poniedziałek, 27 kwietnia 2015

746. Rozdanie nr 91

Zgodnie z zapowiedzią, dziś podaję wyniki konkursu z numerem 91. Na początek jeszcze pragnę wszystkim zaglądającym na mojego bloga podziękować za wpisy i zachęcić do dalszego brania udziału w książkowych rozdaniach! Nigdy nie wiadomo, kto zostanie obdarowany w kolejnych miesiącach, a książki są różne i różniste - każdy powinien coś dla siebie znaleźć :-) W kwietniu zaproponowałam kryminały norweskiego pisarza Jo Nesbø. Właściwie wszystko już widać na fotce u góry ;-) ale dla formalności podaję, do czyich drzwi zapuka niedługo listonosz:

- - - Aurelia
- - - Chabrowa
- - - Emi
- - - Nataliya
- - - ROMA

Gratulacje! A w ramach niespodzianki: każdy wygrywający w przesyłce z książką znajdzie dodatkowo mały filmowy drobiazg! :-)

Dołączam jak zawsze, obowiązkowy przypisek ode mnie: „Będę potrzebowała podstawowe dane do wysyłki. U dołu strony znajduje się mój adres mailowy [wraz z regulaminem konkursu], na który poproszę je podesłać. Jednocześnie zapewniam, jak zawsze wielokrotnie podkreślając!, że nigdy nikomu nie przekazuję adresów swoich Czytelników – wykorzystuję je wyłącznie do wysyłki książek z danego konkursu”.

A co w maju? No co, no co? No... hmmm... co by tu rozdać w maju...? ;-D Zastanowię się i dam niedługo znać ;-)

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

745. Konkurs nr 91 - Jo Nesbø

Wiosenny, słoneczny, choć wciąż chłodny kwiecień powoli dobiega końca, zatem czas najwyższy na otwarcie kolejnego konkursu książkowego – tym razem z numerem 91. Tak, jak zapowiedziałam miesiąc temu, do rozdania proponuję kryminały, popularnego również w Polsce, norweskiego pisarza Jo Nesbø. Cykl książkowy, którego bohaterem jest Harry Hole – genialny śledczy, a przy tym utracjusz, samotnik i alkoholik – jest wielbiony na całym świecie. Aż dziw bierze, że jeszcze nie sfilmowano przygód owego słynnego policjanta ;-) Póki co – lektura czeka!

Na fotce u góry widać, które tytuły z większego już cyklu proponuję do rozdania. To specjalne wydania w twardej oprawie. O autorze i o jego książkach można poczytać na polskiej stronie autora, przygotowanej przez Wydawnictwo Dolnośląskie -> KLIK.

- Pierwszy śnieg
- Człowiek nietoperz
- Karaluchy
- Wybawiciel
- Czerwone gardło

Po jednej, losowo wysyłanej, dla każdego z pięciu zwycięzców! Książkowym sponsorem jestem ja :-)
Wszystkich chętnych do zabawy zapraszam do wpisywania się pod tym postem do końca tygodnia tym razem, do północy w niedzielę. Ponieważ przez kilka dni – od czwartku do niedzieli – nie będę miała dostępu do netu [urlopuję się w pięknym mieście Łódź!], wyniki podam w poniedziałek 27 kwietnia. Powodzenia!

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

744. Rykoszetem ;-)

Ilustracja: Edward Gorey, hasło: Frank Zappa [?].

Ożeż! Chyba zostałam źle zrozumiana! Nie zamierzam przestać czytać książek w ogóle!!! Nigdy przenigdy! ;-) Zresztą... to tak w ogóle można? ;-D Nie wyobrażam sobie życia bez lektury – obojętnie jakiej, dobrej powieści obyczajowej czy psychologicznej, bez dramatu, komedii... bez klasyki, awangardy, kryminału, humoreski, romansu, sf... bez bajek, bez wierszyków dla dzieci i poważnej poezji dla dorosłych... bez eseistyki, bez ciekawych felietonów czy reportaży... i również bez tytułów popularnonaukowych, poradników... i czego tam jeszcze, co pominęłam. Po prostu nie, i koniec kropka. ;-) Od zawsze zresztą powtarzam – obojętnie co ktoś czyta, ważne że w ogóle czyta!

