poniedziałek, 28 września 2015

765. Perypetie


Chyba pozostanę osłem, nie takim „złotym”, jak w Toruniu ;-) ale jednak... Zdjęcie zrobione w początkach września, podczas mojej jednodniowej niestety tylko wizyty w tym pięknym mieście :-)


Dziś wpis z cyklu „Zrzędzenie”. Dla wytrwałych! ;-)


Pod koniec maja, w dzień moich imienin, surfowałam znudzona po sieci. Natrafiłam na stronę niepaństwowej szkoły dla dorosłych, oferującej wiele kierunków, z certyfikatem, pozwoleniami z ministerstwa itd. i postanowiłam – pod wpływem nagłego impulsu, czy też ciężkich przemyśleń, jaka to ja jestem „niedouczona”, mózg mi się lasuje, tracę pamięć... wciąż tylko praca i praca – zapisać się na kurs... nazwijmy go XYZ, by nie zdradzać nic więcej ;-) bo ani szkoła, ani kierunek nie są w tej opowieści istotne [chyba że jesteś w takiej samej sytuacji, wtedy zdradzę w mailu, która to szkoła ;-) ]. Liczą się chęci i... reklama, która przemówiła mi do podświadomości, że „nigdy nie jest za późno na naukę!”. Dzielnie wypełniłam w Internecie formularz zgłoszeniowy i po chwili dostałam na adres mailowy konkretne instrukcje, co dalej. Czyli: donieść do szkoły zaświadczenie od lekarza domowego, że mogę podjąć naukę w szkole, jedno zdjęcie i... już! Ale to „już!” miało się okazać drogą przez mękę, o czym właśnie dziś się dowiedziałam, kilka dni przed urodzinami – ot, takie znamienne daty: od imienin do urodzin, cztery miesiące nerwów, niedowierzania, zadziwienia, frustracji...

Ale co było dalej? – zapytacie. Lekarz? Betka – za którymś razem udało mi się dostać do gabinetu, pani doktor miła, raz-dwa wypisała zaświadczenie, pogratulowała nawet odwagi, że taka stara babcia... ekhm… ;-) a jeszcze jej się chce. Fotografia? Nie ma problemu – pstryk i już jest gotowa odbitka [a nawet cztery, z których trzy wstępnie miały się pokryć kurzem, a ostatecznie okazały się bardzo przydatne]. Dzierżąc owe drobiazgi w dłoni, dwa tygodnie później wkroczyłam do sekretariatu szkoły i... zaczęło się :-/
- Dzień dobry! Chciałam się zapisać na roczny kurs XYZ.
- Dzień dobry! Poproszę wypisać formularz – mówi młode dziewczę.
Rach-ciach – gotowe! :-D
- Poproszę o świadectwo maturalne – pada prośba z ust dziewczęcia.
- Eeeee... – to dukam już ja, nieco zbita z tropu. – Słucham? Ale na ten kurs nie jest potrzebne świadectwo szkolne...
- No jak to nie?! Przecież musi być. To poważna szkoła jest!
- Nie, nie musi być. Na stronie internetowej nie ma takiej informacji, nie proszono mnie też o świadectwo w instrukcjach z centrali Państwa szanownej szkoły – to mówię ja, wciąż spokojna, ale już powoli tracąca rezon.
Za kontuarem mały ruch, podchodzi druga pani i też powtarza ostrym tonem:
- No świadectwo maturalne musi Pani donieść, przecież to szkoła, z egzaminami i tak dalej...
- Eeeee... – to znowu ja, coraz bardziej zapędzona w róg. [Skąd mi się bierze to bezradne „Eeeee...”??? Zwykle wiem, co mówić!]. – Ale jakie egzaminy? Przecież to kurs hobbystyczny, a nie żaden licencjat, studia, magisterka...
- No Pani chyba jest niepoważna! Potrzebne jest bezwzględnie świadectwo i trzy zdjęcia, i musi Pani jeszcze wypełnić deklarację, i ten formularz, i jeszcze ten też, no i zaświadczenie od lekarza medycyny pracy musi Pani przynieść, i...
- Jakie trzy zdjęcia? Jaka medycyna pracy??? Przecież przyniosłam zaświadczenie od lekarza rodzinnego. To za mało? – zaczynam piszczeć, jak jakaś nastolatka na pierwszej randce, zupełnie zapowietrzona z rosnących nerwów. – Może niech Panie będą łaskawe i spojrzą w wykaz kursów hobbystycznych, na jaki ja się chcę zapisać, oraz w te instrukcje, jakie dostałam z centrali. Jestem pewna, że wszystko się wyjaśni.
Obie panie, sapiąc i pomrukując pod nosem, zaglądają w ulotkę wybranego przeze mnie kursu.
- Hm, no rzeczywiście, nie potrzeba świadectwa... Dziwne... Ale zdjęcia muszą być trzy, i wizyta u lekarza medycyny pracy też, bo to zaświadczenie od lekarza rodzinnego nam jest niepotrzebne. Tak chce nasza Pani Dyrektor, a nie jakaś tam centrala. Nie ma innej opcji! – zdecydowanie powtarzają panny za kontuarem.
- No dobrze, zrobię, jak Pani Dyrektor chce – ustępuję, bo wciąż sobie powtarzam, że mi zależy, więc co mam zadzierać od razu na wstępie z sekretariatem i z samą Panią Dyrektor. Nic mi się nie stanie, jak dołączę jeszcze dwa zdjęcia [ha! jednak się przydały! ;-) ], a i z ciekawości odwiedzę lekarza medycyny pracy. Wypytuję jeszcze, gdzie ten lekarz i nawet dostaję skierowanie na darmową wizytę.

