poniedziałek, 13 kwietnia 2015

744. Rykoszetem ;-)

Ilustracja: Edward Gorey, hasło: Frank Zappa [?].

Ożeż! Chyba zostałam źle zrozumiana! Nie zamierzam przestać czytać książek w ogóle!!! Nigdy przenigdy! ;-) Zresztą... to tak w ogóle można? ;-D Nie wyobrażam sobie życia bez lektury – obojętnie jakiej, dobrej powieści obyczajowej czy psychologicznej, bez dramatu, komedii... bez klasyki, awangardy, kryminału, humoreski, romansu, sf... bez bajek, bez wierszyków dla dzieci i poważnej poezji dla dorosłych... bez eseistyki, bez ciekawych felietonów czy reportaży... i również bez tytułów popularnonaukowych, poradników... i czego tam jeszcze, co pominęłam. Po prostu nie, i koniec kropka. ;-) Od zawsze zresztą powtarzam – obojętnie co ktoś czyta, ważne że w ogóle czyta!

Co innego nie czytanie w ogóle... :-/ Nie pamiętam dokładnie kiedy to było, ale na pewno pod koniec lat 90. lub zaraz na początku XXI wieku [ależ to brzmi ;-) ], gdy po raz pierwszy obejrzałam w niemieckiej stacji TV spot – rządową akcję społeczną* na temat wtórnego analfabetyzmu wśród osób dorosłych. Historia była taka: przy stoliku w kafejce siedzą dwie eleganckie młode dziewczyny. Jedna z nich chwali się, że dostała list od adoratora. Druga, podekscytowana i bardzo ciekawa szczegółów, prosi, by przyjaciółka go przeczytała. Ta natomiast podaje jej list, mówiąc: „Sama przeczytaj”. Zaczyna się drobne przekomarzanie, bo jak to tak: przecież nie wypada komuś obcemu czytać czyjegoś listu, no przeczytaj, nie krępuj się, nie, nie, ty to zrób... itp. itd. Na co ostatecznie dziewczę z listem, przyparte do muru, przyznaje się, że nie umie go przeczytać. Zonk... :-/ Obowiązek szkolny jest w Europie wszędzie, jeśli się nie mylę, ale jak widać – jak się nie ćwiczy, to się zapomina :-/ Dlatego, jak sądzę, nie jest to „rodzący się” w Polsce problem, to nieczytanie w ogóle i rodzima „mglista” wizja wtórnego analfabetyzmu pośród osób dorosłych, którzy – według statystyk – nawet jednej książki rocznie nie czytają. To już wcześniej zauważono w innych państwach europejskich [i nie tylko]. Przerażające jest, że ta sytuacja się u nas tak bardzo szybko pogłębia, i że za chwilę i u nas będą takie przypadki, jak ten opisany w kafejce [jeśli już nie są, tylko się o nich zwyczajnie nie mówi] – że ktoś dorosły nie będzie umiał nawet wydukać życzeń z kartki świątecznej! :-/ I że nikt [myślę o jakimś rządowym projekcie ratowania czytelnictwa w Polsce], albo prawie nikt na ten stan rzeczy nie reaguje :-(

A wracając do wczorajszego postu i mojej – prawie że podjętej ;-) – decyzji. Po prostu po ponad ćwierćwieczu pracy z książką: w księgarniach i w wydawnictwach... polecania, promowania, sprzedawania, recenzowania... redagowania tekstów i szykowania ich do druku itp. itd. dopadła mnie frustracja i zaświtała myśl, że może warto to zmienić i zacząć się cieszyć [wyselekcjonowaną ;-) ] lekturą, jak za czasów dziecięcych, szkolnych i księgarnianych... obojętnie jaka by była, a nie tylko – jak ostatnio – poprawiać, poprawiać, poprawiać... ;-) a że są błędy w książkach, no ba! Samo życie! ;-) Chociaż z drugiej strony nie wiem, czy nie jest już za późno na podejmowanie takich decyzji... Pamiętam [z czasów księgarnianych i z czasów, gdy sama byłam jedynie czytelniczką], że czytelnik, odbiorca finalny, nie widzi nawet połowy omyłek i błędów w książkach, jakie popełniają i autorzy, i redaktorzy – czytelnik zwraca uwagę na akcję, na zajmującą historię, na logikę tekstu, a literówki, czy błędy poprawnej polszczyzny gdzieś w trakcie radości czytania po prostu się rozpływają. I to jest, wybaczcie drodzy uważni czytelnicy, mimo wszystko „pocieszające” dla wielu przepracowanych i poganianych redaktorów... ;-)


Znowu same sprzeczności wypisuję... ;-D Pardon, ale w krótkim tekście chciałabym szybko i zwięźle ująć tyle ważkich zmiennych problemu obniżenia jakości szykowanych tekstów, szybkości wydawania książek, a jednocześnie i niesięgania po książki w ogóle... że mi się miesza ;-)

= = = = =
* Co ciekawe, Niemcy wciąż promują i wspierają tę akcję -> KLIK.

6 komentarzy:

aeljot pisze...

Zgadzam się, że nie da się nie czytać. Ja jakoś nie wróżę odejścia książek papierowych bo jakoś sama nie mogłabym przestawić się na e-booki. Co innego audio - ale i tu mam ale bo słuchałam już czytanych przez kilku lektorów (nie wiem czy tak ich nazwać) i jak na razie tylko pani Danuta Stenka mnie porwała. Inne "czytania" są po prostu straszne i przemęczyły mnie niesamowicie ;)
Zgadzam się również z tym, że błędów się po prostu nie widzi bo książka wciąga. Gorzej jak to książka dla dzieci - mało tekstu a moc błędów. Wtedy to jakoś tak nie pasuje. Bo rozumiem zmęczenie i przesyt tekstem na 200-300 czy więcej stron ale na 30 w tym na stronie 2-3 zdania ;)

Moje zaczytanie pisze...

Ja niestety należę do tych osób, które wyłapują.
Ostatnio czytałam "Kota" Simenona wydanego przez KIK w 1976 roku i niestety było kilka błędów, a przecież w tamtych czasach jeszcze, chyba, że było to później funkcjonowały erraty do książek.

Nie zazdroszczę Ci pracy.

Telewizja zrobiła dużo złego, ale komórki i komputery wyeliminują czytelnictwo już z czasem całkowicie...chyba, że na czytnikach będą czytać...

Krycha pisze...

Jest mi przykro gdy znajduję błędy w tekście bo dla mnie książka to świętość.Osobiście tylko jedna sprawa powoduje,że jest mi smutno kiedy zdaję sobie sprawę,że ta książka nie dla mnie bo wiem,że nie przeczytam z prozaicznych powodów.Wydawcy wydają książki ,które są klejone i mają po 800 stron.Nie da się takiego tomu trzymać w rękach szczególnie w łóżku a ja mogę czytać tylko nocami.Pozdrawiam

Weronika Pozłótka pisze...

Życie bez czytania byłoby mordęgą ;) chociaż myślę, że ebooki i czytania audio są ciekawą alternatywą dla osób, które chcą czytać w podróży bądź słuchać ulubionej książki podczas gotowania ;)
Jeśli miałabyś chwilkę to zapraszam do siebie; była bym bardzo wdzięczna za opinię na temat moich recenzji ( bądź ogólnie mojego bloga)
pozdrawiam
http://books-jewellery-leisure.blogspot.com/

Anita M pisze...

Ja również należę do osób wyłapujących błędy i literówki w tekście. Zdałam sobie ostatnio sprawę, że kiedyś, wiele lat temu, gdy miałam wątpliwość co do pisowni jakiegoś słowa, widząc je w książce wiedziałam, że skoro tak jest napisane to tak się je poprawnie pisze. Było wiadomo, że tam błędu nie ma i polegałam na niej jak na słowniku. Teraz niestety książka już nie jest dla mnie autorytetem w tej sprawie a błędy bardzo mnie rażą. Najwięcej błędów i literówek można znaleźć w książkach Beaty Pawlikowskiej.

nunachopin pisze...

No właśnie nie da się. Z braku czasu noc można zarwać, w tramwaju poczytać ryzykując "pobudkę" ze dwie dzielnice dalej w drodze do pracy, czy w kuchni przypalając naleśniki. Ale nie da się po prostu nie czytać.
Błędy w książce widzę ale nie przeszkadzają mi. Problem mam natomiast z kiepską oprawą typograficzną, wszak wzrok potrafi zmęczyć.

Jeśli chodzi natomiast o spadające czytelnictwo, to trudna sprawa. Niby przykład musi iść od rodziców (i pewnie tak jest, widzę to na przykładzie moich maluchów), niemniej ścieżki są niezbadane: ja nauczyłam się czytać w wieku 4 lat, bo nikt mi nie chciał bajek czytać. Myślę, że jesteśmy przesiąknięci tysiącem innych absorbujących "czasoumilaczy", stąd książka traci na atrakcyjności. Niestety... :(