Co innego nie czytanie w ogóle... :-/ Nie pamiętam dokładnie kiedy to było, ale na pewno pod koniec lat 90. lub zaraz na początku XXI wieku [ależ to brzmi ;-) ], gdy po raz pierwszy obejrzałam w niemieckiej stacji TV spot – rządową akcję społeczną* na temat wtórnego analfabetyzmu wśród osób dorosłych. Historia była taka: przy stoliku w kafejce siedzą dwie eleganckie młode dziewczyny. Jedna z nich chwali się, że dostała list od adoratora. Druga, podekscytowana i bardzo ciekawa szczegółów, prosi, by przyjaciółka go przeczytała. Ta natomiast podaje jej list, mówiąc: „Sama przeczytaj”. Zaczyna się drobne przekomarzanie, bo jak to tak: przecież nie wypada komuś obcemu czytać czyjegoś listu, no przeczytaj, nie krępuj się, nie, nie, ty to zrób... itp. itd. Na co ostatecznie dziewczę z listem, przyparte do muru, przyznaje się, że nie umie go przeczytać. Zonk... :-/ Obowiązek szkolny jest w Europie wszędzie, jeśli się nie mylę, ale jak widać – jak się nie ćwiczy, to się zapomina :-/ Dlatego, jak sądzę, nie jest to „rodzący się” w Polsce problem, to nieczytanie w ogóle i rodzima „mglista” wizja wtórnego analfabetyzmu pośród osób dorosłych, którzy – według statystyk – nawet jednej książki rocznie nie czytają. To już wcześniej zauważono w innych państwach europejskich [i nie tylko]. Przerażające jest, że ta sytuacja się u nas tak bardzo szybko pogłębia, i że za chwilę i u nas będą takie przypadki, jak ten opisany w kafejce [jeśli już nie są, tylko się o nich zwyczajnie nie mówi] – że ktoś dorosły nie będzie umiał nawet wydukać życzeń z kartki świątecznej! :-/ I że nikt [myślę o jakimś rządowym projekcie ratowania czytelnictwa w Polsce], albo prawie nikt na ten stan rzeczy nie reaguje :-(

A wracając do wczorajszego postu i mojej – prawie że podjętej ;-) – decyzji. Po prostu po ponad ćwierćwieczu pracy z książką: w księgarniach i w wydawnictwach... polecania, promowania, sprzedawania, recenzowania... redagowania tekstów i szykowania ich do druku itp. itd. dopadła mnie frustracja i zaświtała myśl, że może warto to zmienić i zacząć się cieszyć [wyselekcjonowaną ;-) ] lekturą, jak za czasów dziecięcych, szkolnych i księgarnianych... obojętnie jaka by była, a nie tylko – jak ostatnio – poprawiać, poprawiać, poprawiać... ;-) a że są błędy w książkach, no ba! Samo życie! ;-) Chociaż z drugiej strony nie wiem, czy nie jest już za późno na podejmowanie takich decyzji... Pamiętam [z czasów księgarnianych i z czasów, gdy sama byłam jedynie czytelniczką], że czytelnik, odbiorca finalny, nie widzi nawet połowy omyłek i błędów w książkach, jakie popełniają i autorzy, i redaktorzy – czytelnik zwraca uwagę na akcję, na zajmującą historię, na logikę tekstu, a literówki, czy błędy poprawnej polszczyzny gdzieś w trakcie radości czytania po prostu się rozpływają. I to jest, wybaczcie drodzy uważni czytelnicy, mimo wszystko „pocieszające” dla wielu przepracowanych i poganianych redaktorów... ;-)


