sobota, 11 kwietnia 2015

743. Foch!

Od psa: „O co ci, babo, chodzi? Wrzodów się tylko nabawisz od takiego myślenia! Lepiej chodź ze mną na spacer!”. I ma rację! ;-D

Dawno nie marudziłam tutaj, na blogu ;-D może dziś sobie ponarzekam zatem. „A splawy są dfie...” – jak mawia wnusia mojej przyjaciółki, lat cztery ;-)

***

Punkt pierwszy: Czy oglądacie polskie kino? Nie chodzi mi dziś o seriale w TV, ale o te filmy długometrażowe, które czasem pokazują w kinie, a czasem od razu w TV? Bo ja już od pewnego czasu prawie że nie. Wiem, wiem, larum się podniesie, bo jak tak można, nie wspierać polskich produkcji?! To kultura, to dziedzictwo narodowe... itp. itd. Ano tak to niestety jest, a przynajmniej w moim przypadku, i to mimo moich szczerych chęci, bo kino kocham niemal tak samo jak książki. A dlaczego nie oglądam polskiego kina? Bo nic nie rozumiem! :-( I nie, nie chodzi o fabułę, bo bezdźwięcznie obrazki też mogą ją opowiedzieć, ale o badziewne udźwiękowienie filmów. Ja po prostu nic a nic nie rozumiem z tego, co ci aktorzy mówią. Nic, kompletnie, nic! A przecież jestem Polką, na dodatek na co dzień zajmuję się językiem polskim, zatem to mój podstawowy język. No i to przecież znani i lubiani aktorzy po szkołach – z dykcją, z umiejętnościami... Ale to jakiś koszmar współczesnego polskiego kina jest [mówię o ostatnich mniej więcej pięciu, dziesięciu latach]! Próbowałam obejrzeć kilka ważnych filmów ostatnich lat – z oczywistych względów pomijam polskie „komedie”, o tym nawet nie chce mi się pisać czy myśleć :-/ – wraz z przyjaciółmi na wieczorku filmowym. Zaczęliśmy od „Obławy” – i tu jeszcze nie było tak źle, ale i tak zaczęliśmy się ciut irytować, jak musieliśmy podkręcać głośność, żeby w ogóle wyłapać głosy aktorów. Potem było „Pokłosie”. I tu już całkowita porażka – po piętnastu minutach się „wyłączyłam” z oglądania, bo z dialogów niewiele rozumiałam. Potem była „Ida” – i tu brawa, i film mi się podobał, i aktorzy, i dźwiękowo było super [nasza teoria: reżyser „nie z Polski”, więc pewnie zna tę wielką tajemnicę, jak udźwiękowić film właściwie ;-) ]. I na koniec – po odrzuceniu kilku innych „wielkich” filmów ostatnich lat – wybraliśmy najnowszy ponoć hit, wielce reklamowany, że „trzeba” a nawet „musimy” go znać: „Służby specjalne”. I co? I nico! :-( Dziesięć minut i jednogłośnie wyłączyliśmy film, bo nikt nic nie rozumiał z dialogów. No kurtka jasna! Dlaczego tak jest? :-/ Na pocieszenie zamierzam we wtorek zakupić „GW” z dodatkiem filmu – remasterowaną wersję „Potopu”. Widziałam milion razy ;-) ale milion pierwszy też z chęcią obejrzę! ;-D