Wychodzę, nieco sfrustrowana i spięta, po dobrej godzinie takich przekomarzań. Już wiem, skąd te utyskiwania na sekretariaty szkół wyższych na forach internetowych... Dzień później biorę wolne w pracy i próbuję umówić się na wizytę do wskazanego lekarza. Nie jest to łatwe – zdziwilibyście się, gdybym napisała: „Rach-ciach! Gotowe!”. ;-D Trzy próby, kolejne trzy tygodnie, wreszcie udaje się, czekam w kolejce do rejestracji. Wchodzę. Siadam za biureczkiem. Podaję skierowanie i...
- Ale nie mogę Pani wpisać do lekarza, bo na skierowaniu brak pieczątki szkoły.
- Coooooo? – to ja, piszczę, a raczej już skowyczę. – Jak to nie ma pieczątki, przecież jest... o tu... Eeeee... No jest, ale Pani Dyrektor, a nie szkoły... – zauważam i robię się malutka na wielkim metalowym krześle w rejestracji :-/ Z tych nerwów w sekretariacie, kiedy to musiałam wyjaśniać, na jaki kurs chcę się zapisać, nie sprawdziłam, co mi podano za skierowanie. Mea culpa!
- Musi Pani wrócić do szkoły po pieczątkę – cierpliwie tłumaczy mi urocza pani rejestratorka.
- Tak, dziękuję, wiem, rozumiem...
Pędzę do szkoły. Kładę skierowanie na kontuar i proszę o pieczątkę.
- No ale jest przecież... – rozwlekle rzecze ironicznie uśmiechnięte dziewczę. [Zaczynam wpadać w paranoję i już sobie myślę, że sekretariat ze mnie drwi... Taka moja przypadłość.]
- Jest, ale Pani Dyrektor, a nie szkoły. Proszę podbić, bo lekarz inaczej mnie nie przyjmie – tłumaczę przez zęby ja.
Czujecie? Raz już tłumaczyłam paniom sekretarkom, że ich szkoła ma w ofercie taki a taki kurs, i jakie dokumenty są potrzebne. Teraz tłumaczę, że potrzebna jest pieczątka... Ale jestem dzielna! Brnę dalej! Zależy mi!
Kolejne dni, dwie próby dostania się do lekarza. Udało się, odfajkowane. Pędzę do szkoły. Nieco już wypompowana, ale jednak dumna, kładę zaświadczenie na kontuar. Dziewczę chwyta i wrzuca... gdzieś. No OK, co mi tam – ważne, że doniosłam. Panienka zaczyna wypisywać kody dostępu do wirtualnego dziekanatu, kseruje umowy, jedną, drugą, piątą – mam podpisać, na czytanie jak to zwykle bywa nie ma czasu, sama sobie będę winna, jeśli podpiszę cyrograf z diabłem... – i oświadcza, że mam sobie zaglądać na stronę internetową, gdzie będą wszystkie informacje o kursie na bieżąco aktualizowane, ale to już tak „jakoś we wrześniu”. Dziękuję, kłaniam się i wychodzę. Uf! Udało się, zapisałam się do szkoły! :-D