Znowu same sprzeczności wypisuję... ;-D Pardon, ale w krótkim tekście chciałabym szybko i zwięźle ująć tyle ważkich zmiennych problemu obniżenia jakości szykowanych tekstów, szybkości wydawania książek, a jednocześnie i niesięgania po książki w ogóle... że mi się miesza ;-)

= = = = =
* Co ciekawe, Niemcy wciąż promują i wspierają tę akcję -> KLIK.

sobota, 11 kwietnia 2015

743. Foch!

Od psa: „O co ci, babo, chodzi? Wrzodów się tylko nabawisz od takiego myślenia! Lepiej chodź ze mną na spacer!”. I ma rację! ;-D

Dawno nie marudziłam tutaj, na blogu ;-D może dziś sobie ponarzekam zatem. „A splawy są dfie...” – jak mawia wnusia mojej przyjaciółki, lat cztery ;-)

***

Punkt pierwszy: Czy oglądacie polskie kino? Nie chodzi mi dziś o seriale w TV, ale o te filmy długometrażowe, które czasem pokazują w kinie, a czasem od razu w TV? Bo ja już od pewnego czasu prawie że nie. Wiem, wiem, larum się podniesie, bo jak tak można, nie wspierać polskich produkcji?! To kultura, to dziedzictwo narodowe... itp. itd. Ano tak to niestety jest, a przynajmniej w moim przypadku, i to mimo moich szczerych chęci, bo kino kocham niemal tak samo jak książki. A dlaczego nie oglądam polskiego kina? Bo nic nie rozumiem! :-( I nie, nie chodzi o fabułę, bo bezdźwięcznie obrazki też mogą ją opowiedzieć, ale o badziewne udźwiękowienie filmów. Ja po prostu nic a nic nie rozumiem z tego, co ci aktorzy mówią. Nic, kompletnie, nic! A przecież jestem Polką, na dodatek na co dzień zajmuję się językiem polskim, zatem to mój podstawowy język. No i to przecież znani i lubiani aktorzy po szkołach – z dykcją, z umiejętnościami... Ale to jakiś koszmar współczesnego polskiego kina jest [mówię o ostatnich mniej więcej pięciu, dziesięciu latach]! Próbowałam obejrzeć kilka ważnych filmów ostatnich lat – z oczywistych względów pomijam polskie „komedie”, o tym nawet nie chce mi się pisać czy myśleć :-/ – wraz z przyjaciółmi na wieczorku filmowym. Zaczęliśmy od „Obławy” – i tu jeszcze nie było tak źle, ale i tak zaczęliśmy się ciut irytować, jak musieliśmy podkręcać głośność, żeby w ogóle wyłapać głosy aktorów. Potem było „Pokłosie”. I tu już całkowita porażka – po piętnastu minutach się „wyłączyłam” z oglądania, bo z dialogów niewiele rozumiałam. Potem była „Ida” – i tu brawa, i film mi się podobał, i aktorzy, i dźwiękowo było super [nasza teoria: reżyser „nie z Polski”, więc pewnie zna tę wielką tajemnicę, jak udźwiękowić film właściwie ;-) ]. I na koniec – po odrzuceniu kilku innych „wielkich” filmów ostatnich lat – wybraliśmy najnowszy ponoć hit, wielce reklamowany, że „trzeba” a nawet „musimy” go znać: „Służby specjalne”. I co? I nico! :-( Dziesięć minut i jednogłośnie wyłączyliśmy film, bo nikt nic nie rozumiał z dialogów. No kurtka jasna! Dlaczego tak jest? :-/ Na pocieszenie zamierzam we wtorek zakupić „GW” z dodatkiem filmu – remasterowaną wersję „Potopu”. Widziałam milion razy ;-) ale milion pierwszy też z chęcią obejrzę! ;-D

