książek niż „za moich czasów”, ale też... zaczęłam pracę w wydawnictwie, co potwornie wręcz wypaczyło moje spojrzenie na literaturę. Niekiedy powtarzam, że chyba nie mogłabym już wrócić do pracy w księgarni, nie umiałabym tak bezwarunkowo polecać książek, nie wspominając już o wyborze tej właściwej lektury spośród zalewu [niestety jakże często miałkich] tytułów...

Dla wielu z was, czytelników, praca w wydawnictwie to marzenie, dla mnie też tak było jeszcze niedawno, ale od pewnego czasu widzę, jak bardzo mnie ta praca zmieniła jako czytelnika, i jestem zła na siebie, że do tego dopuściłam. Nie zliczę, ile stron miesięcznie zawodowo czytam, oceniam, redaguję... to niemożliwe, ale książek dla przyjemności już prawie nie czytuję :-/ a tylko teksty przetłumaczone czy autorskie, które obrabiam w ciszy i skupieniu jako redaktor. Zwykle też, jak jakiś osioł! , chwytam bezwiednie za ołówek i chcę poprawiać literówki czy inne uchybienia, również techniczne, w książce, którą czytam dla przyjemności. Żenada, prawda? :-/ Niestety tak wygląda właśnie życie przeciążonego i wiecznie poganianego redaktora* – często czytając tekst, tylko szukamy błędów, rozkładamy na czynniki pierwsze całe zdania i potem składamy je na nowo, staramy się coś poprawić, by płynnie i zajmująco się czytało historię, bez błędów tłumaczeniowych, logicznych, merytorycznych i przede wszystkim językowych... Sama treść bardzo często schodzi na dalszy plan, a szkoda, prawda? Przecież to właśnie historia, opowieść, intryga... są najważniejsze!

Chciałabym zrzucić to zniechęcenie [czy to już wypalenie zawodowe? :-/ depresja? :-( ] na swój ekstremalny wręcz pracoholizm, dążenie do perfekcjonizmu, albo może na stres, albo też na chwilowy przedtargowy nawał pracy... ale tak nie jest. Mój mózg po prostu się spłaszczył, by użyć obrazowego porównania... :-/ Nie mam pojęcia, kiedy zagubiłam te zdrowe, prawidłowe proporce między pracą a domem, zainteresowaniami, przyjaciółmi... A zrozumiałam to szczególnie dobitnie kilka dni temu, będąc gościem cudownych moich przyjaciół związanych z Antykwariatem [dziękuję serdecznie!!!]. Wieczór w doborowym towarzystwie, przy niesamowitych choć zapomnianych lekturach, przy fantastycznych wspominkach i przy dobrym poczęstunku – marzenie! A ja nie mogłam się opędzić od myśli, że już tu nie pasuję... :-/ Zabrakło mi wiedzy o najnowszej współczesnej literaturze i nowych/starych autorach i książkach, by być równoprawnym i błyskotliwym interlokutorem! Widzę, jak już nie ma we mnie spontaniczności a tylko chłodna, analityczna redakcyjna kalkulacja; brak mi też bystrości, by podążyć za „branżowym dowcipem”... itp. itd. Cóż... kiedy wróciłam do domu późną nocą, lekko otumaniona pysznym winkiem, ryczałam jak bóbr! Co się ze mną stało po drodze? Ktoś czy coś mi zlasowało mózg? Kiedy stałam się taka ponura, nieobyta, nudna...? I czy uda mi się nadrobić lektury ostatnich dwóch dekad? Czy może czas na emeryturę, również umysłową? Zmianę pracy, a może nawet branży? :-/ A może to „tylko” jesienna chandra? Zrób coś, zrób coś, zrób coś... :-/



- - - - - - - - -
* Nie mówię tu o redaktorach inicjujących – ich praca wygląda nieco inaczej: mają za zadanie wyłuskać spośród setek propozycji do wydania tę jedną, wyjątkową, ciekawą historię; rozpoznać – choćby jeszcze nieobrobiony – diament, błyskotliwość i pomysłowość autora, którą warto przedstawić szerszemu gronu czytelników.

PS. zdjęcie z netu - tapetka na desktop. Nie znalazłam autora zdjęcia.