Po kolejnym miesiącu zaglądam do dziekanatu. Na razie nic, poza moim nazwiskiem. Na stronie domowej „wyhacza” mnie „czat” pt. „W czym pomóc?”. Z natury jestem ciekawska, więc wypytuję o kurs, czy są już chętni itd. Ktoś po drugiej stronie cierpliwie każe mi czekać, bo rekrutacja trwa. Mija kolejny miesiąc – zaglądam znów. Nic... We wrześniu logowałam się ze cztery razy... Nic! Wyjeżdżam do Ciechocinka na krótką kurację ;-D ale już po powrocie, dziś, nie wytrzymałam, zadzwoniłam do sekretariatu:
- Dzień dobry! Chciałam się dowiedzieć o losy kursu XYZ.
- A, tak, tak, próbowaliśmy poinformować wszystkich, że jednak ten kurs nie zostanie uruchomiony, ale nie mogłam znaleźć Pani telefonu – radośnie świergoli panienka z sekretariatu.
- Przecież wszystkie moje dane są w formularzu zgłoszeniowym. Mam też u Was kartę w dziekanacie, więc można było tam zostawić mail odpowiedniej treści dla mnie.
- No tak, tak, ale i tak musi Pani do nas podjechać, żeby wypełnić formularz rezygnacji.
- Rezygnacji? Ale to nie ja rezygnuję, a Państwo nie uruchamiacie kursu... – usiłuję jeszcze coś z tej rozmowy zrozumieć, ale już chyba opadły mi skrzydełka.
- I tak musi Pani przyjechać po dokumenty.
Co racja, to racja. Pakuję manatki i jadę do centrum. Po dwóch godzinach wdrapuję się na pięterko do sekretariatu. Przedstawiam się, mówię dlaczego tu jestem i dostaję formularz rezygnacji do wypisania. W rubryce „Powód” piszę cierpliwe: „Rezygnuję, ponieważ szkoła nie uruchamia kursu XYZ, na który się zapisałam”. Trochę Kafkowskie klimaty, ale niech im będzie.
- Zaraz poszukam dokumenty do zwrotu, proszę chwilę zaczekać – mówi panienka za kontuarem i zaczyna otwierać szuflady i przeglądać i przerzucać z miejsca na miejsce dziesiątki... nie! setki! luźno wrzuconych dokumentów: świadectw szkolnych, ksero dowodów, cukierków, a raczej papierków po cukierkach... pardon, ale jak bum-cyk-cyk mówię prawdę!... zaświadczeń od lekarza, umów i formularzy... Nic nie jest uporządkowane, nic nie jest posegregowane na kierunki nauki, nawet nie są połączone dokumenty jednej osoby w pakiecik... Zgroza mnie ogarnęła dogłębna! :-/ Po jakichś 20 minutach bezowocnych poszukiwań w stertach ważnych dla „przyszłych” studentów dokumentów dziewczę pyta mnie, czy może je wysłać pocztą. Odpowiadam, że:
- Oczywiście, ale czy jest Pani pewna, że je odnajdzie w tym porażającym bałaganie? – pytam, już mało uprzejmie. – A właściwie, to czy jest Pani pewna, że ten kurs się nie odbędzie, bo widzę setki wymerdanych totalnie zgłoszeń różnych ludzi, którzy marzą o nauce, a dostają po kilku miesiącach czekania i zbierania kompletu zaświadczeń odpowiedź odmowną?
Obie panie za kontuarem już tylko się wstydliwie uśmiechają... nic nie mówią.

I tak moja odyseja ;-) się zakończyła – masa nadziei i radości wymieszanej z frustracją zdobywania i donoszenia kolejnych dokumentów zakończona krótkim: „Kurs XYZ się nie odbędzie z powodu niewystarczającej liczby uczestników”. Ale czy na pewno w takim półmilionowym mieście jak Poznań nie znalazło się jakichś 10-15 osób chętnych zacząć naukę na tym konkretnym kursie? Eh... :-( Dziś chyba z tych wrażeń, a raczej ogarniającej mnie depresji czy też frustracji na ludzi, nie zasnę. Nie ma opcji! Witaj bezsenności! :-/

sobota, 26 września 2015

764. Rozdanie nr 96

Sobotę rozpoczęłam od porannej wizyty w Bibliotece Raczyńskich. Zapragnęłam otóż przypomnieć sobie twórczość Henry'ego Jamesa, a u mnie na półce smętnie i nieco już zakurzona stoi tylko jedna jego książka - Portret damy - bynajmniej nie nudna, a wręcz burzliwa, choć smutna opowieść. Potem, zauroczona rześkim powietrzem, postanowiłam pospacerować po mieście - na Placu Wolności, tuż obok biblioteki, odbywa się festiwal włoskich specjałów: serów, oliwek, wędlin i słodkości ;-) - i Cytadeli, którą tak rzadko odwiedzam, a szkoda, bo to piękne, melancholijne miejsce jest. Teraz moje mięśnie bolą, a kości niemal trzeszczą ze zmęczenia. Oj, nie mam ja kondycji, nie mam... choć intensywnie nad tym pracuję - na spacery chodzę każdego dnia :-) wieczorkami, dzięki czemu dobrze mi się potem śpi [bezsenności nie wywołuję! tfu! tfu! dawno mnie nie nawiedzała, i oby tak dalej!]. Miło mieć wolny dzień! ;-)