***

I punkt drugi, żywotnie związany z moją branżą: krótki artykuł z dzisiejszego wydania „GW” pt. „Książka woła o pomoc. Z rynku znikną setki księgarń?”. Nie przeczę, że to wręcz paląca sprawa w Polsce – spadające czytelnictwo [ale czy na pewno? zanalizujmy wzrost czytelników w bibliotekach!]; gro czytelnicze, które kurczy się [ale czy na pewno?] z powodu choćby atrakcyjności i samego wielkiego wyboru rozrywki, takich jak: filmy, ogrom produkcji serialowych i liczne programy rozrywkowe w TV, gry komputerowe, Internet, portale społecznościowe, moda choćby na sport i zorganizowane imprezy plenerowe... [ale czy to źle? każda rozrywka chce mieć jak najwięcej odbiorców]; albo nie sięganie po książki choćby z powodu samego stresu życia w obecnych czasach, kombinacji, jak przeżyć od do... :-/; coraz mniej kupujących [ale czy na pewno chodzi o cenę jednostkową książki? a może wpływ na słupki sprzedażowe ma to, co nam wydawcy „podają” do czytania?], coraz słabsze i tematycznie, i pod względem przygotowania [ale dlaczego?] książki... Cierpią wydawcy, cierpią księgarnie, cierpią i sami czytelnicy... Koło się zamyka.

Z tym ostatnim punktem – jakością – niestety muszę się zgodzić: tempo szykowania tekstów do druku z około roku, a nawet i dwóch, zamieniło się w dwa, trzy miesiące, a w przypadku potencjalnych hitów nawet w tygodnie! Jakim cudem można dobrze uszykować tekst w dwa tygodnie?! Statystyczne trzysta stron przeczytać, zredagować merytorycznie i językowo, złamać z grafikiem i przygotować choćby jedną korektę? No jak?! To nie-mo-żli-we! Ale „wydawcy” o tym „zapominają”, bo przecież z góry ustalona premiera w salonie, bo szybki zwrot kosztów licencji, bo w ogóle kasa jest najważniejsza! Nie łudźcie się, drodzy Czytelnicy, że to Wy i Wasza wrażliwość jesteście najważniejsi w procesie przygotowawczym. Teraz nikt, nawet gdyby bardzo bardzo chciał, raczej nie odważy się powiedzieć: „Przeczytajmy i poprawmy tekst jeszcze raz, żeby Czytelnicy dostali od nas wszystko co najlepsze”, a to z obawy przed utratą tejże pracy, a to z obawy przed gniewem właścicieli wydawnictw, którzy nie zarabiają na „nadmiernie długo” przygotowywanych tekstach [doświadczyłam tego w poprzedniej firmie, gdy usłyszałam nie jeden raz: „A bo pani myśli o czytelnikach, a tu sprzedaż jest najważniejsza!”], a to z obawy na horrendalne kary za spóźnienie z dostawą książek do salonów na z góry ustaloną datę promocji. Oj, nie, nie! I to już od bardzo dawna :-/ Ale jakość to na pewno nie jest problem ostatnich lat, jak sugeruje jeden z „ekspertów” w artykule w „GW” – to raczej lawinowo ostatnio rośnie, ale trwa to już od lat 90. XX wieku, kiedy to nastąpił ogromny wzrost wydawania literatury i w ogóle wzrost liczby wydawców. To były czasy szybkiego wydawania książek – bo rynek był złakniony „amerykanizmów”, literatury klasy B, której wcześniej nie wydawano w Polsce, a przynajmniej w znikomym procencie. Ucierpiała m.in. jakość. Moim zdaniem to trwa od bardzo dawna, a wpływ ma na to bardzo wiele czynników, na które i tak nikt tam u góry nie zwraca uwagi. To mocno złożona sprawa :-/ a ponoć „głupi naród jest łatwy do rządzenia” :-/

