sobota, 26 maja 2018

878. Rozdanie nr 132

Właściwie to horrory/groza w taki niemal letni i bardzo słoneczny dzień nie bardzo pasują, co? ;-) Ale są, i mam nadzieję, że lektura oraz „doznania wzrokowe” mimo wszystko sprawią wam przyjemność! Jak obiecałam, zwycięzcy, których nicki podaję poniżej, w paczkach znajdą też inne książki z gatunku, równe pięknie ilustrowane.

- - - Olajda
- - - Doriss
- - - incognito
- - - Czarna dama
- - - Mariola

Gratuluję serdecznie! :-D
Dołączam jeszcze jak zawsze obowiązkowy przypisek ode mnie [zwłaszcza, że teraz RODO obowiązuje]: „Będę potrzebowała podstawowe dane do wysyłki. U dołu strony znajduje się mój adres mailowy [wraz z regulaminem konkursu], na który poproszę je podesłać. Jednocześnie zapewniam, jak zawsze wielokrotnie podkreślając!, że nigdy nikomu nie przekazuję adresów swoich Czytelników – wykorzystuję je wyłącznie do wysyłki książek z danego konkursu, po czym usuwam z pamięci komputera itp. itd.”.

niedziela, 20 maja 2018

877. Konkurs nr 132

Kiedy zaczynałam swoją pracę w księgarni, wciąż się jeszcze ucząc w szkole księgarskiej, dawno, dawno, dawno temu... ;-) rynek wydawniczy i księgarski tak bardzo się różnił od obecnego, że aż trudno by mi było to nawet tutaj opisać. Obawiam się, że najmłodsze pokolenie nawet by nie zrozumiało niektórych aspektów funkcjonowania tych rynków, na przykład: Dlaczego ani jak to mogło się w ogóle udawać w czasach braku absolutnie wszystkiego? [ale jak to „brakowało wszystkiego”? co to znaczy?] Reglamentowany papier? Ustalane nakłady? Ograniczanie wydawanych w roku nowości? Albo idźmy jeszcze dalej: Wydawanie literatury „zgniłego Zachodu” podlegało bardzo surowej cenzurze? Ale dlaczego??? O szaleństwie „polowania” na książki w księgarniach nawet nie wspomnę... Cóż... tak to jednak było*.

Było jednak coś, co mimo tej siermiężności, mimo niekoniecznie idealnego wyboru wydawanych autorów czy powieści, podobało mi się bardzo. Tak bardzo, że nawet dziś namiętnie odwiedzam i buszuję w antykwariatach za poszczególnymi wydaniami literatury, gdziekolwiek jadę w Polskę. A co ciekawsze: nawet i na świecie ten aspekt polskich wydań książek wciąż wzbudza zainteresowanie. Wiele powieści, nawet tych tzw. „klasy B”, było projektowanych i ilustrowanych, i to nie przez byle kogo! Tak, zwyczajne powieści były okraszane świetnymi grafikami! I były to nazwiska z samego graficznego piedestału, jeśli mogę to tak ująć. Stanny, Lenica, Młodożeniec, Tchorzewski, Starowiejski, Sopoćko, Witz, Zbijewski, Kilian, Flisak, Butenko, Rychlicki, Strumillo, Wilkoń, Szancer... Nie wymienię ich wszystkich, to baaardzo długa i jakże wspaniała lista! Ale każdy kto kocha książki, ma albo u siebie, albo widział te pieczołowicie zaprojektowane i ilustrowane wydania ma półkach biblioteczki rodziców czy dziadków. Cudne! Po prostu!

Dziś taki sposób wydawania literatury, zwłaszcza tej tzw. „szybkiej” [kryminały, romanse, thrillery, sf... czyli literatury czysto rozrywkowej], to jednak rzadkość, a przynajmniej najczęściej właśnie tak jest – ma być szybko i tanio, a ilustracje kosztują, no i nie tworzy się ich z dnia na dzień. Ilustrator potrzebuje czasu na zapoznanie się z treścią, na rozmowę z autorem czy redaktorem prowadzącym w przypadku tłumaczenia, na zaplanowanie i rozwinięcie koncepcji, na przygotowanie najpierw szkiców dla wydawcy do zatwierdzenia kierunku/stylu/pomysłu, no i potem - przede wszystkim - czasu na spokojną ich realizację. To przedłuża i - nie czarujmy się - podraża koszta ogólne wydawanego tytułu, co nie jest mile widziane w budżecie wydawcy. Dlatego serce się raduje, gdy jednak znajdują się wydawcy, którzy nie żałują ani czasu, ani finansów, by książkę „dopieścić”, nawet gdy nie jest to „literatura wyższa”.