***

I punkt drugi, żywotnie związany z moją branżą: krótki artykuł z dzisiejszego wydania „GW” pt. „Książka woła o pomoc. Z rynku znikną setki księgarń?”. Nie przeczę, że to wręcz paląca sprawa w Polsce – spadające czytelnictwo [ale czy na pewno? zanalizujmy wzrost czytelników w bibliotekach!]; gro czytelnicze, które kurczy się [ale czy na pewno?] z powodu choćby atrakcyjności i samego wielkiego wyboru rozrywki, takich jak: filmy, ogrom produkcji serialowych i liczne programy rozrywkowe w TV, gry komputerowe, Internet, portale społecznościowe, moda choćby na sport i zorganizowane imprezy plenerowe... [ale czy to źle? każda rozrywka chce mieć jak najwięcej odbiorców]; albo nie sięganie po książki choćby z powodu samego stresu życia w obecnych czasach, kombinacji, jak przeżyć od do... :-/; coraz mniej kupujących [ale czy na pewno chodzi o cenę jednostkową książki? a może wpływ na słupki sprzedażowe ma to, co nam wydawcy „podają” do czytania?], coraz słabsze i tematycznie, i pod względem przygotowania [ale dlaczego?] książki... Cierpią wydawcy, cierpią księgarnie, cierpią i sami czytelnicy... Koło się zamyka.

Z tym ostatnim punktem – jakością – niestety muszę się zgodzić: tempo szykowania tekstów do druku z około roku, a nawet i dwóch, zamieniło się w dwa, trzy miesiące, a w przypadku potencjalnych hitów nawet w tygodnie! Jakim cudem można dobrze uszykować tekst w dwa tygodnie?! Statystyczne trzysta stron przeczytać, zredagować merytorycznie i językowo, złamać z grafikiem i przygotować choćby jedną korektę? No jak?! To nie-mo-żli-we! Ale „wydawcy” o tym „zapominają”, bo przecież z góry ustalona premiera w salonie, bo szybki zwrot kosztów licencji, bo w ogóle kasa jest najważniejsza! Nie łudźcie się, drodzy Czytelnicy, że to Wy i Wasza wrażliwość jesteście najważniejsi w procesie przygotowawczym. Teraz nikt, nawet gdyby bardzo bardzo chciał, raczej nie odważy się powiedzieć: „Przeczytajmy i poprawmy tekst jeszcze raz, żeby Czytelnicy dostali od nas wszystko co najlepsze”, a to z obawy przed utratą tejże pracy, a to z obawy przed gniewem właścicieli wydawnictw, którzy nie zarabiają na „nadmiernie długo” przygotowywanych tekstach [doświadczyłam tego w poprzedniej firmie, gdy usłyszałam nie jeden raz: „A bo pani myśli o czytelnikach, a tu sprzedaż jest najważniejsza!”], a to z obawy na horrendalne kary za spóźnienie z dostawą książek do salonów na z góry ustaloną datę promocji. Oj, nie, nie! I to już od bardzo dawna :-/ Ale jakość to na pewno nie jest problem ostatnich lat, jak sugeruje jeden z „ekspertów” w artykule w „GW” – to raczej lawinowo ostatnio rośnie, ale trwa to już od lat 90. XX wieku, kiedy to nastąpił ogromny wzrost wydawania literatury i w ogóle wzrost liczby wydawców. To były czasy szybkiego wydawania książek – bo rynek był złakniony „amerykanizmów”, literatury klasy B, której wcześniej nie wydawano w Polsce, a przynajmniej w znikomym procencie. Ucierpiała m.in. jakość. Moim zdaniem to trwa od bardzo dawna, a wpływ ma na to bardzo wiele czynników, na które i tak nikt tam u góry nie zwraca uwagi. To mocno złożona sprawa :-/ a ponoć „głupi naród jest łatwy do rządzenia” :-/

Tak sobie myślę, że kultura ogólnie, słownikowo rozumiana obecnie już nie istnieje w obrazie Polski jako ważna i wiodąca; teraz to sprawa niszowa, a nawet bym powiedziała: bardzo niszowa. Jeśli chodzi o książki to prawie że nikt [no może przesadzam, ale taki dziś mnie wziął foch na wydawców] już poprzez nie nie wzbogaca duchowo Polaków, nie kreuje trendów czytelniczych, nie uczy... Teraz to czysta – pardon za wyrażenie – ale ogłupiająca rozrywka, vide Keri Smith itp. choćby celebryckie premiery. No ja tego nie jarzę już w ogóle :-/ Najprościej powiedzieć: czas umierać, bo co jest ważne teraz w „literaturze”? Prostota, rozrywka, skróty myślowe, obrazki i tylko obrazki, minimum tekstu, emotikony... Wiem, wiem, będę powtarzać, że obojętnie co się czyta, ważne że w ogóle się czyta... Same sprzeczności dziś piszę... :-/ Świat idzie do przodu, nowe nadchodzi i wypiera stare, a wydawcy muszą się dostosowywać, co niekoniecznie może się podobać starym wygom ;-) Jeszcze jeden cytat z artykułu: „Liczba nowych tytułów rośnie z roku na rok. Ale nie oszukujmy się, co najmniej jedną trzecią tego stanowi »radosna twórczość«, pozycje, które kiedyś lądowały w szufladzie lub w koszu. Dziś każdy sam może być wydawcą. Te publikacje zasilają oficjalne statystyki Biblioteki Narodowej, ale nie trafiają do czytelniczego obiegu, ukazują się w minimalnych nakładach, jedynie ku uciesze ich autorów”.

Właściwie, to po jakiego grzyba ja to piszę, czy to w ogóle ktoś przeczyta? ;-D Ktoś ze sławnych literatów powiedział, że nikt już nie czyta tekstów dłuższych niż jeden akapit, a i tak trzeba użyć najprostszych słów, do tego poprzeć ów akapit obrazkami, by w ogóle ludzie to zrozumieli. Przykre? Ano przykre :-/ Sama po sobie widzę pewną zmianę, choćby jak obecnie „czytam” ulubione gazety. Kiedyś, dawno już temu, „Forum” nosiłam cały tydzień w torbie, codziennie czytałam jeden artykuł, analizowałam, wzbogacałam wiedzę o dodatkowe artykuły z Internetu czy wypożyczane książki z biblioteki. A teraz? Dziesięć minut zajmuje mi przejrzenie gazety, a potem może sięgnę po dwa, może trzy artykuły, które mnie zainteresowały. To straszne co się z nami dzieje :-/ Stajemy się odbiorcami ruchomych obrazków, teksty nas zwyczajnie przerastają. Gdzie leży wina? Czy to nie ma również związku z reformą szkolnictwa, które niszczy indywidualizm, z doborem lektur, przymusem ich czytania, z ogromnym wyborem mediów, z bombardującymi nas obrazami, dźwiękami, które zagłuszają, a wręcz niszczą wrażliwość czytelniczą, skupienie, dokładność, radość z poznawania? Beznadziejnie to jest... :-/ Głowa mi paruje od myślenia :-/

***

Eh! I właściwie to po co ja marudzę? :-/ Świat się zmienia i takie marudzenie nic nie da. Szkoda nerwów, trzeba się dopasować, a wręcz może przebranżowić, najlepiej na jakieś nowe technologie, jak mawia siostra, żeby nie zostać na lodzie, gdy kolejne wydawnictwa zwiną żagle... Serce mi pęknie, gdy będę musiała zrezygnować z książek, ale chyba czas na to, prawda? :-/ „Żabi foch” niech posłuży za podsumowanie tego mojego sobotniego bredzenia ;-)

12 komentarzy:

Krycha pisze...

o to,to,to!Ja też nic nie słyszę i już myślałam,że trzeba zbadać słuch."służby Specjalne"z taką obsadą a niestety nic nie można zrozumieć.Gdybym z tymi aktorami nie oglądała innych filmów to pomyślałabym ,że tak niewyraźnie mówią jak pani Walach ,która chyba na zajęcia z wymowy i dykcji nie chodziła.I koniec jak mawia mój 2 letni wnuk.

Promyk pisze...

Doczytałam do końca ( a co! ) i wstrząsnęło mnną jedno z ostatnich zdań : czas na rezygnację z książek? ! Never!;)

ewarub pisze...

Niestety... Ja pracowałam jako redaktor techniczny oraz przygotowywałam różne wydawnictwa do druku na komputerze (skład, łamanie, impozycja). Książki szef olewał najbardziej... ;-(

Anita M pisze...

Przeczytałam wszystko i przeraża mnie coraz bardziej fakt, że pogoń za pieniądzem niszczy wszelkie wartości w tak wielu dziedzinach życia. Aż trudno ogarnąć dokąd to wszystko zmierza. Mnie również głowa pulsuje...

Sayuri San pisze...

Ja za to nie rozumiem połowy z dubingowanych polskich bajek :/ głos i piosenki są podkładane tak niewyraźnie, że często muszę cofać i przykładać ucho do głośnika ;)

kasiaparkview pisze...

Zgadzam się w większości.

aeljot pisze...

Książki mają teraz ceny wysokie, ja dla mnie za wysokie. I jak sama wspomniałaś już jakoś nie ten poziom, może zbyt mało ambitne...Z baaardzo dawnych czasów pamiętam Musierowicz, którą miałam i czytałam wiele razy. Innych podobnych książek było wiele, wartych kupienie dlatego, że można było je czytać wiele razy ciągle się nimi po prostu delektując.

Elenoir pisze...

Obejrzałam, przypadkiem, pierwszy odcinek "Służb specjalnych" i też miałam problem ze zrozumieniem niektórych dialogów, ale to właściwie mała strata, bo mi się ten serial wcale nie spodobał. Oglądam sporo brytyjskich czy amerykańskich i niestety polskie są od tamtych znacznie gorsze - nie tylko pod względem technicznym. I nie da się tego usprawiedliwić tylko mniejszym budżetem.

Pomysł zamrożenia cen nowości książkowych na rok od premiery uważam w naszych warunkach za absurdalny. I myślę, że na dłuższą metę to się nikomu nie opłaci.

coco.nut pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
coco.nut pisze...

1. przeczytałam całość. i chyba zrozumiałam wszystko również ;)
2. udźwiękowienie polskich filmów irytuje mnie od dawna i z zasaday nie oglądam. ale mąż mnie namówił ostatnio na "bogowie" i nie żałuję, a nawet polecam się przemóc!
3. ja absolutnie nie zrezygnuję z czytania, choć czasem czytam e-booki, korzystam z biblioteki, a jeśli kupuję to najczęściej przez internet z odbiorem stacjonarnym, bo książka potrafi być o 10zł tańsza...
4. tłumaczenia są ostatnio fatalne i często w związku z tym czytam w oryginale. w książkach dla dzieci razi to jednak niesłychanie, bo tekstu tam przecież niewiele, a nieraz toporne toto, że brrr ;)
5. redakcja niejednokrotnie pozostawia tak wiele do życzenia, że nawet takiemu przeciętnie orientującemu się we wszystkim zjadaczowi chleba jeży się włos na głowie :/
6. że o błędach w składni i powtórzeniach tylko wspomnę :(
7. a ZNAK wydaje Katarzynę Michalak.

no i cóż, nic nie poradzimy... będziemy dalej czytać, bo nie bardzo umiem sobie wyobrazić życie bez czytania...

aeljot pisze...

Ech pośpiech i tyle - chodziło mi o Siesicką ;)

bestyjeczka pisze...

Z wszystkich rozrywek zostało nam z mężem właśnie czytanie - z tego nie zrezygnujemy. Książki drogie, owszem, ale biblioteka dostępna i z całkiem sporym zapasem nowości. Niestety muszę stwierdzić, że lubię raczej lekką literaturę - kryminały. Rzadko czytam coś ambitniejszego, bo jak wieczorem coś takiego sobie zapodam, to zasypiam z twarzą na książce po 2 stronach. Czas na lekturę prze dwójce dzieci to dobro luksusowe.