Tak sobie myślę, że kultura ogólnie, słownikowo rozumiana obecnie już nie istnieje w obrazie Polski jako ważna i wiodąca; teraz to sprawa niszowa, a nawet bym powiedziała: bardzo niszowa. Jeśli chodzi o książki to prawie że nikt [no może przesadzam, ale taki dziś mnie wziął foch na wydawców] już poprzez nie nie wzbogaca duchowo Polaków, nie kreuje trendów czytelniczych, nie uczy... Teraz to czysta – pardon za wyrażenie – ale ogłupiająca rozrywka, vide Keri Smith itp. choćby celebryckie premiery. No ja tego nie jarzę już w ogóle :-/ Najprościej powiedzieć: czas umierać, bo co jest ważne teraz w „literaturze”? Prostota, rozrywka, skróty myślowe, obrazki i tylko obrazki, minimum tekstu, emotikony... Wiem, wiem, będę powtarzać, że obojętnie co się czyta, ważne że w ogóle się czyta... Same sprzeczności dziś piszę... :-/ Świat idzie do przodu, nowe nadchodzi i wypiera stare, a wydawcy muszą się dostosowywać, co niekoniecznie może się podobać starym wygom ;-) Jeszcze jeden cytat z artykułu: „Liczba nowych tytułów rośnie z roku na rok. Ale nie oszukujmy się, co najmniej jedną trzecią tego stanowi »radosna twórczość«, pozycje, które kiedyś lądowały w szufladzie lub w koszu. Dziś każdy sam może być wydawcą. Te publikacje zasilają oficjalne statystyki Biblioteki Narodowej, ale nie trafiają do czytelniczego obiegu, ukazują się w minimalnych nakładach, jedynie ku uciesze ich autorów”.

Właściwie, to po jakiego grzyba ja to piszę, czy to w ogóle ktoś przeczyta? ;-D Ktoś ze sławnych literatów powiedział, że nikt już nie czyta tekstów dłuższych niż jeden akapit, a i tak trzeba użyć najprostszych słów, do tego poprzeć ów akapit obrazkami, by w ogóle ludzie to zrozumieli. Przykre? Ano przykre :-/ Sama po sobie widzę pewną zmianę, choćby jak obecnie „czytam” ulubione gazety. Kiedyś, dawno już temu, „Forum” nosiłam cały tydzień w torbie, codziennie czytałam jeden artykuł, analizowałam, wzbogacałam wiedzę o dodatkowe artykuły z Internetu czy wypożyczane książki z biblioteki. A teraz? Dziesięć minut zajmuje mi przejrzenie gazety, a potem może sięgnę po dwa, może trzy artykuły, które mnie zainteresowały. To straszne co się z nami dzieje :-/ Stajemy się odbiorcami ruchomych obrazków, teksty nas zwyczajnie przerastają. Gdzie leży wina? Czy to nie ma również związku z reformą szkolnictwa, które niszczy indywidualizm, z doborem lektur, przymusem ich czytania, z ogromnym wyborem mediów, z bombardującymi nas obrazami, dźwiękami, które zagłuszają, a wręcz niszczą wrażliwość czytelniczą, skupienie, dokładność, radość z poznawania? Beznadziejnie to jest... :-/ Głowa mi paruje od myślenia :-/

***

Eh! I właściwie to po co ja marudzę? :-/ Świat się zmienia i takie marudzenie nic nie da. Szkoda nerwów, trzeba się dopasować, a wręcz może przebranżowić, najlepiej na jakieś nowe technologie, jak mawia siostra, żeby nie zostać na lodzie, gdy kolejne wydawnictwa zwiną żagle... Serce mi pęknie, gdy będę musiała zrezygnować z książek, ale chyba czas na to, prawda? :-/ „Żabi foch” niech posłuży za podsumowanie tego mojego sobotniego bredzenia ;-)

sobota, 4 kwietnia 2015

Życzenia

Spokojnych, beztroskich, słonecznych wiosennych świąt
drogim Czytelnikom
życzy M.

:-)


piątek, 3 kwietnia 2015

742. Amarylis „Royal Red”


Wiosennie! Tym razem odmiana czerwona, biała nie chce - przynajmniej na razie - zakwitnąć. Za amarylisem widać paproć, która powoli opanowuje róg pokoju ;-) Rośnie i rośnie pod cudownymi dłońmi mojej Mamy. Kwiaty ją kochają!