Oczywiście już wiecie, do kogo polecą pakiety książkowe - wszystko jest na fotce u góry - ale dla formalności podaję nicki:

- - - Czarne Espresso
- - - 222shift

Serdecznie gratuluję zwycięzcom!!! :-)
Dołączam od razu obowiązkowy przypisek ode mnie: „Będę potrzebowała podstawowe dane do wysyłki. U dołu strony znajduje się mój adres mailowy [wraz z regulaminem konkursu], na który poproszę je podesłać. Jednocześnie zapewniam, jak zawsze wielokrotnie podkreślając!, że nigdy nikomu nie przekazuję adresów swoich Czytelników – wykorzystuję je wyłącznie do wysyłki książek z danego konkursu”.

Za miesiąc, w pięknym jesiennym październiku, do rozlosowania zaproponuję coś nowiutkiego, pachnącego jeszcze farbą drukarską ;-) I jeszcze, skoro wciąż moda trwa, będzie też kolorowanka - supernowość z serii vesperowej. Wiele nie zdradzam, ale niech to będzie niespodzianka! ;-) Zapraszam już dziś!

niedziela, 20 września 2015

763. Konkurs nr 96

Czas na kolejny, comiesięczny konkurs książkowy! :-) Zgodnie z zapowiedzią z zeszłego miesiąca w pakietach do wygrania znajdą się kolorowanki, z których jedna to absolutna nowość – Ptaki z wydawnictwa Vesper; książki jeszcze nie można nawet znaleźć w księgarniach, są jeszcze ciepłe ;-D prosto z drukarni! Plus pocztówkowe książeczki do kolorowania i oczywiście coś do poczytania. Tym razem są to reportażowe opowieści Kari Herbert, córki podróżnika i polarnika Wally’ego Herberta i pisarki Marie Herbert. Kari, rocznik 1970, jest uznaną, sprawną pisarką podróżniczą, dziennikarką, fotografem i prezenterką telewizyjną. W Polsce ukazały się jej dwa tomy opowieści – Córka polarnika. Zapiski z krańca świata i Żony polarników. Siedem niezwykłych historii.

Popatrzcie na zdjęcia u góry – to są dwa pakiety do rozdania, moje propozycje w konkursie. Sponsorem książek jestem ja :-) Jak zawsze, wszystkich zainteresowanych zapraszam do wpisywania się pod tym postem w komentarze. Czas tradycyjnie do piątkowej północy, rozdanie w przyszłą sobotę.

762. Jesiennie już...


Wszystkie zdjęcia moje :-) robione Olympusem E-510 z krótkim kitem.

Zbieranie pierwszych kasztanów uważam za oficjalny początek panowania jesieni! ;-) Do kalendarzowego startu jeszcze dzień, ale w powietrzu już się wyczuwa lekką zmianę. Co prawda promienie słoneczne wciąż mają odcień – jak ja to nazywam – „letni”, ostry, zimny, biały... ale poranne mgły ponad rzeką i łąkami, lekki chłód, kwitnące dalie i rosa na różach to już niechybne oznaki przyspieszenia zmiany pory roku. I wiecie co? Uwielbiam ten czas! ;-D Wczorajsza wizyta w ogrodzie botanicznym wychłodziła mnie, ale i dodała energii oraz dała wiele radości – ogród był pusty, nikoguśko na ścieżkach przez ponad dwie godziny, cudnie! Ptaki świergoliły jak zwariowane, żaby wystawiały się i łapały ostatnie ciepłe promienie słońca na brzegu stawu, dookoła leżały żołędzie i lśniące brązowe kuleczki w zielonych łupinkach z kolcami – kasztany! I te kolorki! Pole dalii tuż przed pawilonem i „owocujące” na różowo magnolie! Dorodne żółto-zielone pigwy i czerwone rajskie jabłuszka – mniam! ;-) Polecam serdecznie taki spacer, bo za chwilę zmiana będzie wielka i będziemy już tylko [albo aż! bo to też niezła zabawa ;-D ] hasać po suchych liściach! ;-D