Po tym przydługim wstępie, kto wytrzymał ;-D niech się czuje zaproszony do udziału w kolejnym konkursie książkowym. W majowym wydaniu, z numerem 132, mam pięć egzemplarzy nowości: bogato zilustrowanej przez Piotra Herlę Inwazji porywaczy ciał Jacka Finneya na rozdanie. Powieść ma 21 rozdziałów i tyleż stylowych ilustracji! Sądzę, że to wznowienie ucieszy miłośników powieści fantastycznej, a przy okazji zaciekawi też nowych czytelników lubujących się w grozie. Inwazja... znana jest głównie z adaptacji filmowych [pierwsza była zrealizowana już rok po premierze powieści!], ale zapewniam, że powieść warto też znać. Czysta rozrywka! Oczywiście, jak ostatnimi czasy, do przesyłki będą dodane inne, „niespodziankowe” książki do poczytania, również z gatunku grozy, i również ilustrowanych! Sponsorem jestem ja :-) Można się już wpisywać w komentarze pod tym postem. Czas: do piątkowej północy. Ogłoszenie zwycięzców: w ostatnią sobotę miesiąca. Zapraszam!





- - - - -
* Czy tak było lepiej, czy gorzej, pozostawiam waszym ocenom i rozmyślaniom... ;-)

niedziela, 6 maja 2018

876. Wycieczka


Wolny dzień 01 maja spędziłam z przyjaciółmi [dziękuję!!! :-D ] na sentymentalnej wycieczce do Międzychodu, pięknej nadwarciańskiej miejscowości, leżącej około 70 kilometrów od Poznania, w przyrodniczo cudownym regionie Wielkopolski. A korzystając z faktu, że mieliśmy samochód, nadarzała się okazja zobaczenia również mniej dostępnych turystom wiejskich okolic miasteczka. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Centrum Edukacji Regionalnej i Przyrodniczej w Mniszkach. Nie, nic tu się ciekawego akurat nie działo ;-D a właściwie to zupełnie nic się nie działo! Było sennie i cicho, ale byliśmy ciekawi zapowiedzi: „To założony w wyremontowanych, zabytkowych budynkach folwarcznych ośrodek, w którym można zobaczyć warsztaty pokazowe ginących zawodów - kowalski, bednarski, szewski, garncarski, wikliniarski, stanowisko pszczelarza, sprzęty gospodarstwa domowego, dawną szkołę czy skład kolonialny oraz poznać przyrodę Doliny Kamionki”. Rozprostowaliśmy kości, pochodziliśmy i pozaglądaliśmy w kąty folwarcznych budynków, podziwialiśmy potężne drzewo tuż przed salą edukacyjną... i tyle ;-) Czy warto było? Na pewno! Mieszczuchom nawet komary się podobają, gdy przebywają z dala od industrialnych hałasów! ;-)


Ruszyliśmy do Międzychodu – jak się okazało, równie sennego miasteczka w ten wolny dzień... Wszędzie cicho, wszystko pozamykane, nawet kawiarenki nieczynne – ale taki to urok małych mieścinek. Za to jezioro [zwane Miejskim] pokazało całe swoje piękno, a wędkarze zapraszali, by się do nich przyłączyć. Nacieszyliśmy się leniwym spacerkiem, czystym powietrzem i lekkim wietrzykiem, chwilą bez deszczu, a ponieważ żadne z nas nie spieszyło się do Poznania, do codzienności, postanowiliśmy ruszyć dalej.


15 kilometrów dalej jest Sieraków! Jako dzieciak spędzałam tu, chyba dwa lata z rzędu, jeśli mnie pamięć nie myli, letnie wakacje. Kiedyś, w czasach PRL, duże zakłady pracy miały swoje domki w ośrodkach wypoczynkowych w atrakcyjnych przyrodniczo regionach Polski. Korzystali z nich regularnie, w czasie całego sezonu - aż do zamykającego sezon weekendu, zwanego „grzybobraniem” ;-) - szeregowi pracownicy. Jest tu też co zwiedzać, np. Muzeum Zamek Opalińskich, synagogę, czy bliżej centrum kościół pobernardyński z przylegającym pięknie zagospodarowanym parkiem.


Bardzo blisko Sierakowa [osiem kilometrów] na swoje badawcze tereny zaprasza Ośrodek Edukacji Przyrodniczej w Chalinie. „Głównym zadaniem [ośrodka] jest prowadzenie edukacji przyrodniczej dla dzieci i młodzieży, ale odbywają się tu również liczne kursy, warsztaty, konferencje, spotkanie integracyjne i inne. Ośrodek tworzy: odrestaurowany stary dwór, nowo wybudowana baza noclegowa, park przydworski oraz kilkuhektarowy teren pełniący funkcję dydaktyczno-rekreacyjną”. Do ośrodka prowadzi wysadzona m.in. starymi odmianami jabłoni bita droga. Jest tu też ośrodek astronomiczny z teleskopem Newtona. Ponownie, nic tu się akurat w wolny dzień nie działo ;-) ale warto było podjechać i przejść się oznaczonym szlakiem w okolicznych, upstrzonych małymi polodowcowymi jeziorkami lasach. A na ostatnim zdjęciu - w porównaniu z malutkim domkiem z Botanika, który pokazywałam w poprzednim poście - tutaj zbudowano prawdziwy, wielki hotel dla owadów! Piękne! :-) Polecam